A zapomniałem.. Dzisiaj zdarzyła mi się ciekawa rzecz. Rano, jak co dzień, poszedłem do samochodu. Jako że nocy było troche zimnawo, wszystkie szyby były oszronione. Wsiadłem więc do środka, odpaliłem silnik, włączyłem duchawę i poszedłem skrobać szyby. Po chwili skończyłem, wracam do drzwi kierowcy a te zamknięte... Kluczyki w stacyjce, silnik chodzi a drzwi zamknięte. Od razu zaznaczę że drzwi kierowcy nie da się zamknąć od środka a następnie zatrzasnąć. Do tego nasz Lanos nie ma centralnego zamka, więc jakies zabłąkane w powietrzu polecenie od innych kluczyków raczej też nie wchodzi w rachubę. Dobrze że w domu mieliśmy drugi komplet, bo inaczej byłaby buba... Pewnie normalnie zrzuciłbym to na jakiś prozaiczny problem z zamkiem, ale z drugiej strony wczoraj oglądałem „Egzorcystę”...
I znowu pada śnieg i wszyscy w biurze się cieszą jak dzieci :)
czwartek, 17 grudnia 2009
Trochę marudzenia...
Hmm... Dzisiaj będzie trochę marudzenia...
Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...
Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...
środa, 16 grudnia 2009
JEDZENIE
Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)
czwartek, 19 listopada 2009
Słowo na dobranoc
Właściwie to miałem już iść spać bo średnio się czuje (to jest troche słabe w brytyjskiej pogodzie - jest strasznie zmienna, dzięki czemu już trzeci raz podczas naszego pobytu tutaj jestem chory) ale w telewizji leci tu reklama Sony z bardzo fajnym coverem 'Sweet child o' mine'. I tak mi się ten cover spodobał że zacząłem go szukać w sieci. A że go znalazłem to chciałem się nim ze wszystkimi podzielić. Trzeba wejsc tutaj http://www.takenbytrees.com/music/ i kliknac na 'Sweet child o' mine'.
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...
niedziela, 15 listopada 2009
Testosteron
No to teraz jestem dopiero męski! Testosteron wylewa się normalnie wszystkimi otworami w moim ciele. Ktoś może zapytać: a to czemu? A właśnie wymieniłem w Lanosie szczęki hamulcowe :) I do tego samochód jeździ i hamuje!
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...
czwartek, 12 listopada 2009
Szybki poscik
Wiem, wiem znowu nie pisze. Mam troche zakiszonego tekstu, ale musze go dokończyć zanim będzie się nadawał do publikacji. Tymczasem rano natknąłem sie w RSSach na coś superfajnego i postanowiłem sie podzielić znaleziskiem:
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam
poniedziałek, 2 listopada 2009
Okolica
Od jakiegoś czasu zbierałem się żeby napisać trochę o okolicy - bo w sumie jest dość ładna. Czekałem z tym aż będziemy mieli dostęp do internetu bo przecież nie będę pisał o okolicy bez zdjęć bo to trochę bez sensu. Ale że zdjęcia parę dni temu wrzuciłem (http://picasaweb.google.com/harrier3/UK#)to mogę w końcu napisać co na nich jest.
Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.
Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.
Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!
W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.
W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)
W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...
Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.
Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.
Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!
W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.
W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)
W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...
środa, 28 października 2009
Przygody z Lanosem
No i znowu trochę się zgapiłem z pisaniem. Ale spróbuje nadrobić, choć trochę rzeczy się ostatnio nazbierało.
W końcu mamy w domu sieć. Po jedynych 4 tygodniach czekania (a w Polsce marudziłem jak było trzeba czekać tydzień...) w końcu zostaliśmy podłączeni. Śmiga jak ta lala i pewnie wrzuciłbym jakieś zdjęcia gdyby nie drobny incydent który wczoraj zaprzątał nasze głowy.
Zawsze powtarzałem, że jak pewnego dnia się czegoś nowego nie naucze to będzie czas żeby się położyć i umierać. Wczoraj i dziś nauki miałem co niemiara. Zaczęło się niepozornie. Wczoraj mieliśmy mieć założony ten internet. Okienko w którym mieli to zrobić było między 8 a 13. Oczywiście, jako najbardziej niecierpliwa osoba na świecie, wstałem o 7:45, umyłem się i siedziałem przy oknie czekająć na panów z Virgina. W końcu to UK, jak mają przyjechać miedzy 8 a 13 to na pewno będą o 7:55 i jeszcze przeproszą że przyjechali za wcześnie! No niestety, nie do końca. O 9:30 doszedłem do wniosku, że jednak chyba pora jechać do pracy. Wziąłem kluczyki, zszedłem na dół, cofam z miejsca parkingowego. Pod koniec cofania coś stuknęło, ale pomyślałem że wjechałem w studzienkę która tam była. Ale wrzucam jedynkę, próbuje ruszyć a autko nic - stoi w miejcu. Zdziwiony próbuje dalej, ale nadal bez efektu. Więc spróbowałem wrzucić wsteczny - i okazało się że do tyłu jedzie bez problemu! A jazda do przodu kończyła się w najlepszym wypadku szuraniem prawego tylnego koła po asfalcie. Wsciekłem sie niemiłosiernie, bo nie dość że samochód nie jedzie to jeszcze jest późno, bo czekałem na głupiego Virgina. Chcąc - nie chcąc zostawiłem Lanosa pod domem i pojechałem do pracy autobusem (nota bene przekonałem się na własną kieszeń że transport publiczny do najtańszych tu nie należy - bilet w jedną stronę, spod domu do pracy kosztuje koło 2 funtów - jazda samochodem wychodzi taniej)
Przez cały dzień kombinowaliśmy co może być nie tak. Najgorsze było to, że nawet jeśli chcielibyśmy jechać do warsztatu to nie było jak. Przecież nie będę jechał tyłem - jazda po lewej stronie generuje wystarczająco dużo zamieszenia. Pewnie można by wziąć samochód na lawetę ale wolałem nawet się nie zastanawiać ile to będzie kosztowało. Nasze ubezpieczenie ma co prawda chyba jakiś assistance za granicą, ale jakoś nie udało mi się znaleźć co właściwie obejmuje.
Wyglądało na to że nie tak jest coś z hamulcem. Problem był jednak taki że do tej pory swoją obsługę samochodu ograniczałem do tankowanie i (bądźmy szczerzy, sporadycznego) sprawdzania oleju. Ale po raz kolejny okazało się, że w internecie jest wszystko a bez internetu nie ma niczego. Znazałem gdzieś książkę w stylu "Sam naprawiam i rozbudowuje swojego Lanosa" w której był cały rozdział poświęcony układowi hamulcowemu. Dowiedziałem się, że pod tylnym kołem jest bęben hamulca w którym są wszystkie bebechy i nalezy go rozkręcić i zobaczyć co się dzieje w środku (co właśnie sugerowało wcześniej pare osób).
Dzisiaj rano wstałem i wypozażony w śrubokręt i klucz do odkręcania kół zabrałem się do roboty, a Aneta mi dzielnie pomagała. Odkręciłem koło, zdjąłem zawleczkę z bębna, sam bęben nie chciał zejść, ale jak potraktowałem go młotkiem to zmienił zdanie. Zdjąłem bęben i okazało się że z jednej ze szczęk hamulcowych odpadła okładzina. Widać gdzieś się przyblokowywała i dlatego koło nie chciało się kręcić. Wyjąłem ją, poskładałem całość do kupy i okazało się że samochód jeździ całkiem przyzwoicie! Co prawda bez okładziny na szczęcę raczej jeździć sie nie powinno, ale jakby co to przynajmniej można dojechać do mechanika. Oczywiście na tym nie poprzestanę - teraz czekamy na przesyłkę z Polski zwierającą nowe szczęki. Jak tylko dojdą to będę wymieniał, ciekawe jak pójdzie :)
A wieczorem może zacznę w końcu wrzucać zdjęcia...
W końcu mamy w domu sieć. Po jedynych 4 tygodniach czekania (a w Polsce marudziłem jak było trzeba czekać tydzień...) w końcu zostaliśmy podłączeni. Śmiga jak ta lala i pewnie wrzuciłbym jakieś zdjęcia gdyby nie drobny incydent który wczoraj zaprzątał nasze głowy.
Zawsze powtarzałem, że jak pewnego dnia się czegoś nowego nie naucze to będzie czas żeby się położyć i umierać. Wczoraj i dziś nauki miałem co niemiara. Zaczęło się niepozornie. Wczoraj mieliśmy mieć założony ten internet. Okienko w którym mieli to zrobić było między 8 a 13. Oczywiście, jako najbardziej niecierpliwa osoba na świecie, wstałem o 7:45, umyłem się i siedziałem przy oknie czekająć na panów z Virgina. W końcu to UK, jak mają przyjechać miedzy 8 a 13 to na pewno będą o 7:55 i jeszcze przeproszą że przyjechali za wcześnie! No niestety, nie do końca. O 9:30 doszedłem do wniosku, że jednak chyba pora jechać do pracy. Wziąłem kluczyki, zszedłem na dół, cofam z miejsca parkingowego. Pod koniec cofania coś stuknęło, ale pomyślałem że wjechałem w studzienkę która tam była. Ale wrzucam jedynkę, próbuje ruszyć a autko nic - stoi w miejcu. Zdziwiony próbuje dalej, ale nadal bez efektu. Więc spróbowałem wrzucić wsteczny - i okazało się że do tyłu jedzie bez problemu! A jazda do przodu kończyła się w najlepszym wypadku szuraniem prawego tylnego koła po asfalcie. Wsciekłem sie niemiłosiernie, bo nie dość że samochód nie jedzie to jeszcze jest późno, bo czekałem na głupiego Virgina. Chcąc - nie chcąc zostawiłem Lanosa pod domem i pojechałem do pracy autobusem (nota bene przekonałem się na własną kieszeń że transport publiczny do najtańszych tu nie należy - bilet w jedną stronę, spod domu do pracy kosztuje koło 2 funtów - jazda samochodem wychodzi taniej)
Przez cały dzień kombinowaliśmy co może być nie tak. Najgorsze było to, że nawet jeśli chcielibyśmy jechać do warsztatu to nie było jak. Przecież nie będę jechał tyłem - jazda po lewej stronie generuje wystarczająco dużo zamieszenia. Pewnie można by wziąć samochód na lawetę ale wolałem nawet się nie zastanawiać ile to będzie kosztowało. Nasze ubezpieczenie ma co prawda chyba jakiś assistance za granicą, ale jakoś nie udało mi się znaleźć co właściwie obejmuje.
Wyglądało na to że nie tak jest coś z hamulcem. Problem był jednak taki że do tej pory swoją obsługę samochodu ograniczałem do tankowanie i (bądźmy szczerzy, sporadycznego) sprawdzania oleju. Ale po raz kolejny okazało się, że w internecie jest wszystko a bez internetu nie ma niczego. Znazałem gdzieś książkę w stylu "Sam naprawiam i rozbudowuje swojego Lanosa" w której był cały rozdział poświęcony układowi hamulcowemu. Dowiedziałem się, że pod tylnym kołem jest bęben hamulca w którym są wszystkie bebechy i nalezy go rozkręcić i zobaczyć co się dzieje w środku (co właśnie sugerowało wcześniej pare osób).
Dzisiaj rano wstałem i wypozażony w śrubokręt i klucz do odkręcania kół zabrałem się do roboty, a Aneta mi dzielnie pomagała. Odkręciłem koło, zdjąłem zawleczkę z bębna, sam bęben nie chciał zejść, ale jak potraktowałem go młotkiem to zmienił zdanie. Zdjąłem bęben i okazało się że z jednej ze szczęk hamulcowych odpadła okładzina. Widać gdzieś się przyblokowywała i dlatego koło nie chciało się kręcić. Wyjąłem ją, poskładałem całość do kupy i okazało się że samochód jeździ całkiem przyzwoicie! Co prawda bez okładziny na szczęcę raczej jeździć sie nie powinno, ale jakby co to przynajmniej można dojechać do mechanika. Oczywiście na tym nie poprzestanę - teraz czekamy na przesyłkę z Polski zwierającą nowe szczęki. Jak tylko dojdą to będę wymieniał, ciekawe jak pójdzie :)
A wieczorem może zacznę w końcu wrzucać zdjęcia...
poniedziałek, 5 października 2009
Darren Brown i Dan Brown
Dzisiaj znowu nie będzie o okolicy. Do tego przydało by się wrzucić zdjęcia a te są na laptopie. A laptop na razie jest upośledzony bo nie ma połączenia z internetem. Więc będzie trochę o telewizji i o książkach.
Może zacznijmy od telewizji. Telewizja w UK jest (a to niespodzianka :). W sumie nic szczególnego, bo co da się w tej materii wymyśleć. Ale okazuje się, że się da. Ktoś tu wpadł na ciekawy patent jak w prosty sposób zwiększyć ilość kanałów w telewizji. Przecież wiadomo – im więcej tym lepiej – zwłaszcza w ulotkach reklamowych kablówek – 45 brzmi o niebo lepiej niż 22, 100 jest fajniejsze niż 50. Otóż wiele tutejszych programów jest zdublowanych. Oczywiście nie tak bezczelnie że po prostu leci to samo pod inną nazwą. W drugiej wersji kanału, wszystko jest przesunięte o godzinę do przodu – a sam kanał nazywa się „XXX+1” (XXX to nazwa kanału bazowego, nie jakiegoś z pornem). Dzięki temu jeśli chcemy coś obejrzeć, ale się spóźnimy to nie ma problemu bo za godzinę znowu będzie leciało od początku. Ciekawy substytut dla nagrywania.
Jak już jesteśmy przy nagrywaniu to nagrywarki cyfrowe i w ogóle telewizja cyfrowa bardzo się tu już rozpanoszyły. Do 2012 telewizji analogowej ma na wyspach już w ogóle nie być, a już teraz większość dostawców kablowych przesyła sygnał tylko cyfrowo. Na szczęscie Virgin Media z którego chce telewizje i internet dostarcza dekoder który mogę podłączyć do telewizora, ale niektóre inne sieci sugerują upgrade telewizora. Przy okazji kablówek – internet (jak już jest) to jest tu fajny. Minimalny bandwitdh jaki sobie można założyć to 10Mbitów – wolniej po prostu nie dają. I to faktycznie jest to 10Mbitów – jeszcze w B&B 30 megowe prezentacje ze stron Microsoftu ciągnęły się po kilkanaście sekund. A 50 Mbitów też podobno ciągnie po te kilka mega na sekundę.
Dobra, ale do rzeczy bo miało być o Brownach. Zacząłem od telewizji, bo w lokalnej, co tydzień występuje Darren Brown. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że pare miesięcy temu Browna pokazał mi w internecie brat. Darren Brown to taki magik. Pisze „magik” ale to nie jest typowy czarodziej. W zasadzie w ogóle nie jest czarodziejem, ale to co robi daje rade. Koleś zajmuje się badaniami w jaki sposób można na ludzi wpływać bez ich świadomości. Nie chodzi mu jednak o te słynne podprogowe przekazy w filmach (np. Pojedyncza ramka z napisem „pijcie coca-cole” w filmie, mająca zwiększać sprzedaz napoju) ale o to, że czasem ludziom można coś bardzo otwarcie pokazać a oni, mimo że na to nie zwracają uwagi, rejestrują to. I taki przekaz, zarejestrowany nieświadomie, może w bardzo znacząco wpływać na ich zachowanie. Brown potrafi to robić i robi z tego znakomity show. Przykładowo: bierze z ulicy jakąś babkę, wprowadza ją do wielkiego sklepu z zabawkami (wiecie, taki 5 pięter, jest tam wszystko). Prosi ją żeby po nim się przeszła, dokładnie pooglądała zabawki i wybrała coś dla kogoś na prezent. Oczywiście ma nie mówić co to jest, jedynie o tym pomyśleć. A po pół godziny chodzenia Darren Brown ją bierze i mówi „hmm, dla kogo wybierałaś tą zabawkę”, babka odpowiada „dla siostrzenicy”. I wtedy się zaczyna: „hmm.. dla siostrzenicy... to na pewno nie będzie robot, chodźmy do pluszaków, tak, to na pewno coś z nich... hmmm... na pewno jakieś zwierze... goryl albo żyrafa, nie na pewno żyrafa” po czym podnosi żyrafe i wręcza zdziwionej babce. Ta oczywiście potwierdza że chodziło jej o żyrafę. Brown pyta „a jak nazwiesz tą żyrafe?” – babka: „Vicky”. A Darren wyciąga z zza pazuchy kopertę, otwiera ją i pokazuje babce kartkę z napisem Vicky. I tak jeszcze pare różnych rzeczy, które babka potwierdza. A potem jest cięcie i Brown pokazuje jak to zrobił. Od samego wejścia do sklepu babka była bombardowana tą żyrafą. Dekoracje były w ciapki, gdzieniegdzie były porozkładane te żyrafy, od czasu do czasu był gdzieś napis „żyrafa to Vicky” itd. Nikt jej nie powiedział że ma wybrać żyrafę, ale zasypana jej wizerunkiem z każdej strony zrobiła to trochę nieświadomie. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Wiadomo, w telewizji można pokazać wszystko. Ale całość sprawia dość autentyczne wrażenie, głównie dlatego że autor nawet przez sekunde nie próbuje ukrywać w jaki sposób robi to co robi. Po każdym show jest objaśnienie o co chodziło, ze szczegółami. Na pewno nie na każdego takie tricki działają (na przykład na mnie chyba słabo - jeden program miał mnie przykleić do fotela co zupełnie nie wyszło :-/ ale tego zresztą Brown też nie ukrywa – czasem pokazuje jak próbuje coś zrobić na jednym, drugim, trzecim przechodniu – a działa dopiero za czwartym razem) ale nawet jeśli podatne jest na to 50% społeczeństwa to i tak dużo. Co zresztą też pokazał, dekorując jakieś centrum handlowe dekoracjami zachęcającymi do dawania pieniędzy (manekiny przekazywały sobie gotówkę, były napisy itp). Potem przebrał się za żebraka i usiadł w kącie. Po godzinie uzbierał 300 funtów, a na koniec podszedł do niego jakiś koleś i oddał mu własne buty. W zeszłym tygodniu był eksperyment w którym widzowie mieli narysować coś co wcześniej narysowała jakaś kobieta, która podczas programu miała o tym intenstywnie myśleć (co to jest wiedziała tylko ona). No i jakieś 30% ludzi narysowało koncentryczne okręgi a kolejne 10% Stonehenge. Oczywiście tym co narysowała wcześniej ta babka (podczas emisji gdzieś zamknięta) też były te okręgi. A potem okazało się że zanim zaczęła rysować sugerowano jej właśnie te kółka i Stonehenge (przy którym nota bene na czas emisji programu ją zamknięto) a tego dnia, w gazetach w całym kraju były małe napisy „narysuj koncentryczne okręgi”. Niezłe, polecam. Na youtubie trochę tego jest. Tu np. filmik jak urabiał ludzi z agencji reklamowych: http://www.youtube.com/watch?v=1UpUcgPP-YY
Drugim z dzisiejszych Brownów jest Dan Brown. Jak ktoś nie kojarzy to autor „Kodu Leonarda DaVinci” i „Aniołów i Demonów”. Ostatnio wysmażył on kolejną książkę – „The Lost Symbol”, którą właśnie skończyłem czytać. Przy okazji jej zakupu poznałem granice słowa „promocja” w UK (a raczej ich brak). Książka w detalu kosztuje niecałe 19 funtów. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie, ale nadal, prawie 20 funtów to nie tak mało za czytadło do poduszki. Niektóre księgarnie prowadziły przedsprzedaż w której książka kosztowała 15 funtów. Ale spojrzałem na Amazona – oni mieli 50% obniżki (książka za 9.5 funta ) i do tego darmową przesyłkę – więc skorzystałem. I byłem bardzo dumny z poczynionych oszczędności, ale tylko do dnia premiery książki, kiedy to Sainsbury (taki supermarket) zaczął ją sprzedawać za 6 funtów. A dzień później zobaczyłem ją jeszcze w Tesco za 5... I byłem tym już bardzo niepocieszony, ale okazało się że Amazon w dniu premiery też zaczął ją sprzedawać za 5 i tym co kupili ją wcześniej postanowił różnicę zwrócić. Fajnie z ich strony.
