czwartek, 24 września 2009

Trochę dziwności...

UK jest trochę dziwne. Dziwne trochę inaczej niż np. USA. (kurde, przestraszyłem się, właśnie zawył alarm pożarowy - wyje w każdy czwartek w porze obiadu - jak mówi ulotka: żeby go przetestować i przyzwyczaić do niego ludzi :) W Stanach wszystko jest zrobione pod ludzi - maksymalnie proste, wręcz idioto-odporne. Tutaj podobno też, ale jakos przez zeszły miesiąc tego nie doświadczyłem. Jak przyjeżdża się tu do pracy to trzeba załatwić masę formalności, ale w zasadzie mało kto wie jakich. Jednyną opcją jest przeszukać sporo stron w sieci, spisać rzeczy które trzeba zrobić i mieć nadzieję że o niczym się nie zapomniało.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.

Trochę o pracy

Jako że dojazd do UK'a i pierwsze dni już opisałem, to teraz będzie trochę ogólnie. Może najpierw o pracy. Oczywiście za dużo nie mogę napisać bo będę musiał oddać nerkę i prawe płuco, ale może za trochę ogólników nikt mnie ścigać nie będzie. Lionhead jest częścią Microsoftu. Niby ma swoją nazwę, swoich szefów, ale tak de facto wszyscy tutaj podlegają pod Steve'a Ballmera. Maile są w domenie microsoft.com (jak ktoś ma ochotę napisać do mnie to trzeba na miciwan w tej domenie) Jako że wszyscy jesteśmy tu jedną wielką rodziną, trzeba w związku z tym przejść on-linowe szkolenie z tego jak należy się zachowywać w stosunku do współpracowników, jak należy dbać o bezpieczeństwo i tak dalej. Trzeba wyznaczać sobie oficjalne cele na kolejne lata pracy i się z nich przed sobą rozliczać. I jeszcze troche takich różnych rzeczy. No ale nic, takie życie :) Z drugiej strony bardzo dużo korzyści płynie z infrastruktury microsoftu. Widać te tony pieniędzy pompowane w to żeby wszystko sprawnie działało. Na kompie wszystko dzieje się automatycznie. Włączyłem pierwszy raz Outlooka - a on coś pomrugał, kliknąłem 'Next', po czym moje konto skonfigurowało się samo, zostałem dodany do różnych grup mailowych, dostałem poradnik nowego pracownika. Jak zacznę chodzić po wewnętrznych stronach to też wszędzie mnie poznaje, wie do czego powinienem mieć dostęp, wyświeta mi jakieś szkolenia w których mogę wziąć udział. Jest sklepik firmowy w którym produkty Microsoftu są dostępne po znacznie obniżonych cenach (poza sprzętem, ten kosztuje tyle co w sklepie) i takie tam duperele. Są soft drinki, ciastka, owoce a mała kantynka na dole jest dotowane, dzięki czemu obiad którym się najadam kosztuje mniej więcej tyle ile u fryzjera.
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...

Cel - UK, finał

No i miałem pisać częściej i oczywiście nic z tego nie wyszło.
Ale poczucie winy gryzie mnie już do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić czas lunchu w pracy i coś skrobnąć.
Ostatnio skończyło się na tym, że w środku nocy wylądowaliśmy u pana Garego. Pan Gary prowadzi Bed&Breakfest z żoną ale jej akurat nie było. Zchargował nas 25 quidów (tak się tu mówi na funty :) za noc za osobę, ale jako miał wolne tylko na 3 dni, następnego dnia musieliśmy zacząć się rozglądać za czymś innym. I w sumie dobrze wyszło, bo choć pan Gary codziennie przygotowywał i podawał nam śniadanie własnoręcznie, to jego cena okazała się być wcale nie tak przystępna jak próbował nam to wcisnąć. Więc w informacji turystycznej zdobyliśmy katalog z bed&breakfestami w Guildford i zaczęliśmy szukać. I zupełnie nieźle poszło, bo już chyba w drugim się udało. Pani co prawda nie miała u siebie miejsc, ale okazało się że przez najbliższy miesiąc zajmuje się też b&b siostry. Tam miejsca troche było, ale jak wyjaśniliśmy jej naszą aktualna sytuacje to zaproponowała nam trochę inne rozwiązanie. W tym drugim domu był wolny pokój na poddaszu. Nie był to typowy pokój b&b, wiec nikt go zarezerwowanego nie miał, ale pani wyczuła interes i postanowiła nam go udostępnić. Jako że nie za bardzo miała sobie ochotę generować dodatkową robotę, optowała za tym, zeby wynająć nam go taniej, ale bez śniadań. Jako że śniadanie i tak wolimy sobie zrobić samemu, bez wahania na to poszliśmy. I to był bardzo dobry deal. Dom jest bliżej centrum (nie jakoś drastycznie, bo to miasto w ogóle do za dużych nie należy), jest miejsce parkingowe i przede wszystkim jest internet. Co prawda na jedym laptopie non-stop zrywa połączenie, ale drugi działa bez zarzutu. Do tego w pokoju jest łazienka (u pana Garego trzeba było zasuwać na korytarz) i za całość płacimy 35 funtów dzienne. No i tak sobie mieszkamy tam na razie. W pokoju stoją te nasze wszystkie wory, których cały czas nie rozpakowujemy, czekając na przeprowadzkę do finalnego mieszkania. Ja zacząłem chodzić do pracy, Aneta zaczęła szukać mieszkania, jakiejś sensownej pracy dla siebie i zapisała się na angielski. I tak sobie tu zaczęliśmy żyć.

