A zapomniałem.. Dzisiaj zdarzyła mi się ciekawa rzecz. Rano, jak co dzień, poszedłem do samochodu. Jako że nocy było troche zimnawo, wszystkie szyby były oszronione. Wsiadłem więc do środka, odpaliłem silnik, włączyłem duchawę i poszedłem skrobać szyby. Po chwili skończyłem, wracam do drzwi kierowcy a te zamknięte... Kluczyki w stacyjce, silnik chodzi a drzwi zamknięte. Od razu zaznaczę że drzwi kierowcy nie da się zamknąć od środka a następnie zatrzasnąć. Do tego nasz Lanos nie ma centralnego zamka, więc jakies zabłąkane w powietrzu polecenie od innych kluczyków raczej też nie wchodzi w rachubę. Dobrze że w domu mieliśmy drugi komplet, bo inaczej byłaby buba... Pewnie normalnie zrzuciłbym to na jakiś prozaiczny problem z zamkiem, ale z drugiej strony wczoraj oglądałem „Egzorcystę”...
I znowu pada śnieg i wszyscy w biurze się cieszą jak dzieci :)
czwartek, 17 grudnia 2009
Trochę marudzenia...
Hmm... Dzisiaj będzie trochę marudzenia...
Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...
Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...
środa, 16 grudnia 2009
JEDZENIE
Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)