Sama książka jest...hmmm... nie wiem w sumie... Tym razem jest o Masonach, dzieje się w Waszyngtonie (jako że ostatnio tam byliśmy, przynajmniej wiedziałem o jakich budynkach czytam) i w sumie nie jest zła. Jest jakaś starożytna tajemnica, jest tajne bractwo które jej chroni i jest główny zły który chce ją posiąść i zawładnąć światem. Co, brzmi znajomo? Nic dziwnego. „The Lost Symbol” jest właściwie kalką dwóch poprzednich powieści Dana Browna. Konstrukcja jest właściwie identyczna, intryga prowadzona tak samo, zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów i nazwy tajnych organizacji. I jeśli ktoś nie czytał poprzednich części to książka pewnie mu się spodoba (o ile oczywiście lubi takie klimaty), ale jeśli zna się „Anioły i Demony” i „Kod Leonarda” to „The Lost Symbol” może być trochę rozczarowujący. Brown próbuje wprowadzić troche nowości przesuwając się trochę bardziej w stronę (pseudo)nauki i mistycyzmu ale robi to na tyle nieśmiale, że jego wysiłki biorą w łeb. A szkoda, bo w np. Micheal Cordy w „Messiah Code” i „Lucifer” poszedł w tą stronę na maxa i z połączenia science-fiction z tematami mistyczno-religijnymi wyszło coś naprawdę fajnego. Reasumując nie jest to książka zła, można ją przeczytać i nawet się nieźle przy tym bawić, ale jak na kilka lat które autorowi zabrało jej napisanie to jednak trochę mało. Ale może jeszcze z raz dam mu szansę i kupię następną jego powieść (przy okazji nie radzę kupować następnych książek wspomnianego Micheala Cordy’ego – wpadł on w dokładnie tą samą pułapkę i co Brown jego następne książki są jeszcze bardziej brutalnym powieleniem poprzednich)
Może zacznijmy od telewizji. Telewizja w UK jest (a to niespodzianka :). W sumie nic szczególnego, bo co da się w tej materii wymyśleć. Ale okazuje się, że się da. Ktoś tu wpadł na ciekawy patent jak w prosty sposób zwiększyć ilość kanałów w telewizji. Przecież wiadomo – im więcej tym lepiej – zwłaszcza w ulotkach reklamowych kablówek – 45 brzmi o niebo lepiej niż 22, 100 jest fajniejsze niż 50. Otóż wiele tutejszych programów jest zdublowanych. Oczywiście nie tak bezczelnie że po prostu leci to samo pod inną nazwą. W drugiej wersji kanału, wszystko jest przesunięte o godzinę do przodu – a sam kanał nazywa się „XXX+1” (XXX to nazwa kanału bazowego, nie jakiegoś z pornem). Dzięki temu jeśli chcemy coś obejrzeć, ale się spóźnimy to nie ma problemu bo za godzinę znowu będzie leciało od początku. Ciekawy substytut dla nagrywania.
Jak już jesteśmy przy nagrywaniu to nagrywarki cyfrowe i w ogóle telewizja cyfrowa bardzo się tu już rozpanoszyły. Do 2012 telewizji analogowej ma na wyspach już w ogóle nie być, a już teraz większość dostawców kablowych przesyła sygnał tylko cyfrowo. Na szczęscie Virgin Media z którego chce telewizje i internet dostarcza dekoder który mogę podłączyć do telewizora, ale niektóre inne sieci sugerują upgrade telewizora. Przy okazji kablówek – internet (jak już jest) to jest tu fajny. Minimalny bandwitdh jaki sobie można założyć to 10Mbitów – wolniej po prostu nie dają. I to faktycznie jest to 10Mbitów – jeszcze w B&B 30 megowe prezentacje ze stron Microsoftu ciągnęły się po kilkanaście sekund. A 50 Mbitów też podobno ciągnie po te kilka mega na sekundę.
Dobra, ale do rzeczy bo miało być o Brownach. Zacząłem od telewizji, bo w lokalnej, co tydzień występuje Darren Brown. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że pare miesięcy temu Browna pokazał mi w internecie brat. Darren Brown to taki magik. Pisze „magik” ale to nie jest typowy czarodziej. W zasadzie w ogóle nie jest czarodziejem, ale to co robi daje rade. Koleś zajmuje się badaniami w jaki sposób można na ludzi wpływać bez ich świadomości. Nie chodzi mu jednak o te słynne podprogowe przekazy w filmach (np. Pojedyncza ramka z napisem „pijcie coca-cole” w filmie, mająca zwiększać sprzedaz napoju) ale o to, że czasem ludziom można coś bardzo otwarcie pokazać a oni, mimo że na to nie zwracają uwagi, rejestrują to. I taki przekaz, zarejestrowany nieświadomie, może w bardzo znacząco wpływać na ich zachowanie. Brown potrafi to robić i robi z tego znakomity show. Przykładowo: bierze z ulicy jakąś babkę, wprowadza ją do wielkiego sklepu z zabawkami (wiecie, taki 5 pięter, jest tam wszystko). Prosi ją żeby po nim się przeszła, dokładnie pooglądała zabawki i wybrała coś dla kogoś na prezent. Oczywiście ma nie mówić co to jest, jedynie o tym pomyśleć. A po pół godziny chodzenia Darren Brown ją bierze i mówi „hmm, dla kogo wybierałaś tą zabawkę”, babka odpowiada „dla siostrzenicy”. I wtedy się zaczyna: „hmm.. dla siostrzenicy... to na pewno nie będzie robot, chodźmy do pluszaków, tak, to na pewno coś z nich... hmmm... na pewno jakieś zwierze... goryl albo żyrafa, nie na pewno żyrafa” po czym podnosi żyrafe i wręcza zdziwionej babce. Ta oczywiście potwierdza że chodziło jej o żyrafę. Brown pyta „a jak nazwiesz tą żyrafe?” – babka: „Vicky”. A Darren wyciąga z zza pazuchy kopertę, otwiera ją i pokazuje babce kartkę z napisem Vicky. I tak jeszcze pare różnych rzeczy, które babka potwierdza. A potem jest cięcie i Brown pokazuje jak to zrobił. Od samego wejścia do sklepu babka była bombardowana tą żyrafą. Dekoracje były w ciapki, gdzieniegdzie były porozkładane te żyrafy, od czasu do czasu był gdzieś napis „żyrafa to Vicky” itd. Nikt jej nie powiedział że ma wybrać żyrafę, ale zasypana jej wizerunkiem z każdej strony zrobiła to trochę nieświadomie. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Wiadomo, w telewizji można pokazać wszystko. Ale całość sprawia dość autentyczne wrażenie, głównie dlatego że autor nawet przez sekunde nie próbuje ukrywać w jaki sposób robi to co robi. Po każdym show jest objaśnienie o co chodziło, ze szczegółami. Na pewno nie na każdego takie tricki działają (na przykład na mnie chyba słabo - jeden program miał mnie przykleić do fotela co zupełnie nie wyszło :-/ ale tego zresztą Brown też nie ukrywa – czasem pokazuje jak próbuje coś zrobić na jednym, drugim, trzecim przechodniu – a działa dopiero za czwartym razem) ale nawet jeśli podatne jest na to 50% społeczeństwa to i tak dużo. Co zresztą też pokazał, dekorując jakieś centrum handlowe dekoracjami zachęcającymi do dawania pieniędzy (manekiny przekazywały sobie gotówkę, były napisy itp). Potem przebrał się za żebraka i usiadł w kącie. Po godzinie uzbierał 300 funtów, a na koniec podszedł do niego jakiś koleś i oddał mu własne buty. W zeszłym tygodniu był eksperyment w którym widzowie mieli narysować coś co wcześniej narysowała jakaś kobieta, która podczas programu miała o tym intenstywnie myśleć (co to jest wiedziała tylko ona). No i jakieś 30% ludzi narysowało koncentryczne okręgi a kolejne 10% Stonehenge. Oczywiście tym co narysowała wcześniej ta babka (podczas emisji gdzieś zamknięta) też były te okręgi. A potem okazało się że zanim zaczęła rysować sugerowano jej właśnie te kółka i Stonehenge (przy którym nota bene na czas emisji programu ją zamknięto) a tego dnia, w gazetach w całym kraju były małe napisy „narysuj koncentryczne okręgi”. Niezłe, polecam. Na youtubie trochę tego jest. Tu np. filmik jak urabiał ludzi z agencji reklamowych: http://www.youtube.com/watch?v=1UpUcgPP-YY
Drugim z dzisiejszych Brownów jest Dan Brown. Jak ktoś nie kojarzy to autor „Kodu Leonarda DaVinci” i „Aniołów i Demonów”. Ostatnio wysmażył on kolejną książkę – „The Lost Symbol”, którą właśnie skończyłem czytać. Przy okazji jej zakupu poznałem granice słowa „promocja” w UK (a raczej ich brak). Książka w detalu kosztuje niecałe 19 funtów. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie, ale nadal, prawie 20 funtów to nie tak mało za czytadło do poduszki. Niektóre księgarnie prowadziły przedsprzedaż w której książka kosztowała 15 funtów. Ale spojrzałem na Amazona – oni mieli 50% obniżki (książka za 9.5 funta ) i do tego darmową przesyłkę – więc skorzystałem. I byłem bardzo dumny z poczynionych oszczędności, ale tylko do dnia premiery książki, kiedy to Sainsbury (taki supermarket) zaczął ją sprzedawać za 6 funtów. A dzień później zobaczyłem ją jeszcze w Tesco za 5... I byłem tym już bardzo niepocieszony, ale okazało się że Amazon w dniu premiery też zaczął ją sprzedawać za 5 i tym co kupili ją wcześniej postanowił różnicę zwrócić. Fajnie z ich strony.
Sama książka jest...hmmm... nie wiem w sumie... Tym razem jest o Masonach, dzieje się w Waszyngtonie (jako że ostatnio tam byliśmy, przynajmniej wiedziałem o jakich budynkach czytam) i w sumie nie jest zła. Jest jakaś starożytna tajemnica, jest tajne bractwo które jej chroni i jest główny zły który chce ją posiąść i zawładnąć światem. Co, brzmi znajomo? Nic dziwnego. „The Lost Symbol” jest właściwie kalką dwóch poprzednich powieści Dana Browna. Konstrukcja jest właściwie identyczna, intryga prowadzona tak samo, zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów i nazwy tajnych organizacji. I jeśli ktoś nie czytał poprzednich części to książka pewnie mu się spodoba (o ile oczywiście lubi takie klimaty), ale jeśli zna się „Anioły i Demony” i „Kod Leonarda” to „The Lost Symbol” może być trochę rozczarowujący. Brown próbuje wprowadzić troche nowości przesuwając się trochę bardziej w stronę (pseudo)nauki i mistycyzmu ale robi to na tyle nieśmiale, że jego wysiłki biorą w łeb. A szkoda, bo w np. Micheal Cordy w „Messiah Code” i „Lucifer” poszedł w tą stronę na maxa i z połączenia science-fiction z tematami mistyczno-religijnymi wyszło coś naprawdę fajnego. Reasumując nie jest to książka zła, można ją przeczytać i nawet się nieźle przy tym bawić, ale jak na kilka lat które autorowi zabrało jej napisanie to jednak trochę mało. Ale może jeszcze z raz dam mu szansę i kupię następną jego powieść (przy okazji nie radzę kupować następnych książek wspomnianego Micheala Cordy’ego – wpadł on w dokładnie tą samą pułapkę i co Brown jego następne książki są jeszcze bardziej brutalnym powieleniem poprzednich)
piątek, 2 października 2009
I jeszcze trochę rzeczy z Siggraphu 2009
W końcu na sieci pojawiły się slajdy z rewelacyjnego kursu z tegorocznego Siggraphu - Advances in Real-Time Rendering in 3D Graphics and Games - są na stronie Bungie: http://www.bungie.net/News/content.aspx?type=topnews&link=Siggraph_09. Polecam bardzo - ludzie z Bungie opowiadają o renderingu nieba, cieniach, podejściach do liczenia lightmap na GPU. Jest rewelacyjna prezentacja Alexa Evansa z Media Molecule (Little Big Planet), jest fajna prezentacja o silniku Split/Second i troche innych rzeczy o których zapomniałem...
A jak ktoś jeszcze nie widział to tutaj link do drugiego fajnego kursu - Beyond Programmable Shading - http://s09.idav.ucdavis.edu/
A jak ktoś jeszcze nie widział to tutaj link do drugiego fajnego kursu - Beyond Programmable Shading - http://s09.idav.ucdavis.edu/
czwartek, 1 października 2009
Trochę rzeczy z Siggraph Asia 2009
Na stronie Ke-Sen Huang (http://kesen.huang.googlepages.com/) są już linki do preprintów paperów z tegorocznego Siggraph Asia. Dopiero się im przyglądam ale na pewno ciekawie wyglądają: Depth-of-Field Rendering with Multiview Synthesis (http://www.mpi-inf.mpg.de/~slee/pub/) i PhotoSketch (http://cg.cs.tsinghua.edu.cn:8080/cmm/?page_id=155). Pierwsze to kolejna wariacja na temat głębi ostrości (dosyć skomplikowana na pierwszy rzut oka, ale warto się bliżej przyjrzeć).
PhotoSketch jest bardziej casualowy :) Warto wejść na stronę i obejrzeć filmiki i obrazki. Kolesie na podstawie szkicu i tekstowych podpisów generują obrazek z elementów znalezionych w internecie - bombeczka!
PhotoSketch jest bardziej casualowy :) Warto wejść na stronę i obejrzeć filmiki i obrazki. Kolesie na podstawie szkicu i tekstowych podpisów generują obrazek z elementów znalezionych w internecie - bombeczka!
Dom!
W sumie dzisiaj miało być trochę o okolicy (bo jest całkiem fajna), ale że okoliczności są wyjątkowe to będzie coś innego.
Bo w końcu mamy gdzie mieszkać! Po miesiącu tułaczki udało nam sie w końcu znaleźć stałe zakwaterowanie. Dzisiaj rano podpisaliśmy umowę wynajmu dwupokojowego miekszkania na St. Luke's Square (tutaj: http://maps.google.com/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=St+Luke's+Square,+Guildford,+Surrey+GU1,+UK&sll=37.0625,-95.677068&sspn=54.22533,113.818359&ie=UTF8&z=16&iwloc=A) W sumie odbyło się bez niespodzianek. Jedynym problemem było zapłacenie całej kwoty depozytu i pierwszego czynszu. Jako że to całkiem sporo kasy, ani my, ani agent nie mieliśmy ochoty na skorzystanie z gotówki. Opcją był przelew bankowy, ale tu jest tak trochę dziwnie i bez zapłacenia nie można posać umowy. Ja nie za bardzo chciałem przesyłać 1700 funtów bez żadnego potwierdzenia (zwłaszcza że pewnie ta kasa by nie doszła do dziś ich konto i byłby problem) i było trzeba troche pokombinować. Skorzystaliśmy z magicznego wynalazku pt. "Banker's draft" - jest to taki czek który kupuje się od banku. Ma on tą zaletę że, w przeciwieństwie do zwykłego czeku, jest pewny (no chyba że pomiędzy jego wystawieniem a zrealizowaniem zbankrutuje bank ale to pewnie mało prawdodobne) a do tego jest wystawiony na konkretną osobę więc można go przy sobie nosić bez stresu. Zadziałało ale w sumie ciekawe czy doczekam chwili kiedy wszystko będzie można załatwić kartą...
Jeśli chodzi o samą umowę to absolutnie nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. W Polsce umowy kredytowe są krótsze. Nasza umowa najmu to 13 stron zapisanych maczkiem i szczegółowo opisujących co w mieszkaniu wolno robić a czego nie (nota bene: obowiązków tenanta (mieszkańca) jest jakiś 7 stron, obowiązków landlorda (właściciela) jest z pół strony - z czego kolejne pół to opis sytuacji za które landlord jednak odpowiedzialny nie jest). I dla przykładu: nie możemy w mieszkaniu trzymać trzody chlewnej, drobiu, gołębi ptaków łownych (serio!), nie możemy w mieszkaniu spożywać narkotyków ani robić niczego co jest niemoralne (?!?), musimy informować właściciela o wszystkich chorobach zakaźnych które przechodzą mieszkańcy, żeby w razie potrzeby mógl on po zakończeniu wynajmu odpowiednio odkazić mieszkanie, miejsce parkingowe musimy regularnie czyścić z ewentualnych plam oleju które się na nim pojawią. Oczywiście w ogole nie wpominam o takich oczywistościach jak zakaz wieszania obrazków bez zgody landlorda itp.
Jak zobaczyłem tą umowę pare dni temu byłem bardzo zdziwiony. Ale myślę: co kraj to obyczaj, może tutaj trzeba wszystko spisać żeby było jasne. Ale jeszcze większa niespodzianka spotkała mnie dzisiaj rano. Po podpisaniu wszystkich bzdetów pan przystąpił do przekazania mieszkania. Zaczęło się od tego, że wręczył nam płyte CD na której są dokładne fotografie mieszkania. I to nie po jednej fotce każdego pokoju. Każda rysa, każda odrapana farba, każde zarysowanie na blacie jest sfotgrafowane. Do tego dochodzi kolejne 10 stron z tabelką w której te wszystkie rzeczy są opisane. I to dość fachowo: np. jednocentymentrowe wgniecenie w ściane na wysokości klamki. Oczywiście z jednej strony to znakomicie bo nikt nam nie wmówi że pewne rzeczy zrobiliśmy my, ale z drugiej są cholernie drobiazgowi i na pewno jeśli cokolwiek się stanie (odpukać) to to zauważą. Pan nas zapewniał że "fair wear and tear" jest dopuszczalne i nikt się nie przyczepi jak gdzieś tam będzie lekko zarysowana ściana, ale już wgniecenia mile widziane nie będą :)
Ale mam nadzieję że będzie fajne. Mieszkanie jest jasne, przytulne w bardzo cichym i spokojnym miejscu. Jest na pierwszym piętrze a okna wychodzą na mały skwerek (jak przyjedziecie to zobaczycie :) Do samego środka Guildford jest 5-10 minut piechotą. Mieszkanie jest niestety nie umeblowane ale może to i lepiej, mniej rzeczy do omyłkowego zniszczenia. Brak umeblowania nie dotyczy na szczęscie kuchni (lodówka i pralka są) i kilku wbudowanych szaf. Dziś rano kupiliśmy dmuchany materac więc będzie gdzie spać. Pozostaje podłączyć internet i będzie jak w domu!
Bo w końcu mamy gdzie mieszkać! Po miesiącu tułaczki udało nam sie w końcu znaleźć stałe zakwaterowanie. Dzisiaj rano podpisaliśmy umowę wynajmu dwupokojowego miekszkania na St. Luke's Square (tutaj: http://maps.google.com/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=St+Luke's+Square,+Guildford,+Surrey+GU1,+UK&sll=37.0625,-95.677068&sspn=54.22533,113.818359&ie=UTF8&z=16&iwloc=A) W sumie odbyło się bez niespodzianek. Jedynym problemem było zapłacenie całej kwoty depozytu i pierwszego czynszu. Jako że to całkiem sporo kasy, ani my, ani agent nie mieliśmy ochoty na skorzystanie z gotówki. Opcją był przelew bankowy, ale tu jest tak trochę dziwnie i bez zapłacenia nie można posać umowy. Ja nie za bardzo chciałem przesyłać 1700 funtów bez żadnego potwierdzenia (zwłaszcza że pewnie ta kasa by nie doszła do dziś ich konto i byłby problem) i było trzeba troche pokombinować. Skorzystaliśmy z magicznego wynalazku pt. "Banker's draft" - jest to taki czek który kupuje się od banku. Ma on tą zaletę że, w przeciwieństwie do zwykłego czeku, jest pewny (no chyba że pomiędzy jego wystawieniem a zrealizowaniem zbankrutuje bank ale to pewnie mało prawdodobne) a do tego jest wystawiony na konkretną osobę więc można go przy sobie nosić bez stresu. Zadziałało ale w sumie ciekawe czy doczekam chwili kiedy wszystko będzie można załatwić kartą...
Jeśli chodzi o samą umowę to absolutnie nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. W Polsce umowy kredytowe są krótsze. Nasza umowa najmu to 13 stron zapisanych maczkiem i szczegółowo opisujących co w mieszkaniu wolno robić a czego nie (nota bene: obowiązków tenanta (mieszkańca) jest jakiś 7 stron, obowiązków landlorda (właściciela) jest z pół strony - z czego kolejne pół to opis sytuacji za które landlord jednak odpowiedzialny nie jest). I dla przykładu: nie możemy w mieszkaniu trzymać trzody chlewnej, drobiu, gołębi ptaków łownych (serio!), nie możemy w mieszkaniu spożywać narkotyków ani robić niczego co jest niemoralne (?!?), musimy informować właściciela o wszystkich chorobach zakaźnych które przechodzą mieszkańcy, żeby w razie potrzeby mógl on po zakończeniu wynajmu odpowiednio odkazić mieszkanie, miejsce parkingowe musimy regularnie czyścić z ewentualnych plam oleju które się na nim pojawią. Oczywiście w ogole nie wpominam o takich oczywistościach jak zakaz wieszania obrazków bez zgody landlorda itp.
Jak zobaczyłem tą umowę pare dni temu byłem bardzo zdziwiony. Ale myślę: co kraj to obyczaj, może tutaj trzeba wszystko spisać żeby było jasne. Ale jeszcze większa niespodzianka spotkała mnie dzisiaj rano. Po podpisaniu wszystkich bzdetów pan przystąpił do przekazania mieszkania. Zaczęło się od tego, że wręczył nam płyte CD na której są dokładne fotografie mieszkania. I to nie po jednej fotce każdego pokoju. Każda rysa, każda odrapana farba, każde zarysowanie na blacie jest sfotgrafowane. Do tego dochodzi kolejne 10 stron z tabelką w której te wszystkie rzeczy są opisane. I to dość fachowo: np. jednocentymentrowe wgniecenie w ściane na wysokości klamki. Oczywiście z jednej strony to znakomicie bo nikt nam nie wmówi że pewne rzeczy zrobiliśmy my, ale z drugiej są cholernie drobiazgowi i na pewno jeśli cokolwiek się stanie (odpukać) to to zauważą. Pan nas zapewniał że "fair wear and tear" jest dopuszczalne i nikt się nie przyczepi jak gdzieś tam będzie lekko zarysowana ściana, ale już wgniecenia mile widziane nie będą :)
Ale mam nadzieję że będzie fajne. Mieszkanie jest jasne, przytulne w bardzo cichym i spokojnym miejscu. Jest na pierwszym piętrze a okna wychodzą na mały skwerek (jak przyjedziecie to zobaczycie :) Do samego środka Guildford jest 5-10 minut piechotą. Mieszkanie jest niestety nie umeblowane ale może to i lepiej, mniej rzeczy do omyłkowego zniszczenia. Brak umeblowania nie dotyczy na szczęscie kuchni (lodówka i pralka są) i kilku wbudowanych szaf. Dziś rano kupiliśmy dmuchany materac więc będzie gdzie spać. Pozostaje podłączyć internet i będzie jak w domu!
czwartek, 24 września 2009
Trochę dziwności...
UK jest trochę dziwne. Dziwne trochę inaczej niż np. USA. (kurde, przestraszyłem się, właśnie zawył alarm pożarowy - wyje w każdy czwartek w porze obiadu - jak mówi ulotka: żeby go przetestować i przyzwyczaić do niego ludzi :) W Stanach wszystko jest zrobione pod ludzi - maksymalnie proste, wręcz idioto-odporne. Tutaj podobno też, ale jakos przez zeszły miesiąc tego nie doświadczyłem. Jak przyjeżdża się tu do pracy to trzeba załatwić masę formalności, ale w zasadzie mało kto wie jakich. Jednyną opcją jest przeszukać sporo stron w sieci, spisać rzeczy które trzeba zrobić i mieć nadzieję że o niczym się nie zapomniało.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.
Trochę o pracy
Jako że dojazd do UK'a i pierwsze dni już opisałem, to teraz będzie trochę ogólnie. Może najpierw o pracy. Oczywiście za dużo nie mogę napisać bo będę musiał oddać nerkę i prawe płuco, ale może za trochę ogólników nikt mnie ścigać nie będzie. Lionhead jest częścią Microsoftu. Niby ma swoją nazwę, swoich szefów, ale tak de facto wszyscy tutaj podlegają pod Steve'a Ballmera. Maile są w domenie microsoft.com (jak ktoś ma ochotę napisać do mnie to trzeba na miciwan w tej domenie) Jako że wszyscy jesteśmy tu jedną wielką rodziną, trzeba w związku z tym przejść on-linowe szkolenie z tego jak należy się zachowywać w stosunku do współpracowników, jak należy dbać o bezpieczeństwo i tak dalej. Trzeba wyznaczać sobie oficjalne cele na kolejne lata pracy i się z nich przed sobą rozliczać. I jeszcze troche takich różnych rzeczy. No ale nic, takie życie :) Z drugiej strony bardzo dużo korzyści płynie z infrastruktury microsoftu. Widać te tony pieniędzy pompowane w to żeby wszystko sprawnie działało. Na kompie wszystko dzieje się automatycznie. Włączyłem pierwszy raz Outlooka - a on coś pomrugał, kliknąłem 'Next', po czym moje konto skonfigurowało się samo, zostałem dodany do różnych grup mailowych, dostałem poradnik nowego pracownika. Jak zacznę chodzić po wewnętrznych stronach to też wszędzie mnie poznaje, wie do czego powinienem mieć dostęp, wyświeta mi jakieś szkolenia w których mogę wziąć udział. Jest sklepik firmowy w którym produkty Microsoftu są dostępne po znacznie obniżonych cenach (poza sprzętem, ten kosztuje tyle co w sklepie) i takie tam duperele. Są soft drinki, ciastka, owoce a mała kantynka na dole jest dotowane, dzięki czemu obiad którym się najadam kosztuje mniej więcej tyle ile u fryzjera.
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...
Cel - UK, finał
No i miałem pisać częściej i oczywiście nic z tego nie wyszło.
Ale poczucie winy gryzie mnie już do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić czas lunchu w pracy i coś skrobnąć.
Ostatnio skończyło się na tym, że w środku nocy wylądowaliśmy u pana Garego. Pan Gary prowadzi Bed&Breakfest z żoną ale jej akurat nie było. Zchargował nas 25 quidów (tak się tu mówi na funty :) za noc za osobę, ale jako miał wolne tylko na 3 dni, następnego dnia musieliśmy zacząć się rozglądać za czymś innym. I w sumie dobrze wyszło, bo choć pan Gary codziennie przygotowywał i podawał nam śniadanie własnoręcznie, to jego cena okazała się być wcale nie tak przystępna jak próbował nam to wcisnąć. Więc w informacji turystycznej zdobyliśmy katalog z bed&breakfestami w Guildford i zaczęliśmy szukać. I zupełnie nieźle poszło, bo już chyba w drugim się udało. Pani co prawda nie miała u siebie miejsc, ale okazało się że przez najbliższy miesiąc zajmuje się też b&b siostry. Tam miejsca troche było, ale jak wyjaśniliśmy jej naszą aktualna sytuacje to zaproponowała nam trochę inne rozwiązanie. W tym drugim domu był wolny pokój na poddaszu. Nie był to typowy pokój b&b, wiec nikt go zarezerwowanego nie miał, ale pani wyczuła interes i postanowiła nam go udostępnić. Jako że nie za bardzo miała sobie ochotę generować dodatkową robotę, optowała za tym, zeby wynająć nam go taniej, ale bez śniadań. Jako że śniadanie i tak wolimy sobie zrobić samemu, bez wahania na to poszliśmy. I to był bardzo dobry deal. Dom jest bliżej centrum (nie jakoś drastycznie, bo to miasto w ogóle do za dużych nie należy), jest miejsce parkingowe i przede wszystkim jest internet. Co prawda na jedym laptopie non-stop zrywa połączenie, ale drugi działa bez zarzutu. Do tego w pokoju jest łazienka (u pana Garego trzeba było zasuwać na korytarz) i za całość płacimy 35 funtów dzienne. No i tak sobie mieszkamy tam na razie. W pokoju stoją te nasze wszystkie wory, których cały czas nie rozpakowujemy, czekając na przeprowadzkę do finalnego mieszkania. Ja zacząłem chodzić do pracy, Aneta zaczęła szukać mieszkania, jakiejś sensownej pracy dla siebie i zapisała się na angielski. I tak sobie tu zaczęliśmy żyć.
Ale poczucie winy gryzie mnie już do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić czas lunchu w pracy i coś skrobnąć.
Ostatnio skończyło się na tym, że w środku nocy wylądowaliśmy u pana Garego. Pan Gary prowadzi Bed&Breakfest z żoną ale jej akurat nie było. Zchargował nas 25 quidów (tak się tu mówi na funty :) za noc za osobę, ale jako miał wolne tylko na 3 dni, następnego dnia musieliśmy zacząć się rozglądać za czymś innym. I w sumie dobrze wyszło, bo choć pan Gary codziennie przygotowywał i podawał nam śniadanie własnoręcznie, to jego cena okazała się być wcale nie tak przystępna jak próbował nam to wcisnąć. Więc w informacji turystycznej zdobyliśmy katalog z bed&breakfestami w Guildford i zaczęliśmy szukać. I zupełnie nieźle poszło, bo już chyba w drugim się udało. Pani co prawda nie miała u siebie miejsc, ale okazało się że przez najbliższy miesiąc zajmuje się też b&b siostry. Tam miejsca troche było, ale jak wyjaśniliśmy jej naszą aktualna sytuacje to zaproponowała nam trochę inne rozwiązanie. W tym drugim domu był wolny pokój na poddaszu. Nie był to typowy pokój b&b, wiec nikt go zarezerwowanego nie miał, ale pani wyczuła interes i postanowiła nam go udostępnić. Jako że nie za bardzo miała sobie ochotę generować dodatkową robotę, optowała za tym, zeby wynająć nam go taniej, ale bez śniadań. Jako że śniadanie i tak wolimy sobie zrobić samemu, bez wahania na to poszliśmy. I to był bardzo dobry deal. Dom jest bliżej centrum (nie jakoś drastycznie, bo to miasto w ogóle do za dużych nie należy), jest miejsce parkingowe i przede wszystkim jest internet. Co prawda na jedym laptopie non-stop zrywa połączenie, ale drugi działa bez zarzutu. Do tego w pokoju jest łazienka (u pana Garego trzeba było zasuwać na korytarz) i za całość płacimy 35 funtów dzienne. No i tak sobie mieszkamy tam na razie. W pokoju stoją te nasze wszystkie wory, których cały czas nie rozpakowujemy, czekając na przeprowadzkę do finalnego mieszkania. Ja zacząłem chodzić do pracy, Aneta zaczęła szukać mieszkania, jakiejś sensownej pracy dla siebie i zapisała się na angielski. I tak sobie tu zaczęliśmy żyć.
środa, 9 września 2009
Siggraph Encore
Taki mały, szybki pościk z pracy.
Na http://encore.siggraph.org/ jest moja prezentacja! Trzeba wejść w rok 2009, wybrać 'Talks' i 'Real Fast Rendering' i tam na dole się wyświetla. Można posłuchać sobie jak dukam w przeglądarce (potrzebny QuickTime) albo za $9.99 zakupić plik i słuchać do woli w domu, w pracy i gdzie jeszcze popadnie.
edit: chyba jednak żeby wysluchać mojego dukania do końca trzeba kupić. Będę miał w końcu okazje do skorzystania z mojej nowej, angielskiej karty :)
Na http://encore.siggraph.org/ jest moja prezentacja! Trzeba wejść w rok 2009, wybrać 'Talks' i 'Real Fast Rendering' i tam na dole się wyświetla. Można posłuchać sobie jak dukam w przeglądarce (potrzebny QuickTime) albo za $9.99 zakupić plik i słuchać do woli w domu, w pracy i gdzie jeszcze popadnie.
edit: chyba jednak żeby wysluchać mojego dukania do końca trzeba kupić. Będę miał w końcu okazje do skorzystania z mojej nowej, angielskiej karty :)
wtorek, 8 września 2009
Cel - UK
No i pojechaliśmy. W piątek, 28 sierpnia bo wielu dniach przygotowań (jakiś 4) wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca - tj. do Wielkiej Brytanii, do Guildford, gdzie 1 września zacząłem pracować jako programista w Lionheadzie.
Lanos został wypchany po sam sufit (damn, telewizor już nie wszedł, musieliśmy go zostawić :-/ Żeby zaoszczędzić miejsca nie pakowliśmy się w torby tylko wrzuciliśmy rzeczy do wielkich foliowych worków. Wyszło ich jakieś 15. Wyglądało to dość komicznie, ale w sumie dało się jechać. Ruszyliśmy dopiero koło 11, bo i tak nie planowaliśmy zrobić tego odcinka na raz. Nocleg planowaliśmy gdzieś w Niemczech, ale jakoś tak jechałem i jechałem i w końcu wylądowaliśmy w Holandii. Trochę mieliśmy pietra zostawiać na noc samochód z całym naszym dobytkiem na noc na parkingu, ale na szczęście nic się nie stało. Następnego dnia dojechaliśmy do Dunkerque i przeprawiliśmy sie do Dover. Nie wiem czy kawałek 'Cliffs of Dover' (m.in. z Guitar Hero III) odnosi się do tego Dover, ale faktycznie białe klify wyglądają sympatycznie (Wikipedia mówi, że tak, w piosence chodzi właśnie o te klify). Zdjęć niestety nie mam - aparat został w samochodzie do którego jak się okazało nie można się dostać podczas rejsu.
Pierwszą jaką zobaczyliśmy po zjeździe z promu był znak "Drive on the left side". Tego w sumie obawiałem sie najbardziej. Ale okazało się, że nie jest tak źle. Do Guildford w ogóle było spoko bo jechało się autostradą, a tam w sumie stronność ruchu nie ma wielkiego znaczenia (w Polsce jeździ sie lewym bo na prawym są koleiny, więc tu jechałem tak samo i było dobrze). Schody zaczęły sie po dojechaniu na miejsce. Przede wszystkim dlatego że Brytyjczycy kochają ronda. Nie wiem za bardzo czemu, ale jest ich multum. Przy okazji zrozumiałem w końcu, czemu przy ruchu lewostronnym mają one większy sens. Bo, jak się okazuje, ruch jest lewostronny, ale pierwszeństwo ma osoba podjeżdżająca z prawej strony. Czyli przy wjeździe na rondo, pierwszeństwo mają ci którzy się na nim znajdują - bez potrzeby ustawiania 'Ustąp pierwszeństwa', jak ma to miejsce w reszcie świata. Jeździ się dziwnie. Nie jest to jakoś bardzo trudne, po prostu trzeba się trochę pilnować. Ale akurat jazdę po Guildford mogłem sobie poćwiczyć, bo jakoś nie zarezerwowaliśmy żadnego noclegu na miejscu i pierwsze 2 godziny naszego pobytu upłynęły pod znakiem szukania jakiegoś bed&breakfest w który mieliby wolne miejsca. W końcu się udało - u miłego starszego pana Garego. I pewnie jeszcze troche na ten temat napisze, ale jakoś strasznie chce mi sie już spać, i dzisiaj raczej już nie dam rady. Obiecuje pisać trochę regularniej żeby nie narobić sobie już takich zaległości...
Lanos został wypchany po sam sufit (damn, telewizor już nie wszedł, musieliśmy go zostawić :-/ Żeby zaoszczędzić miejsca nie pakowliśmy się w torby tylko wrzuciliśmy rzeczy do wielkich foliowych worków. Wyszło ich jakieś 15. Wyglądało to dość komicznie, ale w sumie dało się jechać. Ruszyliśmy dopiero koło 11, bo i tak nie planowaliśmy zrobić tego odcinka na raz. Nocleg planowaliśmy gdzieś w Niemczech, ale jakoś tak jechałem i jechałem i w końcu wylądowaliśmy w Holandii. Trochę mieliśmy pietra zostawiać na noc samochód z całym naszym dobytkiem na noc na parkingu, ale na szczęście nic się nie stało. Następnego dnia dojechaliśmy do Dunkerque i przeprawiliśmy sie do Dover. Nie wiem czy kawałek 'Cliffs of Dover' (m.in. z Guitar Hero III) odnosi się do tego Dover, ale faktycznie białe klify wyglądają sympatycznie (Wikipedia mówi, że tak, w piosence chodzi właśnie o te klify). Zdjęć niestety nie mam - aparat został w samochodzie do którego jak się okazało nie można się dostać podczas rejsu.
Pierwszą jaką zobaczyliśmy po zjeździe z promu był znak "Drive on the left side". Tego w sumie obawiałem sie najbardziej. Ale okazało się, że nie jest tak źle. Do Guildford w ogóle było spoko bo jechało się autostradą, a tam w sumie stronność ruchu nie ma wielkiego znaczenia (w Polsce jeździ sie lewym bo na prawym są koleiny, więc tu jechałem tak samo i było dobrze). Schody zaczęły sie po dojechaniu na miejsce. Przede wszystkim dlatego że Brytyjczycy kochają ronda. Nie wiem za bardzo czemu, ale jest ich multum. Przy okazji zrozumiałem w końcu, czemu przy ruchu lewostronnym mają one większy sens. Bo, jak się okazuje, ruch jest lewostronny, ale pierwszeństwo ma osoba podjeżdżająca z prawej strony. Czyli przy wjeździe na rondo, pierwszeństwo mają ci którzy się na nim znajdują - bez potrzeby ustawiania 'Ustąp pierwszeństwa', jak ma to miejsce w reszcie świata. Jeździ się dziwnie. Nie jest to jakoś bardzo trudne, po prostu trzeba się trochę pilnować. Ale akurat jazdę po Guildford mogłem sobie poćwiczyć, bo jakoś nie zarezerwowaliśmy żadnego noclegu na miejscu i pierwsze 2 godziny naszego pobytu upłynęły pod znakiem szukania jakiegoś bed&breakfest w który mieliby wolne miejsca. W końcu się udało - u miłego starszego pana Garego. I pewnie jeszcze troche na ten temat napisze, ale jakoś strasznie chce mi sie już spać, i dzisiaj raczej już nie dam rady. Obiecuje pisać trochę regularniej żeby nie narobić sobie już takich zaległości...
Coś dla odmiany
Coś żeby rozbić te tony wspomnień.
Dostałem właśnie link od brata: http://www.widelec.pl/widelec/1,99763,6996493,Kino_w_bikini__czyli_co_by_bylo_gdyby_Darth_Vader.html
Dostałem właśnie link od brata: http://www.widelec.pl/widelec/1,99763,6996493,Kino_w_bikini__czyli_co_by_bylo_gdyby_Darth_Vader.html
Ameryka, dni 19-21
Ojoj, trochę się nazbierało. Nie dość, że nie udało mi się skończyć opisywać wojaży po Stanach a do tego nazbierało się już materiału na kolejnych pare wpisów. No to do roboty...
Dzień 19 w Nowym Yorku zaczęliśmy od wizyty w Rockefeller Center. Na samej górze jest taras widokowy, a z niego genialne widoki na Nowy York - podobo dużo lepsze niż z, niby wyższego, Empire State Building. Wrażenie robi Central Park - prostokątny, idealnie wpasowany w siatkę ulic. Jak wrzuce (pewnie za pół roku ;-) zdjecia to będzie widac.
W miedzyczasie dowiedziałem się z przewodnika, że najlepsze na świecie bajgle (takie okrągłe bułki z dziurką) są właśnie w Nowym Yorku! Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji i ruszyliśmy w stronę jednej z wymienionych piekarni. Bajgle faktycznie niezłe, zupełnie nie przypominały tej zbitej masy jaką serwują w większości moteli. A wychodząc z piekarni Aneta dostrzegła kątem oka, że przy nabrzeżu (bo piekarnia była akurat przy rzece) stoi sobie lotniskowiec! To był USS Intrepid - lotniskowiec służący w latach ~40-70, aktualnie przerobiony na muzeum (nota bene, też występował w National Treasure!). Na pokładzie stoi sobie kilkanaście samolotów bojowych (m.in. Mig w polskich barwach; Blackbird - najszybszy samolot na świecie, którego bak przecieka kiedy startuje - uszczelnia się dopiero kiedy samolot się nagrzewa w wyniku tarcia i jeszcze pare innych), obok jest jeszcze udostępniona do zwiedzania łódź podwodna i Concorde - w środku dość ciasny i nie ma telewizorków, ale w sumie jak podróż przez Atlantyk trwa 3 godziny to i po co? Dowiedziałem się przy okazji, że Concordy latały na pułapie 20km i z tej wysokości można było już zobaczyć krzywiznę Ziemi.
Na koniec, już z Natalią i Jackiem, wybraliśmy się na zwiedzanie Chinatown, Little Italy i SoHo (które nazwę zawdzięcza położeniu - SOuth of HOuston - które akurat czyta się jak 'House' a nie jak nazwe miasta - weird). Chinatown jakoś bardzo nie zaskakuje. Co prawda na jednej ścianie znaleźliśmy reklame 'GTA Chinatown Wars', a nazwa McDonalds zapisana jest też po chińsku, to w porównaniu z chinatown z Londynu czy San Francisco jest w zasadzie mało chińskie. Jest troche orientalnych restauracyjek, gdzieś chyba nawet dostrzegłem charakterystyczne wędzone prosiaki na wystawie ale to w zasadzie tyle. Nie ma tony kolorych sklepików, chińczyków też w sumie nie za dużo. Ale może trafiliśmy o złej godzinie? Little Italy bardziej chyba zasługuje na swoją nazwę, choć na tiramisu trafiliśmy dość przeciętne.
Następny dzień zaczęliśmy od szybkiej wizyty w B&H. Największy na świecie supermarket ze sprzętem fotograficznym. I nie dość że największy to jeszcze zorganizowany w dość niezwykły sposób. Zakupy wyglądają tak że podchodzi się do pana za ladą i tłumaczy sie czego się szuka. Pan stuka coś w komputerku i to czego nie ma pod ręką po paru sekundach do niego przyjeżdza. Bo cały sklep opleciony jest pajęczyną taśmociągów po których w te i wewte jeżdzą sobie różne paczki. Jak już skończymy zamawiać, dostajemy od pana paragon z który idziemy, w zupełnie inne miejsce, do kasy. Tam płacimy, dostajemy kolejny paragon, z którym idziemy w jeszcze inne miejsce gdzie pan go skanuje i podaje nam gotową torebeczkę zawierającą wszystko co na początu zamówiliśmy. A to wszystko w otoczeniu ortodoksyjnych Żydów! 95% sprzedawców ma pejsy i czarne kapelusze! Naprawde, osobliwe zestawienie...
Dalej był Central Park. Niesamowite. W środku wielkiego miasta, otoczony przez gigantyczne wieżowce jest sobie całkiem spory las. Wpasowny w siatkę ulic, idealnie prostokątny. A w środku: zoo, jeziorka, teatr. Łażąc w kółko spędziliśmy całe przedpołudnie.
Jako, że na wieczór wymyśliśmy sobie Broadway, trzeba było się wybrać po bilety. Można je albo kupić przez internet (drogo) albo zdać się trochę na łut szczęścia i o 13 stanąć w kolejce pod schodami na Times Square. Jest tam taka budka, w której codziennie sprzedawane są bilety na spektakle odbywające się tego samego dnia - ze sporymi zniżkami, czasami do 70%. Oczywiście, jak dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ja jeden wpadłem na pomysł żeby przyjść wcześniej. W kolejce spędziłem godzinę, przeklinając na czym świat stoi. Ale w końcu się udało - kupiliśmy bilety na 'Upiora w operze'. Spektakl zaczynał się o 20 więc mieliśmy trochę czasu. Postanowiliśmy wybrać się na Brooklyn zobaczyć Greenpoint - dzielnicę zamieszkiwaną głównie przez Polaków.
Greenpoint wygląda... hmmm... ciekawie. Niska zabudowa, dość biednie (Bronx na zdjęciach Jacka wygląda dość podobnie). A do tego wszędzie napisy po polsku, w kioskach polskie gazety, a w spożywczym zupki Winiary. Na ulicy ludzi nie ma za dużo, a jak jacyś są to rozmawiają głównie po polsku. Całość sprawia bardzo smutne wrażnie. Bardzo dołujący był McDonald's do którego na moment wpadliśmy (jedyne miejsce gdzie NA PEWNO będzie toaleta...). W środku siedziała grupka starszych ludzi - tak w wieku 65-75 lat - niektóry z kubkiem kawy, inni bez. Siedzieli i rozmawiali ze sobą po polsku, wszyscy ze spuszczonymi nosami. Zrobiło mi się tych ludzi strasznie, ale to straszni szkoda. Musi być smutno spędzać emeryturę w McDonaldsie na Brooklynie...
No a wieczorem był 'Upiór'. Przyznam się bez bicia, w teatrze raczej nie bywam w każdy weekend. Tak po prawdzie, to w ciągu ostatnich 10 lat w teatrze może byłem 2 razy, z czego raz to chyba jeszcze w liceum. I może od tego czasu teatr uległ jakiejś magicznej transformacji, ale jakoś nie sądzę. W każdym razie teatr na Broadwayu kosi przysłowiowy zwieracz. Nic dziwnego, że walą tam tłumy. Muzyka w wykonaniu orkiestry, wyjechane dekoracje (pod koniec pierwszego aktu na scene spada żyrandol, w pewnym momencie na scene wjeżdzają wielkie schody), oświetlenie, efekty (mgły, pirotechnika). O aktorstwie się nie wypowiadam bo się na tym nie znam (nie żebym się znał na wcześniejszych rzeczach...) ale pewnie też było niezłe. Gdyby tak wyglądał teatr u nas to chyba byłbym w nim częstszym gościem.
Następnego dnia trzeba było trzeba już wracać. Rano spotkaliśmy się jeszcze z Jackiem i Natalią na śniadaniu a potem ruszyliśmy na lotnisko. W tym czasie nad Nowy York nadciągał huragan Bill ale na szczęście nie przeszkodziło nam to odlecieć. Powrót odbył się bez większych niespodzianek. Krąży taka powszechna opinia że jetlag przy lotach na wschód dokucza bardziej ale po raz kolejny jakoś tego nie doświadczyłem. Ale i tak przez kolejnych pare dni spałem po 12 godzin dziennie. Musiałem odespać jakoś te wakacje...
Dzień 19 w Nowym Yorku zaczęliśmy od wizyty w Rockefeller Center. Na samej górze jest taras widokowy, a z niego genialne widoki na Nowy York - podobo dużo lepsze niż z, niby wyższego, Empire State Building. Wrażenie robi Central Park - prostokątny, idealnie wpasowany w siatkę ulic. Jak wrzuce (pewnie za pół roku ;-) zdjecia to będzie widac.
W miedzyczasie dowiedziałem się z przewodnika, że najlepsze na świecie bajgle (takie okrągłe bułki z dziurką) są właśnie w Nowym Yorku! Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji i ruszyliśmy w stronę jednej z wymienionych piekarni. Bajgle faktycznie niezłe, zupełnie nie przypominały tej zbitej masy jaką serwują w większości moteli. A wychodząc z piekarni Aneta dostrzegła kątem oka, że przy nabrzeżu (bo piekarnia była akurat przy rzece) stoi sobie lotniskowiec! To był USS Intrepid - lotniskowiec służący w latach ~40-70, aktualnie przerobiony na muzeum (nota bene, też występował w National Treasure!). Na pokładzie stoi sobie kilkanaście samolotów bojowych (m.in. Mig w polskich barwach; Blackbird - najszybszy samolot na świecie, którego bak przecieka kiedy startuje - uszczelnia się dopiero kiedy samolot się nagrzewa w wyniku tarcia i jeszcze pare innych), obok jest jeszcze udostępniona do zwiedzania łódź podwodna i Concorde - w środku dość ciasny i nie ma telewizorków, ale w sumie jak podróż przez Atlantyk trwa 3 godziny to i po co? Dowiedziałem się przy okazji, że Concordy latały na pułapie 20km i z tej wysokości można było już zobaczyć krzywiznę Ziemi.
Na koniec, już z Natalią i Jackiem, wybraliśmy się na zwiedzanie Chinatown, Little Italy i SoHo (które nazwę zawdzięcza położeniu - SOuth of HOuston - które akurat czyta się jak 'House' a nie jak nazwe miasta - weird). Chinatown jakoś bardzo nie zaskakuje. Co prawda na jednej ścianie znaleźliśmy reklame 'GTA Chinatown Wars', a nazwa McDonalds zapisana jest też po chińsku, to w porównaniu z chinatown z Londynu czy San Francisco jest w zasadzie mało chińskie. Jest troche orientalnych restauracyjek, gdzieś chyba nawet dostrzegłem charakterystyczne wędzone prosiaki na wystawie ale to w zasadzie tyle. Nie ma tony kolorych sklepików, chińczyków też w sumie nie za dużo. Ale może trafiliśmy o złej godzinie? Little Italy bardziej chyba zasługuje na swoją nazwę, choć na tiramisu trafiliśmy dość przeciętne.
Następny dzień zaczęliśmy od szybkiej wizyty w B&H. Największy na świecie supermarket ze sprzętem fotograficznym. I nie dość że największy to jeszcze zorganizowany w dość niezwykły sposób. Zakupy wyglądają tak że podchodzi się do pana za ladą i tłumaczy sie czego się szuka. Pan stuka coś w komputerku i to czego nie ma pod ręką po paru sekundach do niego przyjeżdza. Bo cały sklep opleciony jest pajęczyną taśmociągów po których w te i wewte jeżdzą sobie różne paczki. Jak już skończymy zamawiać, dostajemy od pana paragon z który idziemy, w zupełnie inne miejsce, do kasy. Tam płacimy, dostajemy kolejny paragon, z którym idziemy w jeszcze inne miejsce gdzie pan go skanuje i podaje nam gotową torebeczkę zawierającą wszystko co na początu zamówiliśmy. A to wszystko w otoczeniu ortodoksyjnych Żydów! 95% sprzedawców ma pejsy i czarne kapelusze! Naprawde, osobliwe zestawienie...
Dalej był Central Park. Niesamowite. W środku wielkiego miasta, otoczony przez gigantyczne wieżowce jest sobie całkiem spory las. Wpasowny w siatkę ulic, idealnie prostokątny. A w środku: zoo, jeziorka, teatr. Łażąc w kółko spędziliśmy całe przedpołudnie.
Jako, że na wieczór wymyśliśmy sobie Broadway, trzeba było się wybrać po bilety. Można je albo kupić przez internet (drogo) albo zdać się trochę na łut szczęścia i o 13 stanąć w kolejce pod schodami na Times Square. Jest tam taka budka, w której codziennie sprzedawane są bilety na spektakle odbywające się tego samego dnia - ze sporymi zniżkami, czasami do 70%. Oczywiście, jak dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ja jeden wpadłem na pomysł żeby przyjść wcześniej. W kolejce spędziłem godzinę, przeklinając na czym świat stoi. Ale w końcu się udało - kupiliśmy bilety na 'Upiora w operze'. Spektakl zaczynał się o 20 więc mieliśmy trochę czasu. Postanowiliśmy wybrać się na Brooklyn zobaczyć Greenpoint - dzielnicę zamieszkiwaną głównie przez Polaków.
Greenpoint wygląda... hmmm... ciekawie. Niska zabudowa, dość biednie (Bronx na zdjęciach Jacka wygląda dość podobnie). A do tego wszędzie napisy po polsku, w kioskach polskie gazety, a w spożywczym zupki Winiary. Na ulicy ludzi nie ma za dużo, a jak jacyś są to rozmawiają głównie po polsku. Całość sprawia bardzo smutne wrażnie. Bardzo dołujący był McDonald's do którego na moment wpadliśmy (jedyne miejsce gdzie NA PEWNO będzie toaleta...). W środku siedziała grupka starszych ludzi - tak w wieku 65-75 lat - niektóry z kubkiem kawy, inni bez. Siedzieli i rozmawiali ze sobą po polsku, wszyscy ze spuszczonymi nosami. Zrobiło mi się tych ludzi strasznie, ale to straszni szkoda. Musi być smutno spędzać emeryturę w McDonaldsie na Brooklynie...
No a wieczorem był 'Upiór'. Przyznam się bez bicia, w teatrze raczej nie bywam w każdy weekend. Tak po prawdzie, to w ciągu ostatnich 10 lat w teatrze może byłem 2 razy, z czego raz to chyba jeszcze w liceum. I może od tego czasu teatr uległ jakiejś magicznej transformacji, ale jakoś nie sądzę. W każdym razie teatr na Broadwayu kosi przysłowiowy zwieracz. Nic dziwnego, że walą tam tłumy. Muzyka w wykonaniu orkiestry, wyjechane dekoracje (pod koniec pierwszego aktu na scene spada żyrandol, w pewnym momencie na scene wjeżdzają wielkie schody), oświetlenie, efekty (mgły, pirotechnika). O aktorstwie się nie wypowiadam bo się na tym nie znam (nie żebym się znał na wcześniejszych rzeczach...) ale pewnie też było niezłe. Gdyby tak wyglądał teatr u nas to chyba byłbym w nim częstszym gościem.
Następnego dnia trzeba było trzeba już wracać. Rano spotkaliśmy się jeszcze z Jackiem i Natalią na śniadaniu a potem ruszyliśmy na lotnisko. W tym czasie nad Nowy York nadciągał huragan Bill ale na szczęście nie przeszkodziło nam to odlecieć. Powrót odbył się bez większych niespodzianek. Krąży taka powszechna opinia że jetlag przy lotach na wschód dokucza bardziej ale po raz kolejny jakoś tego nie doświadczyłem. Ale i tak przez kolejnych pare dni spałem po 12 godzin dziennie. Musiałem odespać jakoś te wakacje...
środa, 19 sierpnia 2009
Ameryka - zdjęcia z dni 1-18
W końcu coś wrzucam, miłego oglądania: http://picasaweb.google.pl/harrier3/USA200902
Ameryka - dni 17-18
Kolejnym etapem wycieczki był w końcu Nowy York. W początkowych planach samochód mieliśmy mieć wypożyczony do ostatniego dnia. Ale jeszcze przed wyjazdem do stanów coś nas tknęło, że może lepiej oddać go od razu po przyjeździe do Nowego Yorku. I to był chyba jeden z lepszych pomysłów. Na sam Manhattan wjechaliśmy w miarę bezproblemowo - korków w zasadzie nie było. Za to to co zaczęło się potem można opisać tylko jednym słowem: horror. Absolutnie po żadnym, ale to żadnym mieście nie jeździło mi się tak źle. Myślałem, że po San Francisco jeździ się źle - bo mało miejsc do zaparkowania, bo ludzie jeżdzą po europejsku - wciskają się, trąbią itp. Otóż nie. San Francisco to raj kierowców. Tutaj jest miliardy razy gorzej. Absolutnie nikt nie używa kierunkowskazów. Zupełnie nie ma możliwości zmiany pasa, bo po prostu nikt Cie nie wpuści. Jedyną opcją jest wyczaić odrobinę przerwy i bezczelnie się wcisnąć, nie zwracając uwagi na trąbienie i to że w Ciebie wjeżdżają. Piesi zupełnie ignorują światła i lezą zarówno na zielonym jak i na czerwonym, do tego mając do Ciebie pretensje że w nich wjeżdżasz. Ulice są jednokierunkowe, więc jak się gdzieś zgubisz to pozamiatane i musisz nadrabiać sporo drogi. Zaparkować oczywiście nie ma gdzie.
No ale wjechaliśmy na ten Manhattan, i jedziemy zgodnie ze wskazówkami GPSa (nota bene sprawdzał się znakomicie). Wymyśliliśmy że hotel weźmiemy w centrum, bo był niewiele droższy a zaoszczędzimy zarówno czas jak i pieniądze na dojazdach. Tylko najpierw było trzeba do tego hotelu dojechać a GPS wprowadził nas w największy możliwy korek. Kombinowalśmy jak mogliśmy żeby go ominąć, nadłożyliśmy przy tym sporo drogi ale w końcu udało się dotrzeć pod hotel. I tu kolejna niespodziewajka. Parkować w okolicy w ogóle nie można: grozi odholowanie i min. $200 grzywny. Na szczęście udało się znaleźć niedaleko parking (lol: jedyne $10 za pół godziny) i szybko przerzucić rzeczy do hotelu. Hotel fajny, pokoje są świeżo wyremontowane, jedynie w hallu na dole renowacja cały czas trwa i ciężko się dostać do windy którą non-stop jeżdżą kafelki albo płyty kartonowo-gipsowe. Na szczęście udało się w to pół godziny wyrobić.
