Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)
środa, 16 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
No Warszawa to też nie jest piekarskie zagłębie, niestety. Znaczy pieczywo, to ogólnie dostępne (np. obrzydliwe kajzerki) jest słabe. Generalnie jest to zawsze loteria i jak się trafi coś fajnego, to zawsze daleko i nie chce się jechać.
OdpowiedzUsuńRozważałem pieczenie własnego chleba, ale ja jestem leniwy i w kuchni nie daję rady, więc jeśli już, to kupię maszynę. Ale nie mam na nią miejsca, więc pozostanie na razie w sferze marzeń.
Ech, nie ma jak bułka społemowska w Rzeszowie.
Michał za smak angielskiego chleba nie odpowiada głównie ichniejsza mąka? Bo jeżeli tak to i Twoim wypiekom nie wróże dobrze ;).
OdpowiedzUsuńCo do zimy to w Łodzi też kilka płatków spadło i jedyne co zimowe to temperatura, więc nie tylko "Angliki" są biedne ;).
To nie tyle mąka co sposób w jaki oni robią chleb. Tutaj nie piecze się z mąki żytniej tylko pszennej (u nas taki normalny chleb jest mieszany, pszenno-żytni) i wszystko robi się na drożdżach (a nie na zakwasie). W rezultacie chleb tutaj przypomina raczej chleb tostowy niż normalne pieczywo...
OdpowiedzUsuńA właśnie - to może sobie go tostuj i będzie lepiej?
OdpowiedzUsuńSwoją drogą - taką wagą da się zmierzyć też takie ilości, jak np. łyżka czegoś?
No samą wagą nie, ale uzbrojony zarówno w miarkę jak i w wagę mam pokryte wszystkie mozliwości :)
OdpowiedzUsuńJa mieszkając na peryferiach W-wy, mam np. blisko do Radzymina. No i w jednym z osiedlowych sklepików jest chleb radzymiński - na wagę sprzedawany i absolutem smakujący. Zmierzam do tego że w W-wie da się kupić dobre pieczywo, tyle że nie w centrum.
OdpowiedzUsuńAha, a dziś śniegu tyle spadło że jechałem do pracy pięć razy dłużej niż wczoraj (serio - wczoraj 10 min. jechałem). I jest ślicznie. Zimno nawet też.
To tak: śniegu w Polsce mamy już absolutnie dość, możesz go sobie tam zabrać jak chcesz... A co do technicznego bełkotu, to dawaj go :)
OdpowiedzUsuń