środa, 12 sierpnia 2009

Ameryka - dni 10-11

W Polsce do "dobranoc" dodaje się czasem "pchły na noc, karaluchy pod poduchy". Amerykańskie dzieci słyszą "Good night, sleep tight, don't let the bed bugs bite". Karalucha kiedyś widziałem (co prawda nie pod poduszką, ale zawsze). A dwie noce temu miałem okazję przekonać się czym są owe "bed bugs" z amerykańskiej wersji powiedzonka.
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...

1 komentarz: