UK jest trochę dziwne. Dziwne trochę inaczej niż np. USA. (kurde, przestraszyłem się, właśnie zawył alarm pożarowy - wyje w każdy czwartek w porze obiadu - jak mówi ulotka: żeby go przetestować i przyzwyczaić do niego ludzi :) W Stanach wszystko jest zrobione pod ludzi - maksymalnie proste, wręcz idioto-odporne. Tutaj podobno też, ale jakos przez zeszły miesiąc tego nie doświadczyłem. Jak przyjeżdża się tu do pracy to trzeba załatwić masę formalności, ale w zasadzie mało kto wie jakich. Jednyną opcją jest przeszukać sporo stron w sieci, spisać rzeczy które trzeba zrobić i mieć nadzieję że o niczym się nie zapomniało.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.
czwartek, 24 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Doskonale podprowadzona pointa :-)
OdpowiedzUsuńA oprócz podwójnych kranów, to jeszcze wlicz obowiązkowe włochate wykładziny, żeby nie stukać sąsiadom, przedziwne okna, rury na zewnętrznych ścianach i drzwi przeciwpożarowe. Ale z drugiej strony, rządzili tyle lat światem, że musi w tym wszystkim być jakiś sens.
No i whisky mają spoko.
Ja to myślę, że powinieneś celować w ten dworek.
OdpowiedzUsuńDzięki wielkie za tę relację. Co prawda bardziej już nie mogę nie chcieć emigrować do UK, ale przynajmniej nie ostygnie moja niechęć. :)
OdpowiedzUsuńKurde, no nie zdążyłem, ktoś mi dworek sprzątnął sprzed nosa...
OdpowiedzUsuńNo ja place 1000 dolcow za 35m2 wiec nie narzekaj :)
OdpowiedzUsuń-bart
Google says: 850 GBP = 1350 $, a to mieszkanko na które się właśnie czaimy to więcej niż 35 metrów też nie ma :-/ niestety
OdpowiedzUsuńPfft. Ja place 5000...
OdpowiedzUsuń(sek :)