środa, 9 września 2009

Siggraph Encore

Taki mały, szybki pościk z pracy.
Na http://encore.siggraph.org/ jest moja prezentacja! Trzeba wejść w rok 2009, wybrać 'Talks' i 'Real Fast Rendering' i tam na dole się wyświetla. Można posłuchać sobie jak dukam w przeglądarce (potrzebny QuickTime) albo za $9.99 zakupić plik i słuchać do woli w domu, w pracy i gdzie jeszcze popadnie.
edit: chyba jednak żeby wysluchać mojego dukania do końca trzeba kupić. Będę miał w końcu okazje do skorzystania z mojej nowej, angielskiej karty :)

wtorek, 8 września 2009

Cel - UK

No i pojechaliśmy. W piątek, 28 sierpnia bo wielu dniach przygotowań (jakiś 4) wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca - tj. do Wielkiej Brytanii, do Guildford, gdzie 1 września zacząłem pracować jako programista w Lionheadzie.
Lanos został wypchany po sam sufit (damn, telewizor już nie wszedł, musieliśmy go zostawić :-/ Żeby zaoszczędzić miejsca nie pakowliśmy się w torby tylko wrzuciliśmy rzeczy do wielkich foliowych worków. Wyszło ich jakieś 15. Wyglądało to dość komicznie, ale w sumie dało się jechać. Ruszyliśmy dopiero koło 11, bo i tak nie planowaliśmy zrobić tego odcinka na raz. Nocleg planowaliśmy gdzieś w Niemczech, ale jakoś tak jechałem i jechałem i w końcu wylądowaliśmy w Holandii. Trochę mieliśmy pietra zostawiać na noc samochód z całym naszym dobytkiem na noc na parkingu, ale na szczęście nic się nie stało. Następnego dnia dojechaliśmy do Dunkerque i przeprawiliśmy sie do Dover. Nie wiem czy kawałek 'Cliffs of Dover' (m.in. z Guitar Hero III) odnosi się do tego Dover, ale faktycznie białe klify wyglądają sympatycznie (Wikipedia mówi, że tak, w piosence chodzi właśnie o te klify). Zdjęć niestety nie mam - aparat został w samochodzie do którego jak się okazało nie można się dostać podczas rejsu.
Pierwszą jaką zobaczyliśmy po zjeździe z promu był znak "Drive on the left side". Tego w sumie obawiałem sie najbardziej. Ale okazało się, że nie jest tak źle. Do Guildford w ogóle było spoko bo jechało się autostradą, a tam w sumie stronność ruchu nie ma wielkiego znaczenia (w Polsce jeździ sie lewym bo na prawym są koleiny, więc tu jechałem tak samo i było dobrze). Schody zaczęły sie po dojechaniu na miejsce. Przede wszystkim dlatego że Brytyjczycy kochają ronda. Nie wiem za bardzo czemu, ale jest ich multum. Przy okazji zrozumiałem w końcu, czemu przy ruchu lewostronnym mają one większy sens. Bo, jak się okazuje, ruch jest lewostronny, ale pierwszeństwo ma osoba podjeżdżająca z prawej strony. Czyli przy wjeździe na rondo, pierwszeństwo mają ci którzy się na nim znajdują - bez potrzeby ustawiania 'Ustąp pierwszeństwa', jak ma to miejsce w reszcie świata. Jeździ się dziwnie. Nie jest to jakoś bardzo trudne, po prostu trzeba się trochę pilnować. Ale akurat jazdę po Guildford mogłem sobie poćwiczyć, bo jakoś nie zarezerwowaliśmy żadnego noclegu na miejscu i pierwsze 2 godziny naszego pobytu upłynęły pod znakiem szukania jakiegoś bed&breakfest w który mieliby wolne miejsca. W końcu się udało - u miłego starszego pana Garego. I pewnie jeszcze troche na ten temat napisze, ale jakoś strasznie chce mi sie już spać, i dzisiaj raczej już nie dam rady. Obiecuje pisać trochę regularniej żeby nie narobić sobie już takich zaległości...

