Kolejnym etapem wycieczki był w końcu Nowy York. W początkowych planach samochód mieliśmy mieć wypożyczony do ostatniego dnia. Ale jeszcze przed wyjazdem do stanów coś nas tknęło, że może lepiej oddać go od razu po przyjeździe do Nowego Yorku. I to był chyba jeden z lepszych pomysłów. Na sam Manhattan wjechaliśmy w miarę bezproblemowo - korków w zasadzie nie było. Za to to co zaczęło się potem można opisać tylko jednym słowem: horror. Absolutnie po żadnym, ale to żadnym mieście nie jeździło mi się tak źle. Myślałem, że po San Francisco jeździ się źle - bo mało miejsc do zaparkowania, bo ludzie jeżdzą po europejsku - wciskają się, trąbią itp. Otóż nie. San Francisco to raj kierowców. Tutaj jest miliardy razy gorzej. Absolutnie nikt nie używa kierunkowskazów. Zupełnie nie ma możliwości zmiany pasa, bo po prostu nikt Cie nie wpuści. Jedyną opcją jest wyczaić odrobinę przerwy i bezczelnie się wcisnąć, nie zwracając uwagi na trąbienie i to że w Ciebie wjeżdżają. Piesi zupełnie ignorują światła i lezą zarówno na zielonym jak i na czerwonym, do tego mając do Ciebie pretensje że w nich wjeżdżasz. Ulice są jednokierunkowe, więc jak się gdzieś zgubisz to pozamiatane i musisz nadrabiać sporo drogi. Zaparkować oczywiście nie ma gdzie.
No ale wjechaliśmy na ten Manhattan, i jedziemy zgodnie ze wskazówkami GPSa (nota bene sprawdzał się znakomicie). Wymyśliliśmy że hotel weźmiemy w centrum, bo był niewiele droższy a zaoszczędzimy zarówno czas jak i pieniądze na dojazdach. Tylko najpierw było trzeba do tego hotelu dojechać a GPS wprowadził nas w największy możliwy korek. Kombinowalśmy jak mogliśmy żeby go ominąć, nadłożyliśmy przy tym sporo drogi ale w końcu udało się dotrzeć pod hotel. I tu kolejna niespodziewajka. Parkować w okolicy w ogóle nie można: grozi odholowanie i min. $200 grzywny. Na szczęście udało się znaleźć niedaleko parking (lol: jedyne $10 za pół godziny) i szybko przerzucić rzeczy do hotelu. Hotel fajny, pokoje są świeżo wyremontowane, jedynie w hallu na dole renowacja cały czas trwa i ciężko się dostać do windy którą non-stop jeżdżą kafelki albo płyty kartonowo-gipsowe. Na szczęście udało się w to pół godziny wyrobić.
Pojechaliśmy zatem oddać samochód. Włączamy GPSa, wyliczamy ścieżke, całkiem niedaleko. I oczywiście na drugim zakręcie wjechaliśmy w wielki korek. A komputerek każe nim jechać przez kolejne 3 mile. Oczywiście postanowliśmy rozwiązać problem "na Polaka", skręcając w pierwszą poprzeczną ulicę. I zadziało znakomicie. GPS wyliczył nową drogę, kazał gdzieś skręcić. Jedziemy zadowoleni bo korka nie ma. Są jakieś samochody, ale w sumie jest ich niewiele a droga szeroka. Tknęło mnie coś dopiero po kilku przecznicach - jakieś 95% samochodów wokół to żółte, nowojorskie taksówki, a nieliczne inne pojazdy mają coś za przednią szybą. Chyba wpakowaliśmy się na jakąś drogę tylko dla taksówek i autobusów (dla swojego usprawiedliwienia napisze tylko, że naprawdę nie widziałam żadnych znaków na ten temat). Ale jechało się tak dobrze, że nie zamierzałem wracać w ten korek. Na szczęscie udało się dojechać do celu i nikt się nie przyczepił.