Pojechaliśmy zatem oddać samochód. Włączamy GPSa, wyliczamy ścieżke, całkiem niedaleko. I oczywiście na drugim zakręcie wjechaliśmy w wielki korek. A komputerek każe nim jechać przez kolejne 3 mile. Oczywiście postanowliśmy rozwiązać problem "na Polaka", skręcając w pierwszą poprzeczną ulicę. I zadziało znakomicie. GPS wyliczył nową drogę, kazał gdzieś skręcić. Jedziemy zadowoleni bo korka nie ma. Są jakieś samochody, ale w sumie jest ich niewiele a droga szeroka. Tknęło mnie coś dopiero po kilku przecznicach - jakieś 95% samochodów wokół to żółte, nowojorskie taksówki, a nieliczne inne pojazdy mają coś za przednią szybą. Chyba wpakowaliśmy się na jakąś drogę tylko dla taksówek i autobusów (dla swojego usprawiedliwienia napisze tylko, że naprawdę nie widziałam żadnych znaków na ten temat). Ale jechało się tak dobrze, że nie zamierzałem wracać w ten korek. Na szczęscie udało się dojechać do celu i nikt się nie przyczepił.
A w Herzu kolejna niespodzianka. Przy wynajmie, pani w Nowym Orleania zapowiedziała że nie płacimy za drugiego kierowce a tymczasem jej koleżanka w Nowym Yorku chciała nas za to zchargować. I była awanturka. Zrugałem panią za ladą, jej menagerkę przez telefon a potem jeszcze panią która nam wynajmowała samochód w Nowym Orleanie. A koniec okazało się że jednak wszystko jest ok, bo przy wynajmie odliczono nam tą opłatę za drugiego kierowcę z podstawowej sumy jaką mieliśmy zapłacić. Jako, że podczas kluczenia po Nowym Yorku nie za bardzo mieliśmy okazaję zatankować samochód przed oddaniem, Herz chciał nam jeszcze doliczyć opłatę za benzynę, ale jak usłyszeliśmy ile ona wynosi ($6 za galon, cena rynkowa - $2.5; na marginesie: do pełna tankowaliśmy za jakieś 70zł, ech...) to postanowiliśmy jednak tej stacji poszukać. Na szczęście była blisko, i dalej obyło się już bez przygód.
Wróciliśmy na Times Sq. spotkać się z Natalią i Jackiem. Poszliśmy na fajne tajskie jedzenie, potem piwko a o wpól do pierwszej w nocy na slice'a pizzy za 99c - bombeczka, ale Brzezin wszystko już u siebie opisał (http://ogrodsopli.nephaarite.com/) więc nie będę powtarzał.
Dzisiaj Jacek i Natalia pojechali do Bostonu, więc my ruszyliśmy na zwiedzanie tego co oni widzieli podczas naszego pobytu w Waszyngtonie. Zaczęliśmy oczywiście od Statuy (Statui? jak to się właściwie odmienia? stuk stuk i już wiem: google mówi że można na oba sposoby :) Wolności. Trochę się naciąłem bo myślałem że jest dużo większa. We wszystkich filmach, na wszystkich zdjęciach robi wrażenie ogromnej, górującej nad Nowym Yorkiem. Tymczasem.... no może mała nie jest, ale przy tych wszystkich wieżowcach na Manhatanie (Statua stoi na osobnej wyspie - Liberty Island) to pchełka. Do tego monument na którym ją umieszczono jest prawie równie wielki jak ona sama, co tylko optycznie ją pomniejsza. Ale poza tym jest fajna. Całą zielona (pokrycie jest miedziane, i przez lata pokryło się zielonym tlenkiem miedzi). Na koronę nie udało się wejść (bilety są dopiero na jakiś koniec października) ale myśle że to nie tragedia. Z Libery Island i sąsiedniej Ellis Island jest fajny widok na Manhatan - i również dla niego warto jest pod Statuę popłynąć.
Rejsy odbywają się z samego południowego krańca Manhattanu, a stamtąd jest tylko rzut beretem do dzielnicy finansowej w której jest Wall Street (i giełda), Trinity Church (ten ze 'Skarbu Narodów'!) i gdzie kiedyś było World Trade Center. W miejcu tego ostatniego jest obecnie wielka dziura w ziemi i mnóstwo dźwigów. Trawa budowa kolejnego biurowca, mającego pokazać światu że terroryści nie wygrali. Nie wiem czy stawianie w miejscu katastrofy centrum biurowego ze sklepami na dole jest najlepszym sposobem na upamiętnienie ofiar, ale widać względy ekonomiczne przeważyły.
Potem pojechaliśmy metrem na Brooklin i wróciliśmy pieszo przez most Brookliński (jest na nim specjalna ścieżka dla pieszych/rowerzystów) o potem już do hotelu. Metro w tym mieście to jednak jest hardcorowe. Na większości linii jest kilka rodzajów pociągów - lokalne, ekspresowe i takie pośrednie. Ekspresowe zatrzymują się tylko na niektórych stacjach, więc trzeba dość uważać w co się wsiada, żeby móc wysiąć na swojej stacji. Do tego pełne jest różnych ewenementów - np. dzisiaj spotkaliśmy transseksualistów, którzy byli bardzo oburzeni że ludzie w wagonie się im przyglądają (w wyglądali naprawdę specyficznie.)
Jako że znowu skończyło mi się miejsce na karcie pamięci i musze przerzucić zdjęcia na komputer, chyba zacznę przy okazji wrzucać coś na picasse...
No ale wjechaliśmy na ten Manhattan, i jedziemy zgodnie ze wskazówkami GPSa (nota bene sprawdzał się znakomicie). Wymyśliliśmy że hotel weźmiemy w centrum, bo był niewiele droższy a zaoszczędzimy zarówno czas jak i pieniądze na dojazdach. Tylko najpierw było trzeba do tego hotelu dojechać a GPS wprowadził nas w największy możliwy korek. Kombinowalśmy jak mogliśmy żeby go ominąć, nadłożyliśmy przy tym sporo drogi ale w końcu udało się dotrzeć pod hotel. I tu kolejna niespodziewajka. Parkować w okolicy w ogóle nie można: grozi odholowanie i min. $200 grzywny. Na szczęście udało się znaleźć niedaleko parking (lol: jedyne $10 za pół godziny) i szybko przerzucić rzeczy do hotelu. Hotel fajny, pokoje są świeżo wyremontowane, jedynie w hallu na dole renowacja cały czas trwa i ciężko się dostać do windy którą non-stop jeżdżą kafelki albo płyty kartonowo-gipsowe. Na szczęście udało się w to pół godziny wyrobić.
Pojechaliśmy zatem oddać samochód. Włączamy GPSa, wyliczamy ścieżke, całkiem niedaleko. I oczywiście na drugim zakręcie wjechaliśmy w wielki korek. A komputerek każe nim jechać przez kolejne 3 mile. Oczywiście postanowliśmy rozwiązać problem "na Polaka", skręcając w pierwszą poprzeczną ulicę. I zadziało znakomicie. GPS wyliczył nową drogę, kazał gdzieś skręcić. Jedziemy zadowoleni bo korka nie ma. Są jakieś samochody, ale w sumie jest ich niewiele a droga szeroka. Tknęło mnie coś dopiero po kilku przecznicach - jakieś 95% samochodów wokół to żółte, nowojorskie taksówki, a nieliczne inne pojazdy mają coś za przednią szybą. Chyba wpakowaliśmy się na jakąś drogę tylko dla taksówek i autobusów (dla swojego usprawiedliwienia napisze tylko, że naprawdę nie widziałam żadnych znaków na ten temat). Ale jechało się tak dobrze, że nie zamierzałem wracać w ten korek. Na szczęscie udało się dojechać do celu i nikt się nie przyczepił.
A w Herzu kolejna niespodzianka. Przy wynajmie, pani w Nowym Orleania zapowiedziała że nie płacimy za drugiego kierowce a tymczasem jej koleżanka w Nowym Yorku chciała nas za to zchargować. I była awanturka. Zrugałem panią za ladą, jej menagerkę przez telefon a potem jeszcze panią która nam wynajmowała samochód w Nowym Orleanie. A koniec okazało się że jednak wszystko jest ok, bo przy wynajmie odliczono nam tą opłatę za drugiego kierowcę z podstawowej sumy jaką mieliśmy zapłacić. Jako, że podczas kluczenia po Nowym Yorku nie za bardzo mieliśmy okazaję zatankować samochód przed oddaniem, Herz chciał nam jeszcze doliczyć opłatę za benzynę, ale jak usłyszeliśmy ile ona wynosi ($6 za galon, cena rynkowa - $2.5; na marginesie: do pełna tankowaliśmy za jakieś 70zł, ech...) to postanowiliśmy jednak tej stacji poszukać. Na szczęście była blisko, i dalej obyło się już bez przygód.
Wróciliśmy na Times Sq. spotkać się z Natalią i Jackiem. Poszliśmy na fajne tajskie jedzenie, potem piwko a o wpól do pierwszej w nocy na slice'a pizzy za 99c - bombeczka, ale Brzezin wszystko już u siebie opisał (http://ogrodsopli.nephaarite.com/) więc nie będę powtarzał.
Dzisiaj Jacek i Natalia pojechali do Bostonu, więc my ruszyliśmy na zwiedzanie tego co oni widzieli podczas naszego pobytu w Waszyngtonie. Zaczęliśmy oczywiście od Statuy (Statui? jak to się właściwie odmienia? stuk stuk i już wiem: google mówi że można na oba sposoby :) Wolności. Trochę się naciąłem bo myślałem że jest dużo większa. We wszystkich filmach, na wszystkich zdjęciach robi wrażenie ogromnej, górującej nad Nowym Yorkiem. Tymczasem.... no może mała nie jest, ale przy tych wszystkich wieżowcach na Manhatanie (Statua stoi na osobnej wyspie - Liberty Island) to pchełka. Do tego monument na którym ją umieszczono jest prawie równie wielki jak ona sama, co tylko optycznie ją pomniejsza. Ale poza tym jest fajna. Całą zielona (pokrycie jest miedziane, i przez lata pokryło się zielonym tlenkiem miedzi). Na koronę nie udało się wejść (bilety są dopiero na jakiś koniec października) ale myśle że to nie tragedia. Z Libery Island i sąsiedniej Ellis Island jest fajny widok na Manhatan - i również dla niego warto jest pod Statuę popłynąć.
Rejsy odbywają się z samego południowego krańca Manhattanu, a stamtąd jest tylko rzut beretem do dzielnicy finansowej w której jest Wall Street (i giełda), Trinity Church (ten ze 'Skarbu Narodów'!) i gdzie kiedyś było World Trade Center. W miejcu tego ostatniego jest obecnie wielka dziura w ziemi i mnóstwo dźwigów. Trawa budowa kolejnego biurowca, mającego pokazać światu że terroryści nie wygrali. Nie wiem czy stawianie w miejscu katastrofy centrum biurowego ze sklepami na dole jest najlepszym sposobem na upamiętnienie ofiar, ale widać względy ekonomiczne przeważyły.
Potem pojechaliśmy metrem na Brooklin i wróciliśmy pieszo przez most Brookliński (jest na nim specjalna ścieżka dla pieszych/rowerzystów) o potem już do hotelu. Metro w tym mieście to jednak jest hardcorowe. Na większości linii jest kilka rodzajów pociągów - lokalne, ekspresowe i takie pośrednie. Ekspresowe zatrzymują się tylko na niektórych stacjach, więc trzeba dość uważać w co się wsiada, żeby móc wysiąć na swojej stacji. Do tego pełne jest różnych ewenementów - np. dzisiaj spotkaliśmy transseksualistów, którzy byli bardzo oburzeni że ludzie w wagonie się im przyglądają (w wyglądali naprawdę specyficznie.)
Jako że znowu skończyło mi się miejsce na karcie pamięci i musze przerzucić zdjęcia na komputer, chyba zacznę przy okazji wrzucać coś na picasse...
Ameryka - dni 14-16
No i poszedłem na te rollercoastry. Konkretnie do Universal's Islands of Adventures (http://www.universalorlando.com/amusement-parks/islands-of-adventure.html). Zajebiste :) Incredible Hulk wywraca żołądek do góry nogami, bardzo fajne są też Duelling Dragons - dwie kolejki specione ze sobą, tak że podczas jazdy często mija się wagoniki z tej drugiej. Do tego jedzie się z nogami dyndającymi w powietrzu (do tego często do góry). Szkoda że w Polsce nie ma czegoś takiego (choć z drugiej strony pewnie i tak przez 80% roku musiało by być zamknięte z powodu pogody).
Potem ruszyliśmy w stronę Waszyngtonu. Jako że przez połowe dnia, jak i prawie cały następny nic się nie działo (jechaliśmy i jechaliśmy), pozwolę sobie wrócić do mojego ulubionego tematu pt. "dlaczego ameryka mnie irytuje". Z jednek strony jest fajnie. Właściwie nikt nie cwaniaczy, nie próbuje się wciskać przed ciebie w kolejce, wszyscy są mili (przynajmniej na pokaz) i w ogóle. Cały kraj jest zrobiony pod ludzi i przyjazny dla użytkownika. To jest super. Tylko tak po prostu powinno być. Takie podejście zwalnia trochę ludzi z myślenia, i tu pojawia się problem bo niestety 80% ludzi tutaj to myślenie wyłącza doszczętnie. Piszę to akurat teraz bo na drodzę z Orlando do Waszyngtonu widać to było na każdym zakręcie. Wszyscy jadą mniej więcej zgodnie z przepisami - właściwie nie przekraczają prędkości więcej niż 10 mph, nikt nie wjeżdża na zderzak i nie daje po oczach długimi bo akurat mu się spieszy. Ale z drugiej strony ludzie nie widzą absolutnie niczego poza 10 metrami drogi przed sobą. Nie patrzą w lusterka, zmieniają pasy bez zastanowienia. Często blokują kilka równoległych pasów, wszyscy jadą prawie równo, nie sposób ich ominąć. Nie to że jestem zwolennikiem polskiego modelu, ale wytre(n/s)owany w polsce, mam zwyczaj wyprzedzać i zmieniać pas na prawy, tak żeby ktoś jadący szybciej mógł z lewego skorzystać. Tutaj absolutnie nikt tak nie robi. Droga jest ich, i przecież nie ma powodu ustępować jej komuś. Wrrrrrrr.
No ale do Waszyngtonu dojechaliśmy w miarę spokojnie. No prawie. Była mała przygoda w wielkim mallu pod Waszyngtonem. Robimy jakieś zakupy, płacimy oczywiście kartą i nagle w jedym sklepie pan mówi "o coś jest nie tak, wypisuje mi tu że gdzieś musze zadzwonić". My lekko panikujemy, bo przecież płaciliśmy tą kartą często i nigdy nie było problemów. Ale koleś zadzownił, i po kilku przełączeniach Aneta miała okazję pogadać z CityBankiem w Polsce (nota bene, dotarło do mnie że jednak mamy XXI wiek - była niedziela rano (tutaj) a po kilku przełączeniach koleś ze sklepu połączył się z polskim bankiem, w którym, o dziwo, ktoś był!). Okazało się że karta została zeskanowana i nalepiej od razu ją zablokować. Potem wyszło że może niekoniecznie (użyliśmy jej w miejscu gdzie kiedyś komuś karte skopiowali i Visa troche dmucha na takie przypadki). Tak czy owak karte zastrzegliśmy i pojechaliśmy do stolicy.
Waszyngton przywitał nas ogromnym upałem (podobno to standard, w sierpniu wszyscy starają się z tego miasta uciekać). Zaczęliśmy od Kapitolu (niestety tylko z zewnątrz, w niedziele zamknięty, a w pozostałe dni trzeba się zgadać ze swoim kongresmenem i załatwić wejście - jakoś do swojego nie mogłem się dodzwonić). Zobaczyliśmy (też z zewnątrz) bibliotekę kongresu, monument Waszyngtona (taki wielki obelisk - podobno krążą żarty na temat elementu Waszyngtona na podstawie którego został wykonany), memoriał Lincolna (ten charakretystyczny marmurowy pomnik z siedzącym Lincolnem) i Jeffersona (też charakterystyczny okrągły budyneczek). Z mniej formalnych rzeczy widzieliśmy rewelacyjne International Spy Museum - muzeum szpiegostwa. Masa eksponatów - strzelające szminy, pistolety w parasolkach, kamery w guzikach od płaszcza - wszystko od prawdziwych agencji wywiadowczych. Była też masa elementów interaktywnych. Można było analizować zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu obozów terrorystów, podsłuchiwać rozmowę z użyciem podłożonej pluskwy, można było nawet przeczołgać się prawdziwym kanałem wentylacyjnym - rewelacja, dawno nie widziałem tak wciągającego muzeum.
Był też oczywiście 'Ben's Chili Bowl' - mała knajpka z rewelacyjnym chili, chili-dogami i chili-hamburgerami, w której stołuje się Bill Cosby i Barack Obama (hmmm, smakowe...)
Szwędaliśmy się tak do ok. 21. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Otóż w Waszyngtonie dość trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. My po jakiś 15 minutach szukania zdecydowaliśmy się na jakiś public parking w okolicach Kongresu. I wszystko byłoby super, gdyby projektańci parkingu wpadli na pomysł, żeby informacje o godzinie zamknięcia umieścić gdzieś w bardziej widocznym miejscu niż na szlabanie zagradzającym wjazd (oczywiście podniesionym). No i o tej 9 wieczorem pocałowaliśmy przysłowiową klamkę (właściwie wielką, opuszczaną kratę). I po chwili załamania już mieliśmy kombinować gdzie iść spać (pal licho wszystkie torby z bagażnika) albo jak się dodzwonić do kogoś kto zarządza parkingiem (oczywiście na widoku żadnych numerów telefonów nie było) ale oto przed wjazdem pojawiła się pani i przyłożeniem karty otworzyła kratę! Okazało się że właśnie przyjechała pilnować parkingu w nocy i może nas wypuścić. Wyjechaliśmy z Waszyngtonu, zanocowaliśmy gdzieś zaraz pod.
