No i miałem pisać częściej i oczywiście nic z tego nie wyszło.
Ale poczucie winy gryzie mnie już do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić czas lunchu w pracy i coś skrobnąć.
Ostatnio skończyło się na tym, że w środku nocy wylądowaliśmy u pana Garego. Pan Gary prowadzi Bed&Breakfest z żoną ale jej akurat nie było. Zchargował nas 25 quidów (tak się tu mówi na funty :) za noc za osobę, ale jako miał wolne tylko na 3 dni, następnego dnia musieliśmy zacząć się rozglądać za czymś innym. I w sumie dobrze wyszło, bo choć pan Gary codziennie przygotowywał i podawał nam śniadanie własnoręcznie, to jego cena okazała się być wcale nie tak przystępna jak próbował nam to wcisnąć. Więc w informacji turystycznej zdobyliśmy katalog z bed&breakfestami w Guildford i zaczęliśmy szukać. I zupełnie nieźle poszło, bo już chyba w drugim się udało. Pani co prawda nie miała u siebie miejsc, ale okazało się że przez najbliższy miesiąc zajmuje się też b&b siostry. Tam miejsca troche było, ale jak wyjaśniliśmy jej naszą aktualna sytuacje to zaproponowała nam trochę inne rozwiązanie. W tym drugim domu był wolny pokój na poddaszu. Nie był to typowy pokój b&b, wiec nikt go zarezerwowanego nie miał, ale pani wyczuła interes i postanowiła nam go udostępnić. Jako że nie za bardzo miała sobie ochotę generować dodatkową robotę, optowała za tym, zeby wynająć nam go taniej, ale bez śniadań. Jako że śniadanie i tak wolimy sobie zrobić samemu, bez wahania na to poszliśmy. I to był bardzo dobry deal. Dom jest bliżej centrum (nie jakoś drastycznie, bo to miasto w ogóle do za dużych nie należy), jest miejsce parkingowe i przede wszystkim jest internet. Co prawda na jedym laptopie non-stop zrywa połączenie, ale drugi działa bez zarzutu. Do tego w pokoju jest łazienka (u pana Garego trzeba było zasuwać na korytarz) i za całość płacimy 35 funtów dzienne. No i tak sobie mieszkamy tam na razie. W pokoju stoją te nasze wszystkie wory, których cały czas nie rozpakowujemy, czekając na przeprowadzkę do finalnego mieszkania. Ja zacząłem chodzić do pracy, Aneta zaczęła szukać mieszkania, jakiejś sensownej pracy dla siebie i zapisała się na angielski. I tak sobie tu zaczęliśmy żyć.
czwartek, 24 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
No musisz się gdzieś dobrze ulokować, bo przecież będziemy Cię wszyscy odwiedzać i szkoda nam będzie kasy na B&B :)
OdpowiedzUsuńWiesz, duży TV i miejsce na perkusję musi być ;-)
OdpowiedzUsuńNo i miejsce na kuchenkę elektryczną i frytkownicę, którą ze sobą przywieziemy :-)
OdpowiedzUsuńTak tak tak.
OdpowiedzUsuń:) Gratulacje.
OdpowiedzUsuń