Właściwie to miałem już iść spać bo średnio się czuje (to jest troche słabe w brytyjskiej pogodzie - jest strasznie zmienna, dzięki czemu już trzeci raz podczas naszego pobytu tutaj jestem chory) ale w telewizji leci tu reklama Sony z bardzo fajnym coverem 'Sweet child o' mine'. I tak mi się ten cover spodobał że zacząłem go szukać w sieci. A że go znalazłem to chciałem się nim ze wszystkimi podzielić. Trzeba wejsc tutaj http://www.takenbytrees.com/music/ i kliknac na 'Sweet child o' mine'.
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...
czwartek, 19 listopada 2009
niedziela, 15 listopada 2009
Testosteron
No to teraz jestem dopiero męski! Testosteron wylewa się normalnie wszystkimi otworami w moim ciele. Ktoś może zapytać: a to czemu? A właśnie wymieniłem w Lanosie szczęki hamulcowe :) I do tego samochód jeździ i hamuje!
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...
czwartek, 12 listopada 2009
Szybki poscik
Wiem, wiem znowu nie pisze. Mam troche zakiszonego tekstu, ale musze go dokończyć zanim będzie się nadawał do publikacji. Tymczasem rano natknąłem sie w RSSach na coś superfajnego i postanowiłem sie podzielić znaleziskiem:
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam
poniedziałek, 2 listopada 2009
Okolica
Od jakiegoś czasu zbierałem się żeby napisać trochę o okolicy - bo w sumie jest dość ładna. Czekałem z tym aż będziemy mieli dostęp do internetu bo przecież nie będę pisał o okolicy bez zdjęć bo to trochę bez sensu. Ale że zdjęcia parę dni temu wrzuciłem (http://picasaweb.google.com/harrier3/UK#)to mogę w końcu napisać co na nich jest.
Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.
Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.
Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!
W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.
W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)
W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...
Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.
Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.
Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!
W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.
W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)
W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...
Subskrybuj:
Posty (Atom)