Coś dla odmiany

Coś żeby rozbić te tony wspomnień.
Dostałem właśnie link od brata: http://www.widelec.pl/widelec/1,99763,6996493,Kino_w_bikini__czyli_co_by_bylo_gdyby_Darth_Vader.html

Ameryka, dni 19-21

Ojoj, trochę się nazbierało. Nie dość, że nie udało mi się skończyć opisywać wojaży po Stanach a do tego nazbierało się już materiału na kolejnych pare wpisów. No to do roboty...
Dzień 19 w Nowym Yorku zaczęliśmy od wizyty w Rockefeller Center. Na samej górze jest taras widokowy, a z niego genialne widoki na Nowy York - podobo dużo lepsze niż z, niby wyższego, Empire State Building. Wrażenie robi Central Park - prostokątny, idealnie wpasowany w siatkę ulic. Jak wrzuce (pewnie za pół roku ;-) zdjecia to będzie widac.
W miedzyczasie dowiedziałem się z przewodnika, że najlepsze na świecie bajgle (takie okrągłe bułki z dziurką) są właśnie w Nowym Yorku! Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji i ruszyliśmy w stronę jednej z wymienionych piekarni. Bajgle faktycznie niezłe, zupełnie nie przypominały tej zbitej masy jaką serwują w większości moteli. A wychodząc z piekarni Aneta dostrzegła kątem oka, że przy nabrzeżu (bo piekarnia była akurat przy rzece) stoi sobie lotniskowiec! To był USS Intrepid - lotniskowiec służący w latach ~40-70, aktualnie przerobiony na muzeum (nota bene, też występował w National Treasure!). Na pokładzie stoi sobie kilkanaście samolotów bojowych (m.in. Mig w polskich barwach; Blackbird - najszybszy samolot na świecie, którego bak przecieka kiedy startuje - uszczelnia się dopiero kiedy samolot się nagrzewa w wyniku tarcia i jeszcze pare innych), obok jest jeszcze udostępniona do zwiedzania łódź podwodna i Concorde - w środku dość ciasny i nie ma telewizorków, ale w sumie jak podróż przez Atlantyk trwa 3 godziny to i po co? Dowiedziałem się przy okazji, że Concordy latały na pułapie 20km i z tej wysokości można było już zobaczyć krzywiznę Ziemi.
Na koniec, już z Natalią i Jackiem, wybraliśmy się na zwiedzanie Chinatown, Little Italy i SoHo (które nazwę zawdzięcza położeniu - SOuth of HOuston - które akurat czyta się jak 'House' a nie jak nazwe miasta - weird). Chinatown jakoś bardzo nie zaskakuje. Co prawda na jednej ścianie znaleźliśmy reklame 'GTA Chinatown Wars', a nazwa McDonalds zapisana jest też po chińsku, to w porównaniu z chinatown z Londynu czy San Francisco jest w zasadzie mało chińskie. Jest troche orientalnych restauracyjek, gdzieś chyba nawet dostrzegłem charakterystyczne wędzone prosiaki na wystawie ale to w zasadzie tyle. Nie ma tony kolorych sklepików, chińczyków też w sumie nie za dużo. Ale może trafiliśmy o złej godzinie? Little Italy bardziej chyba zasługuje na swoją nazwę, choć na tiramisu trafiliśmy dość przeciętne.
Następny dzień zaczęliśmy od szybkiej wizyty w B&H. Największy na świecie supermarket ze sprzętem fotograficznym. I nie dość że największy to jeszcze zorganizowany w dość niezwykły sposób. Zakupy wyglądają tak że podchodzi się do pana za ladą i tłumaczy sie czego się szuka. Pan stuka coś w komputerku i to czego nie ma pod ręką po paru sekundach do niego przyjeżdza. Bo cały sklep opleciony jest pajęczyną taśmociągów po których w te i wewte jeżdzą sobie różne paczki. Jak już skończymy zamawiać, dostajemy od pana paragon z który idziemy, w zupełnie inne miejsce, do kasy. Tam płacimy, dostajemy kolejny paragon, z którym idziemy w jeszcze inne miejsce gdzie pan go skanuje i podaje nam gotową torebeczkę zawierającą wszystko co na początu zamówiliśmy. A to wszystko w otoczeniu ortodoksyjnych Żydów! 95% sprzedawców ma pejsy i czarne kapelusze! Naprawde, osobliwe zestawienie...