Potem ruszyliśmy w stronę Waszyngtonu. Jako że przez połowe dnia, jak i prawie cały następny nic się nie działo (jechaliśmy i jechaliśmy), pozwolę sobie wrócić do mojego ulubionego tematu pt. "dlaczego ameryka mnie irytuje". Z jednek strony jest fajnie. Właściwie nikt nie cwaniaczy, nie próbuje się wciskać przed ciebie w kolejce, wszyscy są mili (przynajmniej na pokaz) i w ogóle. Cały kraj jest zrobiony pod ludzi i przyjazny dla użytkownika. To jest super. Tylko tak po prostu powinno być. Takie podejście zwalnia trochę ludzi z myślenia, i tu pojawia się problem bo niestety 80% ludzi tutaj to myślenie wyłącza doszczętnie. Piszę to akurat teraz bo na drodzę z Orlando do Waszyngtonu widać to było na każdym zakręcie. Wszyscy jadą mniej więcej zgodnie z przepisami - właściwie nie przekraczają prędkości więcej niż 10 mph, nikt nie wjeżdża na zderzak i nie daje po oczach długimi bo akurat mu się spieszy. Ale z drugiej strony ludzie nie widzą absolutnie niczego poza 10 metrami drogi przed sobą. Nie patrzą w lusterka, zmieniają pasy bez zastanowienia. Często blokują kilka równoległych pasów, wszyscy jadą prawie równo, nie sposób ich ominąć. Nie to że jestem zwolennikiem polskiego modelu, ale wytre(n/s)owany w polsce, mam zwyczaj wyprzedzać i zmieniać pas na prawy, tak żeby ktoś jadący szybciej mógł z lewego skorzystać. Tutaj absolutnie nikt tak nie robi. Droga jest ich, i przecież nie ma powodu ustępować jej komuś. Wrrrrrrr.
No ale do Waszyngtonu dojechaliśmy w miarę spokojnie. No prawie. Była mała przygoda w wielkim mallu pod Waszyngtonem. Robimy jakieś zakupy, płacimy oczywiście kartą i nagle w jedym sklepie pan mówi "o coś jest nie tak, wypisuje mi tu że gdzieś musze zadzwonić". My lekko panikujemy, bo przecież płaciliśmy tą kartą często i nigdy nie było problemów. Ale koleś zadzownił, i po kilku przełączeniach Aneta miała okazję pogadać z CityBankiem w Polsce (nota bene, dotarło do mnie że jednak mamy XXI wiek - była niedziela rano (tutaj) a po kilku przełączeniach koleś ze sklepu połączył się z polskim bankiem, w którym, o dziwo, ktoś był!). Okazało się że karta została zeskanowana i nalepiej od razu ją zablokować. Potem wyszło że może niekoniecznie (użyliśmy jej w miejscu gdzie kiedyś komuś karte skopiowali i Visa troche dmucha na takie przypadki). Tak czy owak karte zastrzegliśmy i pojechaliśmy do stolicy.
Waszyngton przywitał nas ogromnym upałem (podobno to standard, w sierpniu wszyscy starają się z tego miasta uciekać). Zaczęliśmy od Kapitolu (niestety tylko z zewnątrz, w niedziele zamknięty, a w pozostałe dni trzeba się zgadać ze swoim kongresmenem i załatwić wejście - jakoś do swojego nie mogłem się dodzwonić). Zobaczyliśmy (też z zewnątrz) bibliotekę kongresu, monument Waszyngtona (taki wielki obelisk - podobno krążą żarty na temat elementu Waszyngtona na podstawie którego został wykonany), memoriał Lincolna (ten charakretystyczny marmurowy pomnik z siedzącym Lincolnem) i Jeffersona (też charakterystyczny okrągły budyneczek). Z mniej formalnych rzeczy widzieliśmy rewelacyjne International Spy Museum - muzeum szpiegostwa. Masa eksponatów - strzelające szminy, pistolety w parasolkach, kamery w guzikach od płaszcza - wszystko od prawdziwych agencji wywiadowczych. Była też masa elementów interaktywnych. Można było analizować zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu obozów terrorystów, podsłuchiwać rozmowę z użyciem podłożonej pluskwy, można było nawet przeczołgać się prawdziwym kanałem wentylacyjnym - rewelacja, dawno nie widziałem tak wciągającego muzeum.
Był też oczywiście 'Ben's Chili Bowl' - mała knajpka z rewelacyjnym chili, chili-dogami i chili-hamburgerami, w której stołuje się Bill Cosby i Barack Obama (hmmm, smakowe...)
Szwędaliśmy się tak do ok. 21. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Otóż w Waszyngtonie dość trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. My po jakiś 15 minutach szukania zdecydowaliśmy się na jakiś public parking w okolicach Kongresu. I wszystko byłoby super, gdyby projektańci parkingu wpadli na pomysł, żeby informacje o godzinie zamknięcia umieścić gdzieś w bardziej widocznym miejscu niż na szlabanie zagradzającym wjazd (oczywiście podniesionym). No i o tej 9 wieczorem pocałowaliśmy przysłowiową klamkę (właściwie wielką, opuszczaną kratę). I po chwili załamania już mieliśmy kombinować gdzie iść spać (pal licho wszystkie torby z bagażnika) albo jak się dodzwonić do kogoś kto zarządza parkingiem (oczywiście na widoku żadnych numerów telefonów nie było) ale oto przed wjazdem pojawiła się pani i przyłożeniem karty otworzyła kratę! Okazało się że właśnie przyjechała pilnować parkingu w nocy i może nas wypuścić. Wyjechaliśmy z Waszyngtonu, zanocowaliśmy gdzieś zaraz pod.
piątek, 14 sierpnia 2009
Ameryka - dni 12-13
I w końcu te wakacje zaczynają przypominać wakacje.
W środę nocowaliśmy na Key West. Rano chceliśmy popływać trochę w oceanie, pooglądać rafę i polenić się na plaży, ale okazało się, że Key West nie jest chyba do tego najlepszym miejscem. Plaż właściwie nie ma, jakiś sprzęt pływający można niby wynająć ale już zupełnie nie ma infrastruktury żeby się np. umyć z soli. Wyspa bardziej przypomina raczej deptak w Sopocie niż plażę. Rzut oka do przewodnika i pojechaliśmy na Bahia Honda Key - wyspę trochę wcześniejszą w łańcuchu na której są właśnie plaże, dostęp do rafy itd.
Co tu pisać, jest tam ładnie. Plaża wygląda jak z pocztówki, woda jest niebieska. Popłyneliśmy na pływanie z rurką do rafy koralowej. Szkoda, że nie miałem wodoodpornego aparatu (albo bajery który widziałem w katalogu w samolocie - maski z wbudowanym aparatem!), widoki pod wodą są bombowe. Całość trwała może odrobinę za długo (jakieś 3 godziny) i oczywiście zdążyłem się w tym czasie trochę zjarać na słońcu (ale tylko trochę, przecież "50" jest dla mięczaków).
Następnego dnia pojechaliśmy na Cape Canaveral, do Kennedy Space Center. To tutaj Amerykanie zaczynają swoje loty w kosmos. Wycieczka po ośrodku składa się z objazdu z kilkoma przystankami. Można zobaczyć hangary w których przygotowują promy do kolejnych startów, łazik którym transportują prom z hangarów na launch-pady (porusza się max. milę na godzinę a spala przy tym 35 galonów ropy). Wszystko niestety z bardzo daleka. Na jednej z platform startowych stał nawet prom (start zaplanowany jest za kilka tygodni, a prom musi stać tam odpowiednio wcześnie), ale ogląda się to z tak dużej odległości, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Szkoda, że nie podjeżdża się odrobinę bliżej, bo oprócz tego Kennedy Space Center oferuje tylko trochę amerykańskich filmów propagandowych (słabe), symulator startu wahadłowca (średni) i park w którym stoją stare rakiety (fajne).
Kawałek od Kennedy Space Center jest jeszcze Astronaut Hall of Fame - w którym jest dalsza część propagandy i dostępna dla publiki wirówka! Taka jak na filmach, tyle że mniejsza. Można sobie wsiąść do środka, rozkręcają i wciska w fotel (jest nawet czerwony przycisk do zatrzymywania). Rozkręca się tylko do 4G ale to już całkiem konkretnie przygniata. A do tego w pewnym momencie kabina się odrobinę przechyla a podczas tego manewru błędnik zaczyna już totalnie szaleć (taki sam efekt uzyskałem próbując poruszać głową - zasadniczo nie należy tego robić podczas kręcenia się w kółko ;-)
Dzisiaj kończymy Florydę. Ja ide na jakieś roller-costery, Aneta na shopping. Potem ruszamy do Waszyngtonu.
W środę nocowaliśmy na Key West. Rano chceliśmy popływać trochę w oceanie, pooglądać rafę i polenić się na plaży, ale okazało się, że Key West nie jest chyba do tego najlepszym miejscem. Plaż właściwie nie ma, jakiś sprzęt pływający można niby wynająć ale już zupełnie nie ma infrastruktury żeby się np. umyć z soli. Wyspa bardziej przypomina raczej deptak w Sopocie niż plażę. Rzut oka do przewodnika i pojechaliśmy na Bahia Honda Key - wyspę trochę wcześniejszą w łańcuchu na której są właśnie plaże, dostęp do rafy itd.
Co tu pisać, jest tam ładnie. Plaża wygląda jak z pocztówki, woda jest niebieska. Popłyneliśmy na pływanie z rurką do rafy koralowej. Szkoda, że nie miałem wodoodpornego aparatu (albo bajery który widziałem w katalogu w samolocie - maski z wbudowanym aparatem!), widoki pod wodą są bombowe. Całość trwała może odrobinę za długo (jakieś 3 godziny) i oczywiście zdążyłem się w tym czasie trochę zjarać na słońcu (ale tylko trochę, przecież "50" jest dla mięczaków).
Następnego dnia pojechaliśmy na Cape Canaveral, do Kennedy Space Center. To tutaj Amerykanie zaczynają swoje loty w kosmos. Wycieczka po ośrodku składa się z objazdu z kilkoma przystankami. Można zobaczyć hangary w których przygotowują promy do kolejnych startów, łazik którym transportują prom z hangarów na launch-pady (porusza się max. milę na godzinę a spala przy tym 35 galonów ropy). Wszystko niestety z bardzo daleka. Na jednej z platform startowych stał nawet prom (start zaplanowany jest za kilka tygodni, a prom musi stać tam odpowiednio wcześnie), ale ogląda się to z tak dużej odległości, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Szkoda, że nie podjeżdża się odrobinę bliżej, bo oprócz tego Kennedy Space Center oferuje tylko trochę amerykańskich filmów propagandowych (słabe), symulator startu wahadłowca (średni) i park w którym stoją stare rakiety (fajne).
Kawałek od Kennedy Space Center jest jeszcze Astronaut Hall of Fame - w którym jest dalsza część propagandy i dostępna dla publiki wirówka! Taka jak na filmach, tyle że mniejsza. Można sobie wsiąść do środka, rozkręcają i wciska w fotel (jest nawet czerwony przycisk do zatrzymywania). Rozkręca się tylko do 4G ale to już całkiem konkretnie przygniata. A do tego w pewnym momencie kabina się odrobinę przechyla a podczas tego manewru błędnik zaczyna już totalnie szaleć (taki sam efekt uzyskałem próbując poruszać głową - zasadniczo nie należy tego robić podczas kręcenia się w kółko ;-)
Dzisiaj kończymy Florydę. Ja ide na jakieś roller-costery, Aneta na shopping. Potem ruszamy do Waszyngtonu.
środa, 12 sierpnia 2009
Ameryka - dni 10-11
W Polsce do "dobranoc" dodaje się czasem "pchły na noc, karaluchy pod poduchy". Amerykańskie dzieci słyszą "Good night, sleep tight, don't let the bed bugs bite". Karalucha kiedyś widziałem (co prawda nie pod poduszką, ale zawsze). A dwie noce temu miałem okazję przekonać się czym są owe "bed bugs" z amerykańskiej wersji powiedzonka.
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Ameryka - dni 8-9
...i jak ostatnio skończyłem pisać to szliśmy wypożyczyć samochód. Było z tym trochę zamieszania, ale udało się, a do tego dzięki spędzeniu przez Anete 6 godzin przy komputerze zaoszczędziliśmy na tym samochodzie jakieś 300$.
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)
sobota, 8 sierpnia 2009
Ameryka - dni 6-7
W końcu udało mi się usiąść przy kompie więc lecimy dalej.
Czwartek zaczął sie od bardzo fajnego kursu "Beyond Programmable Shading". Całość dotyczyła wykorzystania GPU w celach innych niż tradycyjny rendering. To właśnie na tym kursie w zeszłym roku John Olick opowiadał o prototypie renderera wykorzystującego Sparse Voxel Octree. W tym roku też było kilka fajnych rzeczy. Koleś z Uniwersytetu Stanford opowiadał trochę o wewnetrzenej architekturze kart graficznych na jakich poziomach odbywa się zrównoleglanie obliczeń - dobry wykład podsumowujący - potem o ich zmaganiach z renderingiem z wykorzystaniem micropolygonów na obecnej architekturze. Ja jednak najbardziej czekałem na to co powie Johan Andersson z DICE'a i J.M.P. van Waveren z idSoftware. Programista z DICE'a opowiadał jak zrównolegali silnik i jak eksperymentują z DX11 i wykorzystaniem compute shaderów. Pokazywał prototyp deferowanego renderera który właśnie z pomocą CS robi klasyfikacje świateł do tile'i na które podzielony jest ekran i od razu liczy oświetlenie. Bombeczka. ID Software oczywiście zarządziło. Nie wiem czy van Waveren zrobił to celowo czy akurat tak wyszło, ale w końcu podzielili się ze światem tym co dręczyło nas od dłuższego czasu: w jaki sposób znajdują potrzebne strony w virtual texture: mają magiczną metodę analityczną czy robią analize wyrenderowanego w false colorze obrazu. No niestety trochę się na Carmacu zawiodłem (i chyba nie je jeden): nie ma żadnej magii - robią rendering w mniejszej rozdziałce i analizują go :-/
Gdyby ktoś był zainteresowany course notami (pewnie ktoś jest :) a jeszcze ich nie znalazł to tu jest link: http://s09.idav.ucdavis.edu/
Na drugiej części nie za bardzo wytrzymałem, zwłaszcza że jeden wykład (kolesia z ATi/AMD) okazał sie powtórką poniedziałkowego. Także koło 15 poszedłem na korytarz i zacząłem poprawiać prezentację (przy okazji odbyłem pare wideo-konferencji ;-) O 18 miałem zarezerwowany rehearsal room (taki pokój do prób - skonfigurowany tak samo jak sale prezentacyjne - rzutnik, komputery, sprzet nagrywający), więc pomyślałem że może warto się do tego przygotować. Oczywiście szło to jak krew z nosa. No i jak tam poszedłem o 18 to była tragedia. Najpierw przez pół godziny próbowaliśmy z Peterm-Pikiem podłączyć jego laptopa do sprzetu video (miał szybszą kartę graficzną, więc chcieliśmy zrobić demonstrację na jego sprzecie) - niestety bez powodzenia. W końcu udało się podłączyć i tak już zostało do końca (dlatego właśnie nie dało sie zrobić żadnego live-feeda z prezentacji - liczyłem że mój komp bedzię wolny, ale niestety sie przeliczyłem). Sama próba była totalną porażką. Trząsł mi sie głos, gubiłem sie w tym co mówie. Oczywiście Peter-Pike stwierdził "no, no, it was ok" ale jakoś nie bardzo mu uwierzyłem.
W czwartkowy wieczór odbywała sie ogólnokonferencyjna "mini-parada-mardi-gras" (w Nowym Orleanie, we wtorek przez Środą Popielcową - w jak to nazywają Tłusty Wtorek - są słynne parady; ktoś wyczaił jednak że można zrobić na tym biznes i zrobił "MardiGrasWorld" który organizuje małe parady przez cały rok). Ja byłem tak zdenerwowany, że na paradę i party po-paradowe wysłałem Anetę, natomiast sam usiadłem i wziąłem się za poprawianie prezentacji (jakoś podczas próby cały czas miałem wrażenie, że walczę z napisanym wcześniej tekstem). W sumie zajęło mi to czas do pierwszej w nocy ale w końcu byłem z tego w miarę zadowolony. Powtórzyłem to ze 2 razy i spróbowałem pójść spać. Spanie szło średnio, ale jakoś dotrwałem do rana.
Pod przysznicem powtórzyłem prezntacje jeszcze raz, potem jeszcze raz idąć do centrum konferencyjnego, potem jeszcze raz i jeszcze raz. I na koniec jeszcze pół raza bo przyszedł Peter-Pike i poszliśmy pod salę w której miał być mój talk. Spotkaliśmy Dana Wexlera z NVIDII który był session chairem tego bloku w którym ja występowałem. Niesamowicie sympatyczny kolo, bardzo spokojny, uśmiechnięty. Zapisał sobie jak wymówić moje nazwisko (do tej pory wszyscy, z uporem maniaka mówili "Ajłaniki") i weszliśmy do środka. Nie było żadnych problemów żeby Aneta ze swoim basic passem weszła do środka (Amerykanie pilnujący wejścia okazali się być całkiem elastyczni, do tego Dan stwierdził że jakby robili problemy to on jest tutaj "Pass-Master" i wprowadzi ją bez problemu). Występowałem w Audytorium C. Wygląda to trochę jak sala kinowa - pochyła podłoga, uchylane foteliki. Ludzi zebrało się całkiem sporo - był Wolfgang Engel z którym chwilę pogadałem przed przezentacją, byli ludzie z Microsoftu których poznaliśmy w poniedziałek na lunchu, było trochę ludzi z NVIDII, była Corrinne Yu z Halo Team.
Występowałem jako czawrty (ostatni), co oczywiście przysporzyło mi jeszcz trochę nerwów. Zwłaszcza że Chińczyk który miał wystąpić jako drugi zupełnie sie nie przygotował. Najpierw podszedł do pulpitu bez komputera, potem, jak go już przyniósł, to nie mógł go podłączyć. W konću prowadzący zmienił kolejnośc wystąpień i Chińczyka przesunął na 3 pozycję, ale trochę sie denerwowałem, że Chinczyk zużywa czas mojej prezentacji. Dan Wexler zachował sie całkiem sympatycznie, bo zamiast zrugać Chińczyka, zapewniał go ciągle, że jest ok, że nic się nie stało (to jednak Ameryka :) No i w końcu przyszła pora na mnie. Podszedłem, podłączyłem kompa, odpaliłem prezentację i jakoś poszło. Chyba nawet za bardzo się nie zacinałem, jak miałem jakiś problem to po prostu przerzucałem się na czytanie skryptu (nie wiem czy wiecie - ja nie wiedziełem, ludzie prezentujący przede mną też nie - ale PowerPoint ma taki zarąbisty "Presenter mode"; jak podłączy się dwa monitory to na jednym wyświetla się normalna prezentacja, a na drugim slajd + komentarz + miniaturki kolejnych slajdów, czas i jeszcze jakieś inne, przydatne duperele). Aneta mówi że poszło nieźle, mnie też wyjade się że całkiem fajnie. Zobaczymy jeszcze jak będą "firmowe" nagrania. Póki co mam trochę zdjęć. Pytanie na koniec było jedno (nie za bardzo sensowne, ale zawsze), a potem podeszło jeszcze do mnie kilka osób pogadać (Corrinne Yu - tym razem mam zdjęcie ;-) I to było na tyle. Pożegnaliśmy sie z Danem, Peterem-Pike'iem i poszliśmy na obiad (oczywiście jeszcze mało co mogłem przełknąć).
Po obiedzie były jeszcze 2 fajne wykłady - jeden o wykorzystaniu GPU do liczenia "normalnego" GI (sponsorowany w części przez Bungie, chcą wykorzystywać ich tech do liczenia lightmap) oraz "Adaptive Visibility Sampling" o innowacyjnym sposobie na liczenie PVSów. I właściwie na tym SIGGRAPH 2009 się skończył.
