No i poszedłem na te rollercoastry. Konkretnie do Universal's Islands of Adventures (http://www.universalorlando.com/amusement-parks/islands-of-adventure.html). Zajebiste :) Incredible Hulk wywraca żołądek do góry nogami, bardzo fajne są też Duelling Dragons - dwie kolejki specione ze sobą, tak że podczas jazdy często mija się wagoniki z tej drugiej. Do tego jedzie się z nogami dyndającymi w powietrzu (do tego często do góry). Szkoda że w Polsce nie ma czegoś takiego (choć z drugiej strony pewnie i tak przez 80% roku musiało by być zamknięte z powodu pogody).
Potem ruszyliśmy w stronę Waszyngtonu. Jako że przez połowe dnia, jak i prawie cały następny nic się nie działo (jechaliśmy i jechaliśmy), pozwolę sobie wrócić do mojego ulubionego tematu pt. "dlaczego ameryka mnie irytuje". Z jednek strony jest fajnie. Właściwie nikt nie cwaniaczy, nie próbuje się wciskać przed ciebie w kolejce, wszyscy są mili (przynajmniej na pokaz) i w ogóle. Cały kraj jest zrobiony pod ludzi i przyjazny dla użytkownika. To jest super. Tylko tak po prostu powinno być. Takie podejście zwalnia trochę ludzi z myślenia, i tu pojawia się problem bo niestety 80% ludzi tutaj to myślenie wyłącza doszczętnie. Piszę to akurat teraz bo na drodzę z Orlando do Waszyngtonu widać to było na każdym zakręcie. Wszyscy jadą mniej więcej zgodnie z przepisami - właściwie nie przekraczają prędkości więcej niż 10 mph, nikt nie wjeżdża na zderzak i nie daje po oczach długimi bo akurat mu się spieszy. Ale z drugiej strony ludzie nie widzą absolutnie niczego poza 10 metrami drogi przed sobą. Nie patrzą w lusterka, zmieniają pasy bez zastanowienia. Często blokują kilka równoległych pasów, wszyscy jadą prawie równo, nie sposób ich ominąć. Nie to że jestem zwolennikiem polskiego modelu, ale wytre(n/s)owany w polsce, mam zwyczaj wyprzedzać i zmieniać pas na prawy, tak żeby ktoś jadący szybciej mógł z lewego skorzystać. Tutaj absolutnie nikt tak nie robi. Droga jest ich, i przecież nie ma powodu ustępować jej komuś. Wrrrrrrr.
No ale do Waszyngtonu dojechaliśmy w miarę spokojnie. No prawie. Była mała przygoda w wielkim mallu pod Waszyngtonem. Robimy jakieś zakupy, płacimy oczywiście kartą i nagle w jedym sklepie pan mówi "o coś jest nie tak, wypisuje mi tu że gdzieś musze zadzwonić". My lekko panikujemy, bo przecież płaciliśmy tą kartą często i nigdy nie było problemów. Ale koleś zadzownił, i po kilku przełączeniach Aneta miała okazję pogadać z CityBankiem w Polsce (nota bene, dotarło do mnie że jednak mamy XXI wiek - była niedziela rano (tutaj) a po kilku przełączeniach koleś ze sklepu połączył się z polskim bankiem, w którym, o dziwo, ktoś był!). Okazało się że karta została zeskanowana i nalepiej od razu ją zablokować. Potem wyszło że może niekoniecznie (użyliśmy jej w miejscu gdzie kiedyś komuś karte skopiowali i Visa troche dmucha na takie przypadki). Tak czy owak karte zastrzegliśmy i pojechaliśmy do stolicy.
Waszyngton przywitał nas ogromnym upałem (podobno to standard, w sierpniu wszyscy starają się z tego miasta uciekać). Zaczęliśmy od Kapitolu (niestety tylko z zewnątrz, w niedziele zamknięty, a w pozostałe dni trzeba się zgadać ze swoim kongresmenem i załatwić wejście - jakoś do swojego nie mogłem się dodzwonić). Zobaczyliśmy (też z zewnątrz) bibliotekę kongresu, monument Waszyngtona (taki wielki obelisk - podobno krążą żarty na temat elementu Waszyngtona na podstawie którego został wykonany), memoriał Lincolna (ten charakretystyczny marmurowy pomnik z siedzącym Lincolnem) i Jeffersona (też charakterystyczny okrągły budyneczek). Z mniej formalnych rzeczy widzieliśmy rewelacyjne International Spy Museum - muzeum szpiegostwa. Masa eksponatów - strzelające szminy, pistolety w parasolkach, kamery w guzikach od płaszcza - wszystko od prawdziwych agencji wywiadowczych. Była też masa elementów interaktywnych. Można było analizować zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu obozów terrorystów, podsłuchiwać rozmowę z użyciem podłożonej pluskwy, można było nawet przeczołgać się prawdziwym kanałem wentylacyjnym - rewelacja, dawno nie widziałem tak wciągającego muzeum.
Był też oczywiście 'Ben's Chili Bowl' - mała knajpka z rewelacyjnym chili, chili-dogami i chili-hamburgerami, w której stołuje się Bill Cosby i Barack Obama (hmmm, smakowe...)
Szwędaliśmy się tak do ok. 21. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Otóż w Waszyngtonie dość trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. My po jakiś 15 minutach szukania zdecydowaliśmy się na jakiś public parking w okolicach Kongresu. I wszystko byłoby super, gdyby projektańci parkingu wpadli na pomysł, żeby informacje o godzinie zamknięcia umieścić gdzieś w bardziej widocznym miejscu niż na szlabanie zagradzającym wjazd (oczywiście podniesionym). No i o tej 9 wieczorem pocałowaliśmy przysłowiową klamkę (właściwie wielką, opuszczaną kratę). I po chwili załamania już mieliśmy kombinować gdzie iść spać (pal licho wszystkie torby z bagażnika) albo jak się dodzwonić do kogoś kto zarządza parkingiem (oczywiście na widoku żadnych numerów telefonów nie było) ale oto przed wjazdem pojawiła się pani i przyłożeniem karty otworzyła kratę! Okazało się że właśnie przyjechała pilnować parkingu w nocy i może nas wypuścić. Wyjechaliśmy z Waszyngtonu, zanocowaliśmy gdzieś zaraz pod.
środa, 19 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Publikowanie komentarza