A w Herzu kolejna niespodzianka. Przy wynajmie, pani w Nowym Orleania zapowiedziała że nie płacimy za drugiego kierowce a tymczasem jej koleżanka w Nowym Yorku chciała nas za to zchargować. I była awanturka. Zrugałem panią za ladą, jej menagerkę przez telefon a potem jeszcze panią która nam wynajmowała samochód w Nowym Orleanie. A koniec okazało się że jednak wszystko jest ok, bo przy wynajmie odliczono nam tą opłatę za drugiego kierowcę z podstawowej sumy jaką mieliśmy zapłacić. Jako, że podczas kluczenia po Nowym Yorku nie za bardzo mieliśmy okazaję zatankować samochód przed oddaniem, Herz chciał nam jeszcze doliczyć opłatę za benzynę, ale jak usłyszeliśmy ile ona wynosi ($6 za galon, cena rynkowa - $2.5; na marginesie: do pełna tankowaliśmy za jakieś 70zł, ech...) to postanowiliśmy jednak tej stacji poszukać. Na szczęście była blisko, i dalej obyło się już bez przygód.
Wróciliśmy na Times Sq. spotkać się z Natalią i Jackiem. Poszliśmy na fajne tajskie jedzenie, potem piwko a o wpól do pierwszej w nocy na slice'a pizzy za 99c - bombeczka, ale Brzezin wszystko już u siebie opisał (http://ogrodsopli.nephaarite.com/) więc nie będę powtarzał.
Dzisiaj Jacek i Natalia pojechali do Bostonu, więc my ruszyliśmy na zwiedzanie tego co oni widzieli podczas naszego pobytu w Waszyngtonie. Zaczęliśmy oczywiście od Statuy (Statui? jak to się właściwie odmienia? stuk stuk i już wiem: google mówi że można na oba sposoby :) Wolności. Trochę się naciąłem bo myślałem że jest dużo większa. We wszystkich filmach, na wszystkich zdjęciach robi wrażenie ogromnej, górującej nad Nowym Yorkiem. Tymczasem.... no może mała nie jest, ale przy tych wszystkich wieżowcach na Manhatanie (Statua stoi na osobnej wyspie - Liberty Island) to pchełka. Do tego monument na którym ją umieszczono jest prawie równie wielki jak ona sama, co tylko optycznie ją pomniejsza. Ale poza tym jest fajna. Całą zielona (pokrycie jest miedziane, i przez lata pokryło się zielonym tlenkiem miedzi). Na koronę nie udało się wejść (bilety są dopiero na jakiś koniec października) ale myśle że to nie tragedia. Z Libery Island i sąsiedniej Ellis Island jest fajny widok na Manhatan - i również dla niego warto jest pod Statuę popłynąć.
Rejsy odbywają się z samego południowego krańca Manhattanu, a stamtąd jest tylko rzut beretem do dzielnicy finansowej w której jest Wall Street (i giełda), Trinity Church (ten ze 'Skarbu Narodów'!) i gdzie kiedyś było World Trade Center. W miejcu tego ostatniego jest obecnie wielka dziura w ziemi i mnóstwo dźwigów. Trawa budowa kolejnego biurowca, mającego pokazać światu że terroryści nie wygrali. Nie wiem czy stawianie w miejscu katastrofy centrum biurowego ze sklepami na dole jest najlepszym sposobem na upamiętnienie ofiar, ale widać względy ekonomiczne przeważyły.
Potem pojechaliśmy metrem na Brooklin i wróciliśmy pieszo przez most Brookliński (jest na nim specjalna ścieżka dla pieszych/rowerzystów) o potem już do hotelu. Metro w tym mieście to jednak jest hardcorowe. Na większości linii jest kilka rodzajów pociągów - lokalne, ekspresowe i takie pośrednie. Ekspresowe zatrzymują się tylko na niektórych stacjach, więc trzeba dość uważać w co się wsiada, żeby móc wysiąć na swojej stacji. Do tego pełne jest różnych ewenementów - np. dzisiaj spotkaliśmy transseksualistów, którzy byli bardzo oburzeni że ludzie w wagonie się im przyglądają (w wyglądali naprawdę specyficznie.)
Jako że znowu skończyło mi się miejsce na karcie pamięci i musze przerzucić zdjęcia na komputer, chyba zacznę przy okazji wrzucać coś na picasse...
środa, 19 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Publikowanie komentarza