Jako że było jeszcze przed 17, poszliśmy w końcu zobaczyć Aquarium (fajne rekiny!) a potem coś zjeść. Wracając do hotelu zdarzyła się natomiast ciekawa rzecz. Idziemy sobie wzdłuż Missisipi, aż nagle obok nas przebiega facet w czerwonej, damskiej bieliźnie. WTF?!? No ale idziemy dalej. I biegnie kolejny, tym razem w czerwonych bokserkach. I znowu zdziwka, ale spoko, to w końcu Ameryka, tu jest dużo freaków. Ale za 10 metrów przebiega obok nas jakaś starsza pani w czerwonej koszuli nocnej. I tych ludzi w czerwonej bieliźnie (w różncyh konfiguracjach - faceci w damskiej, babki w męskiej) biegnie coraz więcej. Aneta zaczepiła jedną babkę i dowiedziała się o co chodzi. Okazuje się, że co roku jest tu taki bieg w czerwonych ubraniach, organizowany przez klub pijących biegaczy. Wygląda to tak, że najpierw biegną a potem piją. A wczoraj był dzień przed tym eventem, więc robili sobie trening - ale jako że był dzień przed to tylko w bieliźnie :) Niezły widok, zwłaszcza że biegnący ludzie byli w wieku 20-70 lat! Mam kilka zdjęć, jak w końcu się uda to wrzucę na picasse.
Dziś już sobota, zaraz idziemy wynając samochód i spadamy z Nowego Orleanu. Odwiedzimy chyba jakąś plantację trzciny cukrowej i zmierzamy w stronę Florydy!
Czwartek zaczął sie od bardzo fajnego kursu "Beyond Programmable Shading". Całość dotyczyła wykorzystania GPU w celach innych niż tradycyjny rendering. To właśnie na tym kursie w zeszłym roku John Olick opowiadał o prototypie renderera wykorzystującego Sparse Voxel Octree. W tym roku też było kilka fajnych rzeczy. Koleś z Uniwersytetu Stanford opowiadał trochę o wewnetrzenej architekturze kart graficznych na jakich poziomach odbywa się zrównoleglanie obliczeń - dobry wykład podsumowujący - potem o ich zmaganiach z renderingiem z wykorzystaniem micropolygonów na obecnej architekturze. Ja jednak najbardziej czekałem na to co powie Johan Andersson z DICE'a i J.M.P. van Waveren z idSoftware. Programista z DICE'a opowiadał jak zrównolegali silnik i jak eksperymentują z DX11 i wykorzystaniem compute shaderów. Pokazywał prototyp deferowanego renderera który właśnie z pomocą CS robi klasyfikacje świateł do tile'i na które podzielony jest ekran i od razu liczy oświetlenie. Bombeczka. ID Software oczywiście zarządziło. Nie wiem czy van Waveren zrobił to celowo czy akurat tak wyszło, ale w końcu podzielili się ze światem tym co dręczyło nas od dłuższego czasu: w jaki sposób znajdują potrzebne strony w virtual texture: mają magiczną metodę analityczną czy robią analize wyrenderowanego w false colorze obrazu. No niestety trochę się na Carmacu zawiodłem (i chyba nie je jeden): nie ma żadnej magii - robią rendering w mniejszej rozdziałce i analizują go :-/
Gdyby ktoś był zainteresowany course notami (pewnie ktoś jest :) a jeszcze ich nie znalazł to tu jest link: http://s09.idav.ucdavis.edu/
Na drugiej części nie za bardzo wytrzymałem, zwłaszcza że jeden wykład (kolesia z ATi/AMD) okazał sie powtórką poniedziałkowego. Także koło 15 poszedłem na korytarz i zacząłem poprawiać prezentację (przy okazji odbyłem pare wideo-konferencji ;-) O 18 miałem zarezerwowany rehearsal room (taki pokój do prób - skonfigurowany tak samo jak sale prezentacyjne - rzutnik, komputery, sprzet nagrywający), więc pomyślałem że może warto się do tego przygotować. Oczywiście szło to jak krew z nosa. No i jak tam poszedłem o 18 to była tragedia. Najpierw przez pół godziny próbowaliśmy z Peterm-Pikiem podłączyć jego laptopa do sprzetu video (miał szybszą kartę graficzną, więc chcieliśmy zrobić demonstrację na jego sprzecie) - niestety bez powodzenia. W końcu udało się podłączyć i tak już zostało do końca (dlatego właśnie nie dało sie zrobić żadnego live-feeda z prezentacji - liczyłem że mój komp bedzię wolny, ale niestety sie przeliczyłem). Sama próba była totalną porażką. Trząsł mi sie głos, gubiłem sie w tym co mówie. Oczywiście Peter-Pike stwierdził "no, no, it was ok" ale jakoś nie bardzo mu uwierzyłem.
W czwartkowy wieczór odbywała sie ogólnokonferencyjna "mini-parada-mardi-gras" (w Nowym Orleanie, we wtorek przez Środą Popielcową - w jak to nazywają Tłusty Wtorek - są słynne parady; ktoś wyczaił jednak że można zrobić na tym biznes i zrobił "MardiGrasWorld" który organizuje małe parady przez cały rok). Ja byłem tak zdenerwowany, że na paradę i party po-paradowe wysłałem Anetę, natomiast sam usiadłem i wziąłem się za poprawianie prezentacji (jakoś podczas próby cały czas miałem wrażenie, że walczę z napisanym wcześniej tekstem). W sumie zajęło mi to czas do pierwszej w nocy ale w końcu byłem z tego w miarę zadowolony. Powtórzyłem to ze 2 razy i spróbowałem pójść spać. Spanie szło średnio, ale jakoś dotrwałem do rana.
Pod przysznicem powtórzyłem prezntacje jeszcze raz, potem jeszcze raz idąć do centrum konferencyjnego, potem jeszcze raz i jeszcze raz. I na koniec jeszcze pół raza bo przyszedł Peter-Pike i poszliśmy pod salę w której miał być mój talk. Spotkaliśmy Dana Wexlera z NVIDII który był session chairem tego bloku w którym ja występowałem. Niesamowicie sympatyczny kolo, bardzo spokojny, uśmiechnięty. Zapisał sobie jak wymówić moje nazwisko (do tej pory wszyscy, z uporem maniaka mówili "Ajłaniki") i weszliśmy do środka. Nie było żadnych problemów żeby Aneta ze swoim basic passem weszła do środka (Amerykanie pilnujący wejścia okazali się być całkiem elastyczni, do tego Dan stwierdził że jakby robili problemy to on jest tutaj "Pass-Master" i wprowadzi ją bez problemu). Występowałem w Audytorium C. Wygląda to trochę jak sala kinowa - pochyła podłoga, uchylane foteliki. Ludzi zebrało się całkiem sporo - był Wolfgang Engel z którym chwilę pogadałem przed przezentacją, byli ludzie z Microsoftu których poznaliśmy w poniedziałek na lunchu, było trochę ludzi z NVIDII, była Corrinne Yu z Halo Team.
Występowałem jako czawrty (ostatni), co oczywiście przysporzyło mi jeszcz trochę nerwów. Zwłaszcza że Chińczyk który miał wystąpić jako drugi zupełnie sie nie przygotował. Najpierw podszedł do pulpitu bez komputera, potem, jak go już przyniósł, to nie mógł go podłączyć. W konću prowadzący zmienił kolejnośc wystąpień i Chińczyka przesunął na 3 pozycję, ale trochę sie denerwowałem, że Chinczyk zużywa czas mojej prezentacji. Dan Wexler zachował sie całkiem sympatycznie, bo zamiast zrugać Chińczyka, zapewniał go ciągle, że jest ok, że nic się nie stało (to jednak Ameryka :) No i w końcu przyszła pora na mnie. Podszedłem, podłączyłem kompa, odpaliłem prezentację i jakoś poszło. Chyba nawet za bardzo się nie zacinałem, jak miałem jakiś problem to po prostu przerzucałem się na czytanie skryptu (nie wiem czy wiecie - ja nie wiedziełem, ludzie prezentujący przede mną też nie - ale PowerPoint ma taki zarąbisty "Presenter mode"; jak podłączy się dwa monitory to na jednym wyświetla się normalna prezentacja, a na drugim slajd + komentarz + miniaturki kolejnych slajdów, czas i jeszcze jakieś inne, przydatne duperele). Aneta mówi że poszło nieźle, mnie też wyjade się że całkiem fajnie. Zobaczymy jeszcze jak będą "firmowe" nagrania. Póki co mam trochę zdjęć. Pytanie na koniec było jedno (nie za bardzo sensowne, ale zawsze), a potem podeszło jeszcze do mnie kilka osób pogadać (Corrinne Yu - tym razem mam zdjęcie ;-) I to było na tyle. Pożegnaliśmy sie z Danem, Peterem-Pike'iem i poszliśmy na obiad (oczywiście jeszcze mało co mogłem przełknąć).
Po obiedzie były jeszcze 2 fajne wykłady - jeden o wykorzystaniu GPU do liczenia "normalnego" GI (sponsorowany w części przez Bungie, chcą wykorzystywać ich tech do liczenia lightmap) oraz "Adaptive Visibility Sampling" o innowacyjnym sposobie na liczenie PVSów. I właściwie na tym SIGGRAPH 2009 się skończył.
Jako że było jeszcze przed 17, poszliśmy w końcu zobaczyć Aquarium (fajne rekiny!) a potem coś zjeść. Wracając do hotelu zdarzyła się natomiast ciekawa rzecz. Idziemy sobie wzdłuż Missisipi, aż nagle obok nas przebiega facet w czerwonej, damskiej bieliźnie. WTF?!? No ale idziemy dalej. I biegnie kolejny, tym razem w czerwonych bokserkach. I znowu zdziwka, ale spoko, to w końcu Ameryka, tu jest dużo freaków. Ale za 10 metrów przebiega obok nas jakaś starsza pani w czerwonej koszuli nocnej. I tych ludzi w czerwonej bieliźnie (w różncyh konfiguracjach - faceci w damskiej, babki w męskiej) biegnie coraz więcej. Aneta zaczepiła jedną babkę i dowiedziała się o co chodzi. Okazuje się, że co roku jest tu taki bieg w czerwonych ubraniach, organizowany przez klub pijących biegaczy. Wygląda to tak, że najpierw biegną a potem piją. A wczoraj był dzień przed tym eventem, więc robili sobie trening - ale jako że był dzień przed to tylko w bieliźnie :) Niezły widok, zwłaszcza że biegnący ludzie byli w wieku 20-70 lat! Mam kilka zdjęć, jak w końcu się uda to wrzucę na picasse.
Dziś już sobota, zaraz idziemy wynając samochód i spadamy z Nowego Orleanu. Odwiedzimy chyba jakąś plantację trzciny cukrowej i zmierzamy w stronę Florydy!
czwartek, 6 sierpnia 2009
Ameryka - dzień 5
No to ciąg dalszy sprawozdania z Siggraphu.
Środę zacząłem od kursu "Build your own 3d scanner", prowadzonego przez ludzi z Brown University. Chciałem sie trochę podszkolić w temacie skanowania 3d z użyciem światła strukturalnego. Ten wykład był dokladnie tym na co czekałem! Kolesie zaczęli od totalnych podstaw. Dość powiedzieć, że pierwsza metoda jaką opisali było skanowanie z użyciem kamery internetowej, lampki i uwaga: PATYKA. Tak, zwykłego prostego patyka! Okazało się, że analizując rzucany przez niego cień można z całkiem przyzwoitą dokładnością skanować obiekty 3d, co zresztą udowodnili, skanując na żywo plastikową figurkę. awesome :)
Potem w programie nie było nic szczególnie ciekawego, wiec usiadłem w korytarzu i zacząłem szlifować prezentacje. Jakiś czas później spotkałem sie z Peterem-Pike'iem i naniesliśmy jeszcze trochę poprawek. Nota bene, ten człowiek zna tu chyba absolutnie wszystkich. Nie było 5 minut, żeby ktoś nie powiedział do niego 'Hi', nie podszedł sie przywitać czy pogadać. Jedną z osób był np. Andy van Dam (ten z "Computer Graphics, Principles & Practice" - Foley, van Dam, Feiner, Hughes).
Przed wyjściem z konferencji wpadłem jeszcze na pokazy animacji real-timowych. Załapałem sie tylko na końcówkę, zobaczyłem tylko pokaz NVIDII z kurzącymi samochodzikami (symulacja dymu) i demo Split Second (fajne wybuchy). Jedno zdanie komentarza: Sarah Tariq pwns Natalya Tatarchuk.
A wieczorem był imprezka u Myszki Miki. Niestety, akurat nie przyszła (Kaczora Donalda też zresztą nie było). Pojawiało się tam natomiast dużo innych postaci. Spotkałem Antona Kaplanyana z Cryteka, rozmawiałem z Corrinne Yu (dla niedowiarków: mam wizytówke ;-) poznałem Szymona Rusinkiewicza i Wojciecha Matusiaka (takich dwóch Polaków którzy przewijają się tam gdzieś w publikacjach graficznych), ze dwa razy wpadłem na Eda Catmulla (tak, tego Eda Catmulla). Wyszedłem troche podłamany. To raczej jeszcze nie moja liga...
A teraz siedzę na kursie "Beyond Programmable Shading", będą opowiadać m.in. o renderingu na Larabee. Wieczoram dam znać jak było.
Środę zacząłem od kursu "Build your own 3d scanner", prowadzonego przez ludzi z Brown University. Chciałem sie trochę podszkolić w temacie skanowania 3d z użyciem światła strukturalnego. Ten wykład był dokladnie tym na co czekałem! Kolesie zaczęli od totalnych podstaw. Dość powiedzieć, że pierwsza metoda jaką opisali było skanowanie z użyciem kamery internetowej, lampki i uwaga: PATYKA. Tak, zwykłego prostego patyka! Okazało się, że analizując rzucany przez niego cień można z całkiem przyzwoitą dokładnością skanować obiekty 3d, co zresztą udowodnili, skanując na żywo plastikową figurkę. awesome :)
Potem w programie nie było nic szczególnie ciekawego, wiec usiadłem w korytarzu i zacząłem szlifować prezentacje. Jakiś czas później spotkałem sie z Peterem-Pike'iem i naniesliśmy jeszcze trochę poprawek. Nota bene, ten człowiek zna tu chyba absolutnie wszystkich. Nie było 5 minut, żeby ktoś nie powiedział do niego 'Hi', nie podszedł sie przywitać czy pogadać. Jedną z osób był np. Andy van Dam (ten z "Computer Graphics, Principles & Practice" - Foley, van Dam, Feiner, Hughes).
Przed wyjściem z konferencji wpadłem jeszcze na pokazy animacji real-timowych. Załapałem sie tylko na końcówkę, zobaczyłem tylko pokaz NVIDII z kurzącymi samochodzikami (symulacja dymu) i demo Split Second (fajne wybuchy). Jedno zdanie komentarza: Sarah Tariq pwns Natalya Tatarchuk.
A wieczorem był imprezka u Myszki Miki. Niestety, akurat nie przyszła (Kaczora Donalda też zresztą nie było). Pojawiało się tam natomiast dużo innych postaci. Spotkałem Antona Kaplanyana z Cryteka, rozmawiałem z Corrinne Yu (dla niedowiarków: mam wizytówke ;-) poznałem Szymona Rusinkiewicza i Wojciecha Matusiaka (takich dwóch Polaków którzy przewijają się tam gdzieś w publikacjach graficznych), ze dwa razy wpadłem na Eda Catmulla (tak, tego Eda Catmulla). Wyszedłem troche podłamany. To raczej jeszcze nie moja liga...
A teraz siedzę na kursie "Beyond Programmable Shading", będą opowiadać m.in. o renderingu na Larabee. Wieczoram dam znać jak było.
środa, 5 sierpnia 2009
Ameryka - dzień 4
Dzisiaj było chyba jeszcze bardziej gorąco niż wczoraj (holender, zaraz chyba skończe, bo ten głupi edytor kasuje mi kawałek tekstu jak piszę 'ż' - zdanie do 'niż' napisałem już 4x... wrrr... znowu sobie skasowałem kawał tekstu, przerzucam sie na SciTE) Nie wiem do końca jak to możliwe, bo już wczoraj było makabrycznie, ale jednak. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak można tu funkcjonować bez klimy.Dzisiaj zacząłem od "Cośtam cośtam Real-time global illumination cośtam cośtam". Course stanowił przegląd ostatnich nowinek w temacie liczenia oświetlenia globalnego w czasie rzeczywistym (SSAO, SSGI, reflective shadowmaps, imperfect shadowmaps). Porywające to może nie było (uczciwie też przyznam, że przez pierwszą godzinę wykładu pisałem poprzedni wpis i nie do końca uważałem) ale na koniec pokazano trochę ciekawych demek. Większość pokazanych technik na razie nie nadaje się jeszcze do zastosowań w grach (20fps-ów na CornellBoxie to jednak nie jest to...) ale pewnie za kilka lat tego typu algorytmy zaczną robić sie bardziej popularne, dlatego warto wiedzieć co w trawie piszczy.
Potem była jakaś posucha. Właściwie żadnych interesujących wystąpień. Dlatego wybraliśmy sie na zwiedzanie exhibition (przy okazji nabyłem znakomity niebieski kubek z Siggraphu 2007 za jedyne $3 (dla porównania, tegoroczny kosztował mnie $15). Wystawa wyglądała dość podobnie jak to co dzieje się na GDC. Może była trochę większa ale spodziewałem się czegoś jeszcze większego. Było trochę firm pokazujących systemy do mocapu, było trochę trójwymiarowych drukarek.
O! I było SpeedTree! Oczywiście, jak koleś zobaczył mojego badge'a to strasznie sie ucieszył i zaczął mnie zapewniać, że CDP to jego najulubieńciejszy klient. Pogadaliśmy oczywiście chwilę co ciekawego jest w nowej wersji biblioteki (wygląda coraz lepiej! modelowanie drzew jest naprawdę fajne, można zginać gałęzie, ucinać itp. od strony kodu też coraz lepiej - biblioteka podzielona została na kilka warstw (wczytywanie drzew, zarządzanie dużą ilością drzew, rendering, trawa) z których można korzystać niezależnie - myśle że warto od razu poprosić ich o ewaluację).Po lunchu najciekawiej zapowiadał się wykład o produkcji efektów specjalnych do nowego Terminatora, Star Treka i Transformersów. I faktycznie, wykład był pierwszorzędny. Ludzie z Industrial Light & Magic pokazali mnóstwo sztuczek jakich użyli przy tworzeniu efektów, całą masę fajnych konceptów, opowiadali o współpracy z reżyserami i aktorami (koleś robiący efekty do Star Treka opowiadał np. jak oglądał 10 poprzednich filmów, jak to ujął: zajęło mu to 25 heinekenów - sounds familiar ;-). I na tym wtorkowa konferencja się zakończyła. Jutro ciąg dalszy.
Po południu poszliśmy poszlajać sie trochę po okolicy. Dzisiaj udało mi sie niczego nie zgubić, ale pewnie dlatego że miałem ze sobą tylko aparat. Jak tak chodziliśmy po okolicy, zauważyłem że cała masa budynków, knajpek jest zniszczona i opuszczona. Po prostu stoi sobie budynek który w środku jest totalnie zniszczony. Ciekawe czy to jeszcze zniszczenia po Kathrinie, czy po prostu zawsze tu tak było. Skłaniałbym sie nawet do pierwszej wersji, ale bardzo często jest tak że takie rudery sąsiadują z budynkami w całkiem niezłym stanie (ale raczej nie tak niezłym, jak gdyby były odrestaurowane kilka lat temu). Może spróbuje jutro kogoś podpytać.Jutro wieczorem impreza u Disneya (ciekawe czy Myszka Miki ostro tankuje), więc kolejne newsy mogą być z drobnym poślizgiem.
Potem była jakaś posucha. Właściwie żadnych interesujących wystąpień. Dlatego wybraliśmy sie na zwiedzanie exhibition (przy okazji nabyłem znakomity niebieski kubek z Siggraphu 2007 za jedyne $3 (dla porównania, tegoroczny kosztował mnie $15). Wystawa wyglądała dość podobnie jak to co dzieje się na GDC. Może była trochę większa ale spodziewałem się czegoś jeszcze większego. Było trochę firm pokazujących systemy do mocapu, było trochę trójwymiarowych drukarek.
O! I było SpeedTree! Oczywiście, jak koleś zobaczył mojego badge'a to strasznie sie ucieszył i zaczął mnie zapewniać, że CDP to jego najulubieńciejszy klient. Pogadaliśmy oczywiście chwilę co ciekawego jest w nowej wersji biblioteki (wygląda coraz lepiej! modelowanie drzew jest naprawdę fajne, można zginać gałęzie, ucinać itp. od strony kodu też coraz lepiej - biblioteka podzielona została na kilka warstw (wczytywanie drzew, zarządzanie dużą ilością drzew, rendering, trawa) z których można korzystać niezależnie - myśle że warto od razu poprosić ich o ewaluację).Po lunchu najciekawiej zapowiadał się wykład o produkcji efektów specjalnych do nowego Terminatora, Star Treka i Transformersów. I faktycznie, wykład był pierwszorzędny. Ludzie z Industrial Light & Magic pokazali mnóstwo sztuczek jakich użyli przy tworzeniu efektów, całą masę fajnych konceptów, opowiadali o współpracy z reżyserami i aktorami (koleś robiący efekty do Star Treka opowiadał np. jak oglądał 10 poprzednich filmów, jak to ujął: zajęło mu to 25 heinekenów - sounds familiar ;-). I na tym wtorkowa konferencja się zakończyła. Jutro ciąg dalszy.
Po południu poszliśmy poszlajać sie trochę po okolicy. Dzisiaj udało mi sie niczego nie zgubić, ale pewnie dlatego że miałem ze sobą tylko aparat. Jak tak chodziliśmy po okolicy, zauważyłem że cała masa budynków, knajpek jest zniszczona i opuszczona. Po prostu stoi sobie budynek który w środku jest totalnie zniszczony. Ciekawe czy to jeszcze zniszczenia po Kathrinie, czy po prostu zawsze tu tak było. Skłaniałbym sie nawet do pierwszej wersji, ale bardzo często jest tak że takie rudery sąsiadują z budynkami w całkiem niezłym stanie (ale raczej nie tak niezłym, jak gdyby były odrestaurowane kilka lat temu). Może spróbuje jutro kogoś podpytać.Jutro wieczorem impreza u Disneya (ciekawe czy Myszka Miki ostro tankuje), więc kolejne newsy mogą być z drobnym poślizgiem.
wtorek, 4 sierpnia 2009
Ameryka - dni 1-3
No i jesteśmy w Ameryce. Dotarliśmy w sumie bez wiekszych problemów (nie licząc drobnych kłopotów na lotnisku - ktoś chyba czegoś zapomniał wpisać do komputera podczas naszej poprzedniej wizyty i okazało się że Anety w Stanach jeszcze nie było, mimo że w paszporcie ma stempel...)
Nowy York powitał nas upałem i gigantycznymi korkami. Najpierw czekaliśmy na shuttle bus'a jakieś 1.5h (utknął po drodze...) a potem jechaliśmy nim do hotely kolejne 2h. Dobrze, że hotel wybraliśmy zaraz obok LaGuardii z ktorej następnego dnia mieliśmy lecieć do Nowego Orleanu. LaGuardia to w ogóle niezle lotnisko - zero organizacji, wszędzie pchają sie ludzie, ogólny syf. Ale w końcu udało się odlecieć (czekaliśmy w samolocie jedyną godzinkę - akturat zamkneli pasy w kierunku południowym - i tak nieźle bo poprzedniego dnia jakiś kretyn udawał że ma bombe i samoloty w ogóle nie odlatywały).
Nowy Orlean okazał sie makabrycznie wilgotnym (do tego stopnia że na obietywie bez wiekszej przyczyny osadza sie para wodna ;-), ale za to bardzo urokliwym miejscem. Hotel w ktorym sie zatrzymaliśmy jesł chyba jedyn z lepszych w jakich mieszkałem w stanach. Śniadania są (i to całkiem urozmaicone), jest mały basen, i fajny wystrój (powrzucam zdjęcia na picase). Hotel jest położony zaraz przy French Quarter - najsłynniejszej dzielnicy w Nowym Oreanie - pełnej fajnej hiszpańskiej architektury, knajp, klubów go-go (nie mogłem wejść :-( Wszędzie serwują lokalne kulinaria - głównie z krewetek, krabów, czasem z aligatora. Tego ostatniego jeszcze nie próbowałem ale reszta nawet jadalna.
Od razu pierwszego dnia po przylocie poszliśmy się zarejestrować. I tu szok. Ernest N. Morial Convention Center jest chyba najwięszym centrum konferencyjnym jakie w życiu widziałem (nie żebym widział ich tak dużo, ale zawsze...). Ma ponad kilometr długości, 3 piętra. Jest monstrualne. Dotarło to do mnie następnego dnia, kiedy od momentu kiedy wszedłem do środka, do chwili kiedy wszedłem do sali minęło dobych 10 minut).
Na pierwszy dzień wybrałem kurs Advances in Real-Time Computer Graphics - kurs gdzie ludzie z Bungie, Cryteka, Rockstarai jeszcze paru innych firm opowiadali o swoich pomysłach.
Tak po krótce:
- Bungie: Natalya Tatarchuk opowiadała o ich wojnach z cieniami (VSM, ESM, połączenia obu w różny sposób) - jak sama to określiła: "bunch of hacks"
- Bungie: Hao Chen - opowiadał jak robią niebo (model analityczny ale uwględniający wielokrotne rozproszenia) i jak liczą GI na GPU (to fajny patent, też zacząłem się temu przyglądać na chwilę przed wyjazdem - tylko że oni robią to już ponad pół roku ;-)
- Anton Kapalyan z Cryteka opowiadał o ich podejsciu do GI. Na to wystąpienie bardzo czekałem i trochę się na nim zawiodłem. Nie było w nim nic nowego, jedynie poskładanie do kupy starych pomysłów. Całość polega na tym, że na scenie rozpięta jest trójwymiarowa tekstura, w której każdym tekselu zapisane jest oświetlenie, w postaci SH, żeby uzyskać kierunkowość. Te wartości są propagowane do kolejnych komórek i finalne oświetlenie polega na samplowniu tej tesktury. Żeby uzyskać efekt pierwszego bouncu światła, tekstura jest wypełniana światłami generowanymi z wykorzystaniem Reflective Shadow Mapy - czyli renderujemy widok z punktu widzenia światła i dla każdego uzyskanego pixela generujemy małe światło na scenie. Podobne podejscie moża zastosować z deferedem/prepassem (choć ilość wygnerowanych świateł może być dość duża) - tekstura sprawia że ilość świateł nie ma znaczenia, ale jej rozdzielczość pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście światło odbite z założenia jest dość miękkie i duża rozdzielczość nie jest potrzebna, ale jednak w ich implementacji widać było trochę artefaktów. Odbicie oczywiście nie uwzglęnia już zasłaniania.
Wygląda to całkiem przyjemnie, i zaczyna się stawać całkiem popularne - z prawie takiej samej techniki korzystają w LittleBigPlanet i SplitSecond. Gigantyczną zaletą jest to, że takie oświetlenie można potraktować jako jeszcze jeden rodzaj światła dla renderingu deferowanego (prepass czy pełny) - robimy pass po całym ekranie, odtwarzamy pozycje i samplujemy teksturę 3D.
- Wolfgang Engel (kiedyś z Rockstara, nota bene siedzi na krześle obok w chwili kiedy to pisze) opowiadał o swoich pomysłach na LightPrePass. W sumie nic nowego, a do tego prezentacja była bardzo chaotyczna, mało czytelna. Wolfgang często skakał między slajadami. Nawet w temacie AA, w którym liczyłem na jakieś nowości opowiedział jedynie o standardowej sztuczce z wyłuskaniem pixeli brzegowych (z wykorzystaniem centroida) i potraktowaniu ich innym shaderem, obliczającym oświetlenie per próbka.
A potem była przerwa podczas której wyhaczyłem Peter-Pike'a Sloana (z którym przygotowywałem mojego talka). I jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności poszliśmy z nim i jego ziomami z Microsoftu na lunch. Masakra. Nie żeby rozmawiali o nie-wiadomo-czym, ale robili to w takim tempie, że chyba zanim zdążyłbym sklecić zdanie, oni 3x zmieniliby już temat. Oh well, przynajmniej poznałem troche ludzi z Microsoftu. ;-)
Po przerwie był ciąg dalszy
- koleś z Disneya opowiadał o pracy przy Split/Second (czy jakoś tam - takie wyścigi). Też mają ten patent z teksturą 3D z oświetleniem odbitym, tyle że nie kłopoczą się z jej updatowaniem jak Crytek (mają stałe oświetlenie). O tym nikt nie wspomniał, ale tak sobie nad tym myślę, że można zrobić PRT dla takiej tekstury i (jeśli ograniczymy się w niej do oświetlania od nieba) dość tanio przeliczać zawarte w niej wartości przy zmianie oświetlenia - będę musiał poeksperymentować po powrocie.
- na koleś wystąpienie miał Alex Evans (chyba) z Media Molecule. I to był zdecydowanie najlepszy występ tego dnia. Opowiadał o tym jak robili silnik do LittleBigPlanet. Bardzo błyskotliwa prezentacja. Zrobili silnik dedykowany stricte pod PS3 (wszystkie vertexy idą przez SPU, KAŻDY jest symulowany fizycznie, KAŻDY jest skinowany, na koniec w zależności od różnych ustawień odpowiednio blendowane są wyniki) stricte pod swoją grę (3 plany, specyficzny wygląd) i tak jak sobie to wymyślili (np. nie chcieli pisać particli - i ich nie ma, wszystko jest geometrią idącą przez jeden i ten sam pipeline przetwarzania vertexów). Bomba.
Wieczerem poszliśmy jeszcze do French Quarter na kawe do Cafe Du Mondo (podobno słynna kawiarnia) a ja zgubiłem klucz do pokoju :-)
Jetlag nie dokucza nawet za bardzo, obudziłem sie dopiero o 5 rano i tylko na jakieś 15 minut. Na razie jakoś nie stresuje sie piątkowym wystąpieniem, zobaczymy jak bedzie później (choć dzisiaj trochę mnie zgięło jak wszedłem do sali w której będę mówił - takie konkretne audytorium z pochyłą podłogą, jakieś 20 rzędów, tak na oko ze 30 siedzeń w rzędzie; spoko, na pewno nie będzie pełno).
Nowy York powitał nas upałem i gigantycznymi korkami. Najpierw czekaliśmy na shuttle bus'a jakieś 1.5h (utknął po drodze...) a potem jechaliśmy nim do hotely kolejne 2h. Dobrze, że hotel wybraliśmy zaraz obok LaGuardii z ktorej następnego dnia mieliśmy lecieć do Nowego Orleanu. LaGuardia to w ogóle niezle lotnisko - zero organizacji, wszędzie pchają sie ludzie, ogólny syf. Ale w końcu udało się odlecieć (czekaliśmy w samolocie jedyną godzinkę - akturat zamkneli pasy w kierunku południowym - i tak nieźle bo poprzedniego dnia jakiś kretyn udawał że ma bombe i samoloty w ogóle nie odlatywały).
Nowy Orlean okazał sie makabrycznie wilgotnym (do tego stopnia że na obietywie bez wiekszej przyczyny osadza sie para wodna ;-), ale za to bardzo urokliwym miejscem. Hotel w ktorym sie zatrzymaliśmy jesł chyba jedyn z lepszych w jakich mieszkałem w stanach. Śniadania są (i to całkiem urozmaicone), jest mały basen, i fajny wystrój (powrzucam zdjęcia na picase). Hotel jest położony zaraz przy French Quarter - najsłynniejszej dzielnicy w Nowym Oreanie - pełnej fajnej hiszpańskiej architektury, knajp, klubów go-go (nie mogłem wejść :-( Wszędzie serwują lokalne kulinaria - głównie z krewetek, krabów, czasem z aligatora. Tego ostatniego jeszcze nie próbowałem ale reszta nawet jadalna.
Od razu pierwszego dnia po przylocie poszliśmy się zarejestrować. I tu szok. Ernest N. Morial Convention Center jest chyba najwięszym centrum konferencyjnym jakie w życiu widziałem (nie żebym widział ich tak dużo, ale zawsze...). Ma ponad kilometr długości, 3 piętra. Jest monstrualne. Dotarło to do mnie następnego dnia, kiedy od momentu kiedy wszedłem do środka, do chwili kiedy wszedłem do sali minęło dobych 10 minut).
Na pierwszy dzień wybrałem kurs Advances in Real-Time Computer Graphics - kurs gdzie ludzie z Bungie, Cryteka, Rockstarai jeszcze paru innych firm opowiadali o swoich pomysłach.
Tak po krótce:
- Bungie: Natalya Tatarchuk opowiadała o ich wojnach z cieniami (VSM, ESM, połączenia obu w różny sposób) - jak sama to określiła: "bunch of hacks"
- Bungie: Hao Chen - opowiadał jak robią niebo (model analityczny ale uwględniający wielokrotne rozproszenia) i jak liczą GI na GPU (to fajny patent, też zacząłem się temu przyglądać na chwilę przed wyjazdem - tylko że oni robią to już ponad pół roku ;-)
- Anton Kapalyan z Cryteka opowiadał o ich podejsciu do GI. Na to wystąpienie bardzo czekałem i trochę się na nim zawiodłem. Nie było w nim nic nowego, jedynie poskładanie do kupy starych pomysłów. Całość polega na tym, że na scenie rozpięta jest trójwymiarowa tekstura, w której każdym tekselu zapisane jest oświetlenie, w postaci SH, żeby uzyskać kierunkowość. Te wartości są propagowane do kolejnych komórek i finalne oświetlenie polega na samplowniu tej tesktury. Żeby uzyskać efekt pierwszego bouncu światła, tekstura jest wypełniana światłami generowanymi z wykorzystaniem Reflective Shadow Mapy - czyli renderujemy widok z punktu widzenia światła i dla każdego uzyskanego pixela generujemy małe światło na scenie. Podobne podejscie moża zastosować z deferedem/prepassem (choć ilość wygnerowanych świateł może być dość duża) - tekstura sprawia że ilość świateł nie ma znaczenia, ale jej rozdzielczość pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście światło odbite z założenia jest dość miękkie i duża rozdzielczość nie jest potrzebna, ale jednak w ich implementacji widać było trochę artefaktów. Odbicie oczywiście nie uwzglęnia już zasłaniania.
Wygląda to całkiem przyjemnie, i zaczyna się stawać całkiem popularne - z prawie takiej samej techniki korzystają w LittleBigPlanet i SplitSecond. Gigantyczną zaletą jest to, że takie oświetlenie można potraktować jako jeszcze jeden rodzaj światła dla renderingu deferowanego (prepass czy pełny) - robimy pass po całym ekranie, odtwarzamy pozycje i samplujemy teksturę 3D.
- Wolfgang Engel (kiedyś z Rockstara, nota bene siedzi na krześle obok w chwili kiedy to pisze) opowiadał o swoich pomysłach na LightPrePass. W sumie nic nowego, a do tego prezentacja była bardzo chaotyczna, mało czytelna. Wolfgang często skakał między slajadami. Nawet w temacie AA, w którym liczyłem na jakieś nowości opowiedział jedynie o standardowej sztuczce z wyłuskaniem pixeli brzegowych (z wykorzystaniem centroida) i potraktowaniu ich innym shaderem, obliczającym oświetlenie per próbka.
A potem była przerwa podczas której wyhaczyłem Peter-Pike'a Sloana (z którym przygotowywałem mojego talka). I jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności poszliśmy z nim i jego ziomami z Microsoftu na lunch. Masakra. Nie żeby rozmawiali o nie-wiadomo-czym, ale robili to w takim tempie, że chyba zanim zdążyłbym sklecić zdanie, oni 3x zmieniliby już temat. Oh well, przynajmniej poznałem troche ludzi z Microsoftu. ;-)
Po przerwie był ciąg dalszy
- koleś z Disneya opowiadał o pracy przy Split/Second (czy jakoś tam - takie wyścigi). Też mają ten patent z teksturą 3D z oświetleniem odbitym, tyle że nie kłopoczą się z jej updatowaniem jak Crytek (mają stałe oświetlenie). O tym nikt nie wspomniał, ale tak sobie nad tym myślę, że można zrobić PRT dla takiej tekstury i (jeśli ograniczymy się w niej do oświetlania od nieba) dość tanio przeliczać zawarte w niej wartości przy zmianie oświetlenia - będę musiał poeksperymentować po powrocie.
- na koleś wystąpienie miał Alex Evans (chyba) z Media Molecule. I to był zdecydowanie najlepszy występ tego dnia. Opowiadał o tym jak robili silnik do LittleBigPlanet. Bardzo błyskotliwa prezentacja. Zrobili silnik dedykowany stricte pod PS3 (wszystkie vertexy idą przez SPU, KAŻDY jest symulowany fizycznie, KAŻDY jest skinowany, na koniec w zależności od różnych ustawień odpowiednio blendowane są wyniki) stricte pod swoją grę (3 plany, specyficzny wygląd) i tak jak sobie to wymyślili (np. nie chcieli pisać particli - i ich nie ma, wszystko jest geometrią idącą przez jeden i ten sam pipeline przetwarzania vertexów). Bomba.
Wieczerem poszliśmy jeszcze do French Quarter na kawe do Cafe Du Mondo (podobno słynna kawiarnia) a ja zgubiłem klucz do pokoju :-)
Jetlag nie dokucza nawet za bardzo, obudziłem sie dopiero o 5 rano i tylko na jakieś 15 minut. Na razie jakoś nie stresuje sie piątkowym wystąpieniem, zobaczymy jak bedzie później (choć dzisiaj trochę mnie zgięło jak wszedłem do sali w której będę mówił - takie konkretne audytorium z pochyłą podłogą, jakieś 20 rzędów, tak na oko ze 30 siedzeń w rzędzie; spoko, na pewno nie będzie pełno).
Subskrybuj:
Posty (Atom)