czwartek, 24 września 2009

Trochę o pracy

Jako że dojazd do UK'a i pierwsze dni już opisałem, to teraz będzie trochę ogólnie. Może najpierw o pracy. Oczywiście za dużo nie mogę napisać bo będę musiał oddać nerkę i prawe płuco, ale może za trochę ogólników nikt mnie ścigać nie będzie. Lionhead jest częścią Microsoftu. Niby ma swoją nazwę, swoich szefów, ale tak de facto wszyscy tutaj podlegają pod Steve'a Ballmera. Maile są w domenie microsoft.com (jak ktoś ma ochotę napisać do mnie to trzeba na miciwan w tej domenie) Jako że wszyscy jesteśmy tu jedną wielką rodziną, trzeba w związku z tym przejść on-linowe szkolenie z tego jak należy się zachowywać w stosunku do współpracowników, jak należy dbać o bezpieczeństwo i tak dalej. Trzeba wyznaczać sobie oficjalne cele na kolejne lata pracy i się z nich przed sobą rozliczać. I jeszcze troche takich różnych rzeczy. No ale nic, takie życie :) Z drugiej strony bardzo dużo korzyści płynie z infrastruktury microsoftu. Widać te tony pieniędzy pompowane w to żeby wszystko sprawnie działało. Na kompie wszystko dzieje się automatycznie. Włączyłem pierwszy raz Outlooka - a on coś pomrugał, kliknąłem 'Next', po czym moje konto skonfigurowało się samo, zostałem dodany do różnych grup mailowych, dostałem poradnik nowego pracownika. Jak zacznę chodzić po wewnętrznych stronach to też wszędzie mnie poznaje, wie do czego powinienem mieć dostęp, wyświeta mi jakieś szkolenia w których mogę wziąć udział. Jest sklepik firmowy w którym produkty Microsoftu są dostępne po znacznie obniżonych cenach (poza sprzętem, ten kosztuje tyle co w sklepie) i takie tam duperele. Są soft drinki, ciastka, owoce a mała kantynka na dole jest dotowane, dzięki czemu obiad którym się najadam kosztuje mniej więcej tyle ile u fryzjera.
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...

5 komentarzy:

  1. No proszę, 10-18 to standard, który tutaj nam się powoli ustawia - znaczy coraz więcej ludzi przychodzi bliżej 10 niż 9. Ja na pewno, ale powoli zastanawiam się na jakąś drugą zmianą (np. 14-22, bo nie mogę pracować w hałasie, a jak bym nie kombinował, to zawsze ktoś hałasuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widok z okna mi się podoba. Nawet mam go na pulpicie chwilowo ;-).

    OdpowiedzUsuń
  3. A u nas nikt nerki nie stracił mimo wycieku...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale sznycla z jajkiem to tam nie zjesz...

    OdpowiedzUsuń
  5. 10-18 bleeeee, jakie nieludzkie godziny pracy ;). Praca-wieczór-spanie-praca-wieczór-spanie... Ile masz urlopu? :)

    OdpowiedzUsuń