Dzisiaj prawie kupiliśmy samochód. Prawie, bo jednak okazało się, że legendarna łatwość i wygoda kupowania auta w Stanach jest owszem legendą ale jedynie urbana.
Samochód to w ogóle kupujemy już od jakiegoś czasu. Na początku miało być BMW Z4, kabriolet, bo to w końcu Kalifornia, chyba jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie posiadanie pojazdu bez dachu ma jakikolwiek sens. Póżniej doszliśmy jednak do wniosku, że jako pierwszy, i póki co jedyny samochód, warto mieć coś do czego wejdą więcej niż 2 osoby a do bagażnika zmieści się coś więcej niż damska torebka.
Drugą koncepcją był jakiś SUV - najchętniej Nissan Murano. Kilkuletni, bo nowy to wydatek rzędu 30-kilku tysięcy dolców, a troche szkoda nam było pakować taką kasę w samochód. Tyle, że jakoś nic co by nam sie podobało i było w akceptowalnym zakresie cenowym nie było. Do tego zaczeliśmy się zastanawiać, czy nie będzie z tym więcej problemów niż pożytku - samochody tutaj są zazwyczaj dosyć mocno zajeżdżone (roczny samochód ma zazwyczaj koło 40 tys. km na liczniku) a serwis jest dość drogi. Zaczęliśmy się wiec zastanawiać czy nie warto kupić jakiegoś niedrogiego, ale za to nowego samochodu.
Na początku myśleliśmy o Toyocie Corolli - ale opinie o niej nie były zbyt rewelacyjne, więc rozglądaliśmy się dalej. Przez moment na celowniku była Mazda 3, ale jak się nią przejechaliśmy to nam przeszło. Samochód z dwulitrowym silnikiem, 150KM a zbierał się zdecydowanie słabiej niż Lanos.
Kolejnym wyborem był Hyundai Elantra. W 2011 roku zmienili mu trochę kształt, wsadzili poduszki powietrzne we wszystkie możliwe miejsca a do tego w standardowej wersji ma klimatyzację i wszystko elektryczne - a np. wspomniana już Toyota każe sobie za takie luksusy dopłacać.
Pojechalimy sobie na jazdę próbną i było całkiem fajnie. Mimo, że silnik Elantra ma bardzo podobny do tej Mazdy to jeździło się nią zdecydowanie fajniej. A poniważ, jak wiadomo, "czerwone jeżdżą szybciej" nie było mowy o innym kolorze.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się nasza tragikomedia.
Zaraz po wspomnianej jeździe próbnej, pan sprzedawca zaczął nam wyliczać ile za samochód przyjdzie nam zapłacić. Na razie czysto teoretycznie, bo w tym momecie w ogóle nie byliśmy przygotowani do kupna.
Okazuje się, że totalną naiwnością jest liczenie na to, że skoro na stronie w internecie skonfigurowaliśmy sobie samochód za, przypuśćmy niecałe $18k to tyle przyjdzie nam za niego zapłacić. Oczywiście pomijam tu takie drobiazgi jak podatek - tutaj 10%, jakieś koszty przewozu samochodu od producenta - za cholere nie wiem czemu mam za to płacić $800, ale ok, co kraj to obyczaj - rejestracje i takie tam pierdoły - w sumie jakieś $3k. Najciekawsze jest jednak to, że w Ameryce, kolebce kapitalizmu, samochód kupuje się go tak jak u nas, nie przymierzając, paprykarz szczeciński. Bierze się to co jest na stanie, płaci tyle ile tam wyliczą, a jak się nie podoba to "następny proszę". Wymyśliłeś sobie wersję z klimatyzacją, ale bez radia sterowanego głosem? Zapomnij, takie nie przychodzą. A jak przypadkiem przyjdą to na pewno będą miały alufelgi. Szczytem absurdu, był fakt, że jeden dealer wszystkie samochody jakie zamawia, zamawia z alarmem i jak chcesz kupić u niego samochód, to nie ma zmiłuj, to za alarm będziesz i tak musiał zapłacić choćbyś i bardzo go nie chciał (a my akurat bardzo nie chcemy). Można naiwnie pomyśleć, że przecież na pewno da się zamówić dokładnie taki model jak sobie wymarzymy! I może nawet z ręczną skrzynią biegów (WTF? ręczną? co ja bredzę? tak, tak, chcieliśmy ręczną)! Ale co się okazuje? W tym raju na ziemi nie zamawia się samochódów - kupuje sie to co jest na stanie albo czeka aż dealer dostanie taki model jaki chcemy. A kiedy dostanie? A tego nie wie nawet sam sprzedawca, bo jemu Hyundai co tydzień przysyła jakieś samochody i tyle - za każdym razem jest niespodzianka. Znakomicie.
Ale nie traciliśmy ducha. Obdzwoniliśmy kilku dealerów w okolicy, popytaliśmy. Okazało się, że na ręczną skrzynie to nie ma co liczyć bo ten model nie przeszedł jakiś testów emisji spalin dopuszczających samochód do rejestracji w Kalifornii (myślałem, że skoro samochód na ręcznej skrzyni pali mniej to chyba też powinien emitować mniej spalin, ale widać, może jak samemu zmienia się biegi to spaliny są bardziej skoncentrowane.. nie wiem, ja sie na tym nie znam...), a w ogóle to Elantry schodzą jak ciepłe bułeczki.
W jednym salonie, bardzo miły pan z akcentem z farmerskiego południa, zapewniał nas, że czerwonej Elantry co prawda nie ma, ale jak wpadniemy to on nam ją od ręki sprowadzi od innego dealera.
No to pojechaliśmy. Oczywiście na rowerku, bo do salonu była jedynie godzinka jazdy.