Dalej był Central Park. Niesamowite. W środku wielkiego miasta, otoczony przez gigantyczne wieżowce jest sobie całkiem spory las. Wpasowny w siatkę ulic, idealnie prostokątny. A w środku: zoo, jeziorka, teatr. Łażąc w kółko spędziliśmy całe przedpołudnie.
Jako, że na wieczór wymyśliśmy sobie Broadway, trzeba było się wybrać po bilety. Można je albo kupić przez internet (drogo) albo zdać się trochę na łut szczęścia i o 13 stanąć w kolejce pod schodami na Times Square. Jest tam taka budka, w której codziennie sprzedawane są bilety na spektakle odbywające się tego samego dnia - ze sporymi zniżkami, czasami do 70%. Oczywiście, jak dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ja jeden wpadłem na pomysł żeby przyjść wcześniej. W kolejce spędziłem godzinę, przeklinając na czym świat stoi. Ale w końcu się udało - kupiliśmy bilety na 'Upiora w operze'. Spektakl zaczynał się o 20 więc mieliśmy trochę czasu. Postanowiliśmy wybrać się na Brooklyn zobaczyć Greenpoint - dzielnicę zamieszkiwaną głównie przez Polaków.
Greenpoint wygląda... hmmm... ciekawie. Niska zabudowa, dość biednie (Bronx na zdjęciach Jacka wygląda dość podobnie). A do tego wszędzie napisy po polsku, w kioskach polskie gazety, a w spożywczym zupki Winiary. Na ulicy ludzi nie ma za dużo, a jak jacyś są to rozmawiają głównie po polsku. Całość sprawia bardzo smutne wrażnie. Bardzo dołujący był McDonald's do którego na moment wpadliśmy (jedyne miejsce gdzie NA PEWNO będzie toaleta...). W środku siedziała grupka starszych ludzi - tak w wieku 65-75 lat - niektóry z kubkiem kawy, inni bez. Siedzieli i rozmawiali ze sobą po polsku, wszyscy ze spuszczonymi nosami. Zrobiło mi się tych ludzi strasznie, ale to straszni szkoda. Musi być smutno spędzać emeryturę w McDonaldsie na Brooklynie...
No a wieczorem był 'Upiór'. Przyznam się bez bicia, w teatrze raczej nie bywam w każdy weekend. Tak po prawdzie, to w ciągu ostatnich 10 lat w teatrze może byłem 2 razy, z czego raz to chyba jeszcze w liceum. I może od tego czasu teatr uległ jakiejś magicznej transformacji, ale jakoś nie sądzę. W każdym razie teatr na Broadwayu kosi przysłowiowy zwieracz. Nic dziwnego, że walą tam tłumy. Muzyka w wykonaniu orkiestry, wyjechane dekoracje (pod koniec pierwszego aktu na scene spada żyrandol, w pewnym momencie na scene wjeżdzają wielkie schody), oświetlenie, efekty (mgły, pirotechnika). O aktorstwie się nie wypowiadam bo się na tym nie znam (nie żebym się znał na wcześniejszych rzeczach...) ale pewnie też było niezłe. Gdyby tak wyglądał teatr u nas to chyba byłbym w nim częstszym gościem.
Następnego dnia trzeba było trzeba już wracać. Rano spotkaliśmy się jeszcze z Jackiem i Natalią na śniadaniu a potem ruszyliśmy na lotnisko. W tym czasie nad Nowy York nadciągał huragan Bill ale na szczęście nie przeszkodziło nam to odlecieć. Powrót odbył się bez większych niespodzianek. Krąży taka powszechna opinia że jetlag przy lotach na wschód dokucza bardziej ale po raz kolejny jakoś tego nie doświadczyłem. Ale i tak przez kolejnych pare dni spałem po 12 godzin dziennie. Musiałem odespać jakoś te wakacje...