Ja w ogóle od samego rana byłem nastawiony, że ten samochód dzisiaj kupimy. Bo do jakiegoś sensownego kina mamy kawałek a chciałem obejrzeć "Super 8" albo nowych Xmenów. Niestety, produkcje lokalnej kinematografii będą musiały jeszcze chwilę poczekać.
W salonie zaczęło się od tego, że ów miły pan próbował nam wcisnąć Accenta zamiast Elantry - bo wiecie, jest czerowony, owszem może trochę mniejszy ale też fajny i w ogóle. Po naszej dość zdecydowanej odmowie przeszedł do wciskania nam Elantry, ale czarnej i oczywiście z toną nikomu niepotrzebnego badziewia. Do pomysłu ściągniecia nam czerwonej nie był już tak entuzjastycznie nastawiony jak przez telefon. W końcu zrobił łaskę i poszedł sprawdzić skąd może ją sprowadzić. Okazało się, że w okolicy są dwie. Oczywiście też nie w wersji podstawowej, ale już, niech będzie, stwierdziliśmy, że możemy zapłacić więcej, byle już była. Ale pan był ewidentnie zaprawionym w bojach sprzedawcą, bo nie dał za wygraną - stwierdził, że on nam tą czerwoną oczywiście zaraz sprowadzi, ale może jednak weźmiemy tą czarną, bo on nam da na nią super deal, a jak sprowadzi czerwoną to już będzie cena ostateczna.
Hmm, zaczęło się robić interesująco. Myśleliśmy, że jakieś zbijanie ceny i tak będzie no ale dobrze, postanowiliśmy pogadać z panem o jego super dealu.
Jak powiedział ile nam może opuścić, to opadła mi szczęka. Bo ile można ugrać z ceny auta u dealera? 7%? 5%? No okazuje się, że nie. Tą super oferta którą pan nam zaproponował było opuszczenie ceny o 300 dolarów amerykańskich, czyli jak mówi kalkulator 1.5% sumy. Powinno nam to trochę dać do myślenia, ale jakoś nie dało.
Niesamowita oferta pana Willa jakoś nas nie przekonała, więc poprosiliśmy go o ściągniecie jednego z czerwonych aut. Koleś poszedł na zaplecze, a po pięciu minutach wrócił i stwierdził że się nie da, bo jeden egzemplarz już jest sprzedany a na drugi wpłacono właśnie zaliczkę. Jedyne co może dla nas zrobić, to wziąc depozyt i jak tylko przyjdzie do nich takie auto jak chcemy to będziemy pierwsi w kolejce. Oczywiście kiedy przyjdzie nie wiadomo. Może w tym tygodniu, może w przyszłym a może za miesiąc. Trzeba czekać, kiedyś przyjdzie.
Ponieważ bardzo chciałem zobaczyć ten "Super 8" zaczęliśmy się przyglądać temu czarnemu. Też nie był brzydki. W końcu, po naradzie stwierdziliśmy, że go weźmiemy - bo przecież w końcu będziemy mieli super deal!
Powiedzieliśmy panu Willowi, że owszem weźmiemy ten czarny, ale niech opuści trochę więcej. Oczywiście zaczął lamentować, że przecież on to auto sprzedaje niemal po kosztach (pokazywał nawet tablekę, w której jak byk stało, że on za ten samochód płaci raptem $500 mniej niż my) i że jednak nic nam nie może opuścić no ale pogada z managerem. Wyszedł, nie było go pięć minut, a jak wrócił to się dowiedzieliśmy, że więcej niż $100 nie opuści (tak, słownie "sto dolarów", żeby była skala odniesienia: za siłownie płacę miesięcznie $70). Ja już trochę miałem dosyć wieć stwierdziliśmy, niech opuszczą 150 i będzie ok - samochód miał kosztować $19150, to akurat wyszła by równa kwota. Will znowu poszedł do managera, znowu nie było go pięć minut ale tym razem wrócił już ze swoim szefem. I oczywiście znowu musieliśmy słuchać o tym jak to oni nic na tym nie zarabiają prawie, że na Elantrach to zarabiają na ilości sprzedanych a nie na cenie, ale że warto bo jest tyle extrasów, i że bak jest pełny, i że mają pierwszą wymianę oleju za darmo, i że jak gdzieś bedziemy lecieć (dealer jest zaraz obok lotniska) to samochód u nich kupiony można u nich zaparkować i oni podrzucają i odbierają z lotniska (to faktycznie fajna sprawa).
Stwierdziliśmy, że dobra, kit, damy te $19050, choć miałem nieodparte wrażenie, że ktoś próbuje mi coś wpychać w odbyt.
Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Panowie z salonu bo sprzedają auto, my, że widać światełko w tunelu, w końcu siedzieliśmy tam już od ponad półtorej godziny. Ale jak się później okazało mieliśmy jeszcze trochę posiedzieć.
Przeszliśmy teraz do kwestii płatności. Tutaj słowem-klucz jest "downpayment". Chodzi o to, że w Stanach chyba nikt niczego większego nie kupuje za gotówkę. Absolutnie wszystko jest na raty. Nikt nie myśli w kategoriach "ile coś kosztuje" tylko "ile za to będzie trzeba miesięcznie płacić" - i to do tego stopnia, że jak zaczyna się miesięczną ratę mnożyć przez okres kredytowania to patrzą na ciebie jak na kosmitę (choć może są jedynie pod wrażeniem, że tą skomplikowaną operację wykonujesz z wykorzystaniem jedynie kartki papieru i długopisu). Ów "downpayment" jest kwotą jaką wykłada się na początku z portfela i ma ona wpływ na to czy kredyt się dostanie i jak będzie on oprocentowany. My jesteśmy w dość nieszczęśliwej sytuacji, bo nie mamy żadnej historii kredytowej w Stanach. A mówi się, że tutaj lepiej historię kredytową mieć złą niż nie mieć jej w ogóle. Więc, mimo, że ten samochód bylibyśmy w stanie kupić za gotówkę postanowiliśmy wziąć go trochę na kredyt - żeby coś tam o nas w papierach zostało.
Na pytanie Willa o downpayment rzuciliśmy "sixteen", co zostało skwitowane jedynie głupim uśmieszkiem i komentarzem "sixteen hundred?" (bo, wbrew temu co próbuje się nam wmówić na lekcjach angielskiego, wartości typu 1600 to raczej sixteen hundred a nie one thousand six hundred) - ale jak powiedzieliśmy, że jednak chodzi nam o szesnaście tysięcy to Will zrobił już tylko wielkie oczy i po raz kolejny poszedł skonsultować się ze swoim managerem. Po standardowych pięciu minutach wrócił i stwierdził, że, uwaga: nie możemy zrobić takiego dużego downpaymentu bo bank nam nie da takiego małego kredytu - musimy wziąć większy. Wytłumaczyliśmy jednak panu jak wygląda sytuacja, że jesteśmy w nowi w kraju, nie mamy historii kredytowej itp i że możemy w sumie pokombinować i kupić go za gotówkę. Pan Will znów poszedł naradzić się ze swoim szefem ale kiedy wrócił dowiedzieliśmy się, że jak jesteśmu tutaj od niedawna to jednak bank łaskawie weźmie 16k downpaymentu i łaskawie da nam te $5k w kredycie na 2 lata.
Tylko, oczywiście będzie trzeba zrobić normalny credit check, ale to tylko formalność. A jak formalność to trzeba wypełnić milion papierków!
Oj, czego w tych formularzach nie było. Miejsca zamieszkania z 5 ostatnich lat, pracodawcy, jakieś osobiste referencje do przyjaciół (wtf? 4 lata temu braliśmy trochę więcej kredytu na mieszkanie i jakoś nikt nas nie pytał z kim gramy w Guitar Hero). No i oczywiście mój ulubiony Social Security Number którego nigdy nie pamiętam. Na szczęscie okazało się, że miałem go gdzieś na gmailu. I już po 2.5 godziny miły dyrektor finansowy z uśmiechem na ustach oznajmił, że wysyła do systemu nasz credit check.
Wysłał, a pięć minut później oznajmił, że jednak dostaliśmy odmowę. Odmowę cholernych 5 tysięcych dolarów kredytu którego nawet nie potrzebowaliśmy. Ale, że nie musimy się martwić, że tutaj wszystko jest w papierach znakomicie, że mam dobrą pracę, dobrze zarabiam i to tylko dlatego, że zrobił to automatyczny system i on tam zadzwoni i nie będzie problemu. A nawet jakby nie daj Boże był, to na 100% dostaniemy ten kredyt w innym banku. No dobrze, poprosiliśmy żeby do nich zadzwonił i pogadał z kimś żywym. No niestety się nie da :-) bo jest sobota, po południu. W banku o tej porze nikt nie pracuje. Trzeba czekać do poniedziałku. Albo możemy się zdecydować na ten inny bank, ale wtedy oprocentowanie nie będzie 2.9% tylko raczej 11%. No kuźwa. Ja rozumiem, że przy tej kwocie pożyczki to nie będzie duża różnica, ale do cholery mam już dość płacenia extra na każdym kroku.
W tym momencie byliśmy już na granicy naszej wytrzymałości nerwowej. Powiedzieliśmy jednak, że ok, niech będzie. No i wtedy się okazało, że potrzebujemy jeszcze zaświadczenia o zarobkach z kilku ostatnich miesięcy i jakiś rachunków z miejsca zamieszkania i wtedy, niech będzie, dadzą nam nawet samochód od ręki. Ja się oczywiście wsciekłem, bo w końcu mogli o tym wspomnieć 2 godziny wcześniej, ale Aneta mnie dzielnie uspokajała.
Pan zaczął wypełniać w komputerku swoje formularze, wpisał moje dane, zaczynamy dyktować dane Anety. A pan na nas patrzy i stwierdza "hmm, ale jak chcecie mieć samochód zarejestrowany na was oboje to to będzie bardziej skomplikowane i musi zaczekać do poniedziałku.
KURWA MAĆ.
Tutaj już nie wytrzymałem. Nawrzucałem im troche, że to wszystko to jakaś farsa i czy w końcu oni nam robią łachę, że nam to auto sprzedają. Pan dyrektor finansowy nagle przestał być miły i usłyszeliśmy, że przecież jak chcemy to nie nikt nam kredytu brać nie każe i możemy kupić ten samochód za gotówkę. Tak, kurwa, możemy, ale nie zasłużyliście. Siedzieliśmy tam 3 godziny, chcieliśmy zostawić wam, bądź co bądź całkiem sporą kasę, a nikt nawet nie zaproponował nam głupiej wody.
No to trzasnęliśmy drzwiami i wyszliśmy :)
niedziela, 19 czerwca 2011
niedziela, 22 maja 2011
O amerykańskim prawie jazdy
Długo nic nie było, ale to dlatego że nie działo się nic o czym warto było pisać. Ale teraz jest! W zeszłym tygodniu stałem się pełnoprawnym rezydentem Kalifornii - dostałem lokalne prawo jazdy (Aneta zresztą też, nawet wcześniej ode mnie).
Zasadniczo jest tak, że jak się tu przyjeżdża na trochę to można jeździć na dowolnym prawku z całego świata. Dlatego kiedy chce się wynająć samochód to nie ma żadnego problemu - pani w Hertzu z uśmiechem zapyta która pozycja na kartoniku to numer prawa jazdy, strasznie się zdziwi jak jej powiemy, że polskie prawo jazdy nie ma terminu ważności - ale już chwile później możemy pędzić Mustangiem po amerykańskiej autostradzie (albo jak to bywa w moim przypadku - Chevroletem Aveo).
Kiedy natomiast się tu przeprowadzamy, to żeby jeździć, w ciągu trzech tygodni należy postarać się o prawo jazdy lokalne. Oczywiście, jak prawdziwy Polak, nie zamierzałem się przejmować takimi pierdołami i jak trzeba było coś załatawić to wynajmowałem auto na polskie.
I pewnie robiłbym tak dalej gdyby nie okazało się, że kupić samochodu to już niestety bez kalifornijskiego papierka się nie da. No dobra, kupić to może się da, ale już ubezpieczyć to nie bardzo, a bez ubezpieczenia nie wyjedzie się od dealera (zresztą ja i tak nie jestem hardcorem i bez ubezpieczenia bym nie jeździł).
Chcąc nie chcąć trzeba było to prawko zrobić. Obcokrajowcy posiadający dokument ze swojego kraju nie muszą na szczęscie chodzić na kurs, ale egzamin trzeba normalnie zdać (ale jak ktoś się przeprowadza z innego stanu to już dostaje lokalne prawko bez niczego).
Cała procedura zaczyna się od wizyty w DMV - Department of Motor Vehicles. Na tą instytucję klną absolutnie wszyscy - głównie z powodu czasu oczekiwania. Jak wejdzie sie z ulicy to należy się przygotować na spedzenie co najmniej 40 minut czakając aż wywołają nasz numerek. Potem już jest z górki - pani daje nam papierki do wypełnienia i książeczke z przepisami ruchu (oczywiście z Arnoldem na pierwszej stronie).
Jak przystało na Amerykę, przepisy drogowe jest w stanie zrozumieć średnio inteligentny szympans. Znaków jest może ze 20 a do tego 90% z nich oprócz piktogramów ma pod spodem słowny opis. Właściwie jedyną wartą zapamiętania rzeczą są wszystkie występujące w książeczce liczby - jakieś ograniczenia prędkości, dopuszczalne ładowności i odległości w jakich można stawać od hydrantu. Wszystko inne jest tak oczywiste, że szkoda czasu na czytanie (jak ktoś chciałby się przekonać osobiście to książeczka jest dostępna tutaj: http://dmv.ca.gov/pubs/pubs.htm)
Jak już wyklepiemy się tego na blachę (co zajmuje może ze 2 wieczory) idziemy zdać test teoretyczny. Odczekujemy swoje w kolejce, płacimy w kasie 31 dolców, od razu przy okienku przechodzimy test wzroku (pani ma za sobą te standardowe plansze z literkami), robią nam zdjęcie (oczywiście mam kolejne do swojej kolekcji "Iwanicki - poszukiwany żywy lub martwy") i możemy zdawać test teoretyczny.
Jeśli pamiętamy potrzebne cyferki to trzeba się mocno starać żeby tego testu nie zdać. Pytania są absolutnie przegłupie. Moimi faworytami są "czy znak obok (obok narysowany znak z napisem "shoulder work ahead") oznacza roboty drogowe, objazd czy konieczność zmiany pasa" i "kiedy możemy objechać szlabany przy torach kolejowych". Do tego na 40 pytań można zrobić 6 błedów. Sam test zdajemy metodą tradycyjną - dostajemy kartkę z pytaniami, ołówek i możemy sobie stanąć w takiej budce, w stylu tych z lokali wyborczych. Jak już sobie zakreślimy wszystkie odpowiedzi, pani nam to od ręki sprawdzi (oczywiście nie bawi się w czytanie pytań - do każdego zestawu ma odpowiedni szablon który po prostu przykłada do naszych odpowiedzi) i wyda tymczasowe prawo jazdy z którym musimy wybrać się na test za kierownicą.
Tego już od ręki załatwić się nie da. Trzeba zadzwonić i się umówić. Czasy oczekiwania bywają różne - od paru dni do paru tygodni. Czasem jednak jakieś terminy się zwalniają i można wciasnąć sie na egzamin wcześniej. Jedyny problem polega na tym, że trzeba na niego przyjechać własnym samochodem. Oczywiście stanowi to pewien problem kiedy samochodu się nie posiada. Można na szczeście przyjechać wynajętym, trzeba tylko pamiętać, żeby kupić wszystkie potrzebne ubezpieczenia i pod żadnym pozorem nie przyznawać się w wypożyczalni, że jedziemy na egzamin (co wymaga użycia polskiego prawka, nie tego tymczasowego).
Sam egzamin wydaje się banalny. Nie ma żadnego placyku, trzeba jedynie przejechać sie z egzaminatorem po okolicy i pokazać jak włącza sie światła i wycieraczki.
I może, kiedy jest się zaraz po kursie, faktycznie jest to proste. Niestety po kilkunastu latach jazdy w Polsce, często średnio zgodnej z książeczką, zaczyna się robić problem. Bo jak się okazuje nie można ładnie skorzystać z tego że przy skręcie w lewo samochód na drodze z pierwszeństwem jest całe 100m od nas i wjazd na przeciwległy pas nie stanowi żadnego problemu. Nie. Trzeba czekać aż na drodze poprzecznej nic nie będzie i dopiero wtedy skręcać - inaczej jest "critical error" (fail nr 1, Aneta). Nie można też szybko śmignąć w prawo przed nadjeżdzającym rowerzystą, bo przecież on może się przestraszyć a to też critical error (fail nr 1, ja). Nie można też jechać za wolno (mniej niż 10 mil/h od podanego ograniczenia to critical error, więcej niż 10 zresztą też), no i co najważniejsze - przy wszystkich manewrach należy patrzeć przez ramie. Bo w lusterkach są martwe strefy, a nikogo nie obchodzi, że potrafisz się trochę wychylić do przodu i sprawdzić czy w tej martwej strefie nic nie masz (o lusterkach asferycznych można tu zapomnieć, bo są "not approved"). No bywa. Na szczeście można o tym poczytać i być przygotowanym. Dlatego obojgu z nas, już za drugim razem się udało. Za pierwszym razem oblał nas ten sam głupi meksykaniec (ja trafiłbym też na niego za drugim razem, ale stojąc w kolejce coś mnie podkusiło, żeby zrobić dobry uczynek i przepuścić człowieka stojącego za mną), za drugim razem trafiliśmy na jakiś bardziej wyluzowanych czarnych.
Samo prawo jazdy przychodzi pocztą. Nie trzeba nigdzie łazić, niczego podpisywać. Po mniej więcej tygodniu leży sobie po prostu w skrzynce.
Najfajniejsze jest to, że cały proces jest mega-szybki. Nie ma miesięcy czekania - idziesz, zdajesz (albo i nie) i możesz jeździć. Nie ma trzeba czekać parę miechów aż nasza sprawa dojrzeje.
A tutaj fota żeby nie było że zmyślam:
Zasadniczo jest tak, że jak się tu przyjeżdża na trochę to można jeździć na dowolnym prawku z całego świata. Dlatego kiedy chce się wynająć samochód to nie ma żadnego problemu - pani w Hertzu z uśmiechem zapyta która pozycja na kartoniku to numer prawa jazdy, strasznie się zdziwi jak jej powiemy, że polskie prawo jazdy nie ma terminu ważności - ale już chwile później możemy pędzić Mustangiem po amerykańskiej autostradzie (albo jak to bywa w moim przypadku - Chevroletem Aveo).
Kiedy natomiast się tu przeprowadzamy, to żeby jeździć, w ciągu trzech tygodni należy postarać się o prawo jazdy lokalne. Oczywiście, jak prawdziwy Polak, nie zamierzałem się przejmować takimi pierdołami i jak trzeba było coś załatawić to wynajmowałem auto na polskie.
I pewnie robiłbym tak dalej gdyby nie okazało się, że kupić samochodu to już niestety bez kalifornijskiego papierka się nie da. No dobra, kupić to może się da, ale już ubezpieczyć to nie bardzo, a bez ubezpieczenia nie wyjedzie się od dealera (zresztą ja i tak nie jestem hardcorem i bez ubezpieczenia bym nie jeździł).
Chcąc nie chcąć trzeba było to prawko zrobić. Obcokrajowcy posiadający dokument ze swojego kraju nie muszą na szczęscie chodzić na kurs, ale egzamin trzeba normalnie zdać (ale jak ktoś się przeprowadza z innego stanu to już dostaje lokalne prawko bez niczego).
Cała procedura zaczyna się od wizyty w DMV - Department of Motor Vehicles. Na tą instytucję klną absolutnie wszyscy - głównie z powodu czasu oczekiwania. Jak wejdzie sie z ulicy to należy się przygotować na spedzenie co najmniej 40 minut czakając aż wywołają nasz numerek. Potem już jest z górki - pani daje nam papierki do wypełnienia i książeczke z przepisami ruchu (oczywiście z Arnoldem na pierwszej stronie).
Jak przystało na Amerykę, przepisy drogowe jest w stanie zrozumieć średnio inteligentny szympans. Znaków jest może ze 20 a do tego 90% z nich oprócz piktogramów ma pod spodem słowny opis. Właściwie jedyną wartą zapamiętania rzeczą są wszystkie występujące w książeczce liczby - jakieś ograniczenia prędkości, dopuszczalne ładowności i odległości w jakich można stawać od hydrantu. Wszystko inne jest tak oczywiste, że szkoda czasu na czytanie (jak ktoś chciałby się przekonać osobiście to książeczka jest dostępna tutaj: http://dmv.ca.gov/pubs/pubs.htm)
Jak już wyklepiemy się tego na blachę (co zajmuje może ze 2 wieczory) idziemy zdać test teoretyczny. Odczekujemy swoje w kolejce, płacimy w kasie 31 dolców, od razu przy okienku przechodzimy test wzroku (pani ma za sobą te standardowe plansze z literkami), robią nam zdjęcie (oczywiście mam kolejne do swojej kolekcji "Iwanicki - poszukiwany żywy lub martwy") i możemy zdawać test teoretyczny.
Jeśli pamiętamy potrzebne cyferki to trzeba się mocno starać żeby tego testu nie zdać. Pytania są absolutnie przegłupie. Moimi faworytami są "czy znak obok (obok narysowany znak z napisem "shoulder work ahead") oznacza roboty drogowe, objazd czy konieczność zmiany pasa" i "kiedy możemy objechać szlabany przy torach kolejowych". Do tego na 40 pytań można zrobić 6 błedów. Sam test zdajemy metodą tradycyjną - dostajemy kartkę z pytaniami, ołówek i możemy sobie stanąć w takiej budce, w stylu tych z lokali wyborczych. Jak już sobie zakreślimy wszystkie odpowiedzi, pani nam to od ręki sprawdzi (oczywiście nie bawi się w czytanie pytań - do każdego zestawu ma odpowiedni szablon który po prostu przykłada do naszych odpowiedzi) i wyda tymczasowe prawo jazdy z którym musimy wybrać się na test za kierownicą.
Tego już od ręki załatwić się nie da. Trzeba zadzwonić i się umówić. Czasy oczekiwania bywają różne - od paru dni do paru tygodni. Czasem jednak jakieś terminy się zwalniają i można wciasnąć sie na egzamin wcześniej. Jedyny problem polega na tym, że trzeba na niego przyjechać własnym samochodem. Oczywiście stanowi to pewien problem kiedy samochodu się nie posiada. Można na szczeście przyjechać wynajętym, trzeba tylko pamiętać, żeby kupić wszystkie potrzebne ubezpieczenia i pod żadnym pozorem nie przyznawać się w wypożyczalni, że jedziemy na egzamin (co wymaga użycia polskiego prawka, nie tego tymczasowego).
Sam egzamin wydaje się banalny. Nie ma żadnego placyku, trzeba jedynie przejechać sie z egzaminatorem po okolicy i pokazać jak włącza sie światła i wycieraczki.
I może, kiedy jest się zaraz po kursie, faktycznie jest to proste. Niestety po kilkunastu latach jazdy w Polsce, często średnio zgodnej z książeczką, zaczyna się robić problem. Bo jak się okazuje nie można ładnie skorzystać z tego że przy skręcie w lewo samochód na drodze z pierwszeństwem jest całe 100m od nas i wjazd na przeciwległy pas nie stanowi żadnego problemu. Nie. Trzeba czekać aż na drodze poprzecznej nic nie będzie i dopiero wtedy skręcać - inaczej jest "critical error" (fail nr 1, Aneta). Nie można też szybko śmignąć w prawo przed nadjeżdzającym rowerzystą, bo przecież on może się przestraszyć a to też critical error (fail nr 1, ja). Nie można też jechać za wolno (mniej niż 10 mil/h od podanego ograniczenia to critical error, więcej niż 10 zresztą też), no i co najważniejsze - przy wszystkich manewrach należy patrzeć przez ramie. Bo w lusterkach są martwe strefy, a nikogo nie obchodzi, że potrafisz się trochę wychylić do przodu i sprawdzić czy w tej martwej strefie nic nie masz (o lusterkach asferycznych można tu zapomnieć, bo są "not approved"). No bywa. Na szczeście można o tym poczytać i być przygotowanym. Dlatego obojgu z nas, już za drugim razem się udało. Za pierwszym razem oblał nas ten sam głupi meksykaniec (ja trafiłbym też na niego za drugim razem, ale stojąc w kolejce coś mnie podkusiło, żeby zrobić dobry uczynek i przepuścić człowieka stojącego za mną), za drugim razem trafiliśmy na jakiś bardziej wyluzowanych czarnych.
Samo prawo jazdy przychodzi pocztą. Nie trzeba nigdzie łazić, niczego podpisywać. Po mniej więcej tygodniu leży sobie po prostu w skrzynce.
Najfajniejsze jest to, że cały proces jest mega-szybki. Nie ma miesięcy czekania - idziesz, zdajesz (albo i nie) i możesz jeździć. Nie ma trzeba czekać parę miechów aż nasza sprawa dojrzeje.
A tutaj fota żeby nie było że zmyślam:
poniedziałek, 28 marca 2011
O sous-vide, c.d.
No i po steku! Zrobiłem, zjadłem i był znakomity!
Stek który wczoraj zakupiłem, przy bliższej inspekcji okazał się być New Yorkiem a nie rib-eyem, ale nic to, New Yorki też są dobre.
Maszynę ustawiłem na 57 stopni. W sumie mogłem trochę niżej, bo 57 stopni to już raczej medium niż medium rare.
Przed włożeniem do woreczka sowicie go posoliłem i popieprzyłem. Wydaje mi się, że jest to jedna z tych rzeczy które do tej pory robiłem źle. Zawsze soliłem troszkę, ale ostatnio widziałem jakiś filmik na którym gość wział stek i walnął na niego całkiem konkretną ilość soli. Zrobiłem tak samo, po czym wpakowałem mięso do torebeczki, wspomnianym trickiem z wodą pozbyłem się wiekszości powietrza ze środka i wsadziłem do maszyny.
Po ok. godzince wyciągnąłem woreczek. Rozgrzałem na maxa patelnie - kupiłem sobie ostatnio taką fajną, ze stali nierdzewnej z grubym dnem. To też okazało się być pomocne - przy lekkiej patelni, włożenie steka znacznie obniża jej temperaturę i żeby ładnie go przypiec z wierzchu trzeba dłużej go smażyć. Nowa patelnia sprawiła się znakomicie i po chwili stek był elegancko przyrumieniony.
Nie bawiłem się w żadne odczekiwanie, tylko od razu wziąłem sie za konsumpcję.
Był znakomity. W środku różowy, choć mógłby być troszkę bardziej - choć to akurat wynik ustawienia zbyt wysokiej temperatury. Był soczysty i miękki, w smaku bardzo zbliżony do tych steak-housowych - widać dużo soli i pieprzu > mało soli i pieprzu. Tłuszcz z brzegu był jednak twardawy i koniec końców zjadł go Pan Śmietnik. Następnym razem spróbuje potrzymać stek dłużej - ze 2-3 godzinki zamiast jednej.
Ale generalnie maszyna spisuje się na piątkę. Musze wypróbować inne przepisy - strasznie korci mnie ten na short-ribs (jakiś rodzaj żeberek) które siedzą w maszynie przez 3 dni.
I jeszcze foto-story:





Stek który wczoraj zakupiłem, przy bliższej inspekcji okazał się być New Yorkiem a nie rib-eyem, ale nic to, New Yorki też są dobre.
Maszynę ustawiłem na 57 stopni. W sumie mogłem trochę niżej, bo 57 stopni to już raczej medium niż medium rare.
Przed włożeniem do woreczka sowicie go posoliłem i popieprzyłem. Wydaje mi się, że jest to jedna z tych rzeczy które do tej pory robiłem źle. Zawsze soliłem troszkę, ale ostatnio widziałem jakiś filmik na którym gość wział stek i walnął na niego całkiem konkretną ilość soli. Zrobiłem tak samo, po czym wpakowałem mięso do torebeczki, wspomnianym trickiem z wodą pozbyłem się wiekszości powietrza ze środka i wsadziłem do maszyny.
Po ok. godzince wyciągnąłem woreczek. Rozgrzałem na maxa patelnie - kupiłem sobie ostatnio taką fajną, ze stali nierdzewnej z grubym dnem. To też okazało się być pomocne - przy lekkiej patelni, włożenie steka znacznie obniża jej temperaturę i żeby ładnie go przypiec z wierzchu trzeba dłużej go smażyć. Nowa patelnia sprawiła się znakomicie i po chwili stek był elegancko przyrumieniony.
Nie bawiłem się w żadne odczekiwanie, tylko od razu wziąłem sie za konsumpcję.
Był znakomity. W środku różowy, choć mógłby być troszkę bardziej - choć to akurat wynik ustawienia zbyt wysokiej temperatury. Był soczysty i miękki, w smaku bardzo zbliżony do tych steak-housowych - widać dużo soli i pieprzu > mało soli i pieprzu. Tłuszcz z brzegu był jednak twardawy i koniec końców zjadł go Pan Śmietnik. Następnym razem spróbuje potrzymać stek dłużej - ze 2-3 godzinki zamiast jednej.
Ale generalnie maszyna spisuje się na piątkę. Musze wypróbować inne przepisy - strasznie korci mnie ten na short-ribs (jakiś rodzaj żeberek) które siedzą w maszynie przez 3 dni.
I jeszcze foto-story:





niedziela, 27 marca 2011
O sous-vide
Chyba w końcu nadeszła pora na post o jedzeniu. Nie będzie jednak standardowego narzekania o tym jak beznadziejny jest chleb w Stanach. Dzisiaj będzie o sous vide. Bo w końcu przyszła MASZYNA - jeden z naszych ślubnych prezentów.
Pierwszy raz usłyszałem o tej metodzie gotowania jakieś półtora roku temu. Maciek M. podesłał mi link do znakomitego artykułu o kolesiu który rewersował frytki z McDonalda. I gdzieś tam w odnośnikach z tego artykułu był link do innego, gdzie ten sam człowiek opisywał metode na zrobienie perfekcyjnego steka (a może Maciek podesłał mi link bezpośrednio do tego artykułu... hmm.. nie pamietam, ale to szczegóły)
Polegało to na tym, że stek pakował próżniowo w torebce strunowej (takiej z "suwakiem"). "próżniowo" to może duże słowo - nie domkniętą torebkę ze stekim zanurza się powoli w wodzie, tak żeby ściskająca torebkę woda wypchneła z niej całe powietrze, jednocześnie uważając żeby woda nie nalała się do środka. Jak już prawie w ogole nie ma w środku powietrza to torebkę się zamyka i dostajemy szczelnie zapakowany stek.
Tak przygotowany pakunek wkładał następnie do przenośnej lodówki (!) wypełnionej wodą w określonej temperaturze. A po godzinie wychodził z tego idealny "medium-rare".
Metoda zaintrygowała mnie na tyle, że zacząłem czytać dalej i zgłębiać szczegóły.
"Sous vide" znaczy po francusku "w próżni" - i odnosi się do tego, że nasze jedzenie trzeba najpierw zapakować próżniowo. Potem, tak jak w chałupniczej metodzie, opisanej przez wspomnianego Kenji Alt-Lopeza, umieszcza się je w kąpieli wodnej o ściśle określonej temperaturze - takiej do jakiej chcemy doprowadzić nasze danie. Dalej, sprawę załatwia już urządzenie. W normalnych warunkach jest to taki cyrkulator, połączony z grzałką i czujnikiem. Kenji pokazywał, że do pewnych dań całkiem nieźle sprawdza się wspomniana lodówka turystyczna (bo cyrkulatory są pieruńsko drogie).
Cały czas pozostaje jednak jedno pytanie: po jaką cholerę?? Chodzi o to, że gotowanie to jednak dość skomplikowany proces fizyko-chemiczny. tam, jak wiadomo, pewne rzeczy dzieją się w określonych temperaturach. Np. kolagen (przez który mięso jest twarde) zaczyna się rozkładać się do żelatyny (która jest już miękka) przy ok. piędziesięciu stopniach, choć im wyższa temperatura tym proces jest szybszy. Ale już mioglobina (czerwone w steku) rozklada się w sześciedzięciu kilku. Także pasteryzacja (czyli wybijanie wszelkiego paskudztwa które może siedzieć w naszym mięsie) zajmuje różna ilość czasu w zależności od temperatury. I tu jest pies pogrzebany: chcemy mieć stek "medium-rare" - czyli ok. 55 stopni, ale jednocześnie musimy go jakoś przygotować (najczęściej na patelni - która rozgrzana ma pewnie koło dwustu-kilkudziesięciu stopni) i do tego fajnie by było gdyby nie miał w sobie wszystkich tych salmonelli i innych. Smażac stek na patelni, owszem wybijamy te wszystkie patogeny, ale przy okazji doprowadzamy mięso, zwłaszcza na zewnatrz do dużo wyższej temperatury - i brzeg steka jest szary i suchy. A jeśli chwilę się zagapimy, albo nie mamy wyczucia, ew. cyfrowego termometru to z naszego medium-rare'a może wyjść well-done.
I tu sous-vide pokazuje swoją siłę. Jako, że mamy bardzo dokładną kontrolę nad temperaturą, możemy mieć cały stek dokładnie taki jaki chcemy. A trzymając mięso w kąpieli odpowiednio długo, dostajemy pewność, że wszystkie zarazki zostaną wybite. A ponieważ jedzenie jest w plastikowej torebce, wszystko co jest w nim dobre zostaje w środku a nie wycieka do garnka. Jedynym mankamentem jest to, że po wyjęciu steka z torebki wyglada jak ugotowany - czyli średnio apetycznie. Ale akurat na to jest proste rozwiązanie - wkładamy go na moment na bardzo rozgrzaną patelnie, tylko tak żeby przysmażyć go z wierzchu.
I przestajemy być ograniczeni do kawałków mięsa z których zazwyczaj robi się steki. Bo rostbef/antrykot/polędwica (NewYork/RibEye/Filet Mignon) nie są wybierane dlatego, że są przesadnie pełne smaku, tylko dlatego, że te mięśnie stosunkowo mało pracują i po usmażeniu są miekkie. Ale dzięki sous vide możemy doprowadzić do miękkości każdy kawałek mięsa i przez cały czas zachować jego medium-rare'owatość! Na porządku dziennym są przepisy gdzie jakiś egzotyczny kawałek krowy trzyma się w wodzie przez 72 godziny (tak - trzy dni).
Swoje eksperymenty z tą metodą zacząłem jeszcze w Wielkiej Brytanii. Jako, że pomysł z wykorzystaniem lodówki turystycznej nie za bardzo przypadł mi do gustu, szukałem dalej. Profesjonalne kontrolery temperatury odpadły w przedbiegach (zazwyczaj produkują je firmy które zajmują się wyrobem sprzętu laboratoryjnego, ich ceny zaczynają się w okolicach tysiąca dolarów) ale okazało się, że za jakieś kilkadziesiąt dolarów da się kupić na ebayu kontroler temperatury (gdzieś w Singapurze), termorezystor (gdzieś w Hong Kongu), grzałkę (to akurat kupił mój tata w Polsce), elektroniczny przekaźnik (ze Stanów), małą pompkę do wysokich temperatur (z UK) i poskładać wszystko w dziającą całość. Na początku przezentowało się to dosyć przerażająco - poskręcane "na pająka", na przekaźniku było nie izolowane 220V, a grzałka leżała w zlewie, bo okazało się że nie mam żadnego garnka do którego by się zmieściła.

Ale całość działała! I to całkiem nieźle, bo różnice w temperaturze wewnątrz zlewu nie przekraczały 0.1 stopnia. Co prawda mój ręczny termometr pokazywał odrobinę inną temperaturę, ale wystarczyło wziąć na to poprawkę przy ustawianiu maszyny.
Steki wychodziły faktycznie idealnie "medium-rare". Niestety, żeby odpalić maszynę trzeba było najpierw poświęcić pół godziny na jej złożenie i zainstalowanie w zlewie. Miałem też ciekawą przygodę podczas jednej podróży do Polski. Wziąłem ją ze sobą, żeby odpalić w naszym "stek-klubie". Jako, że leciałem tylko na pare dni, wszystkie potrzebne rzeczy wpakowałem do bagażu podręcznego. Dopiero na lotnisku zorientowałem się, że to wszystko może dość podejrzanie wyglądać na prześwietleniu. I oczywiście się nie pomyliłem - zostałem wzięty na szczegółową kontrolę bagażu, gdzie pan starannie przyjrzał się każdemu elementowi po czym spytał czy aby nie jestem hydraulikiem (?!?). Na szczeście kiedy wyjaśniłem mu do czego służą poszczególne elementy, nie robił problemów i mnie puścił. Co ciekawe, na lotnisku w Łodzi, nikt sie nie zainteresował tymi dziwnościami.
W końcu, już w Polsce, maszyna doczekała się eleganckiego pudełka z plexi i własnego pojemnika, tak że nie trzeba jej już wkładać do zlewu.
Niestety do Stanów nie było sensu jej zabierać. O ile sam kontroler temperatury potrafi działać przy 110V o tyle grzałka jest przystosowana do 220V.
Z pomocą przyszli przyjaciele :) Jako jeden ze ślubnych prezentów dostaliśmy od nich "Sous Vide Supreme" - maszynę do sous vide kierowaną do zwykłych śmiertelników. Została ona zamówiona w Stanach, jest przystosowana do lokalnego napięcia i kiedy się w końcu zadomowiliśmy lokalny kontakt chłopaków nam ją tu przysłał. I w piątek właśnie doszła! Jest śliczna, czerwona i właśnie czeka ją pierwszy sprawdzian!
W piątek nie było mi dane jej wypróbować (wieczorem byliśmy na kabarecie), w sobotę też sie nie udało (mieliśmy kolejną wyprawę do Ikei - okazało się, że jednak nie kupiłem wszystkiego...) ale niedzielny obiad wydaje się być znakomitym pretekstem do przygotowania rib-eye'a.

Mięsko już zakupione, czeka spokojnie. Swoją drogą ciekawie przedstawiają się tu ceny mięsa - rib-eye z kategorii choice (druga od góry, cały czas bardzo dobra) kosztuje mniej (za kilogram) niż piersi z kurczaka. Ciekawe proporcje, bo jednak u nas wołowina (mimo jej jakości, która jest, łagodnie mówiąc, mizerna) jest jednak wyraźnie droższa od kurczaka. Co kraj to obyczaj.
Zaraz będę nalewał wody do maszyny! Wyniki będą w kolejnych wpisach.
Pierwszy raz usłyszałem o tej metodzie gotowania jakieś półtora roku temu. Maciek M. podesłał mi link do znakomitego artykułu o kolesiu który rewersował frytki z McDonalda. I gdzieś tam w odnośnikach z tego artykułu był link do innego, gdzie ten sam człowiek opisywał metode na zrobienie perfekcyjnego steka (a może Maciek podesłał mi link bezpośrednio do tego artykułu... hmm.. nie pamietam, ale to szczegóły)
Polegało to na tym, że stek pakował próżniowo w torebce strunowej (takiej z "suwakiem"). "próżniowo" to może duże słowo - nie domkniętą torebkę ze stekim zanurza się powoli w wodzie, tak żeby ściskająca torebkę woda wypchneła z niej całe powietrze, jednocześnie uważając żeby woda nie nalała się do środka. Jak już prawie w ogole nie ma w środku powietrza to torebkę się zamyka i dostajemy szczelnie zapakowany stek.
Tak przygotowany pakunek wkładał następnie do przenośnej lodówki (!) wypełnionej wodą w określonej temperaturze. A po godzinie wychodził z tego idealny "medium-rare".
Metoda zaintrygowała mnie na tyle, że zacząłem czytać dalej i zgłębiać szczegóły.
"Sous vide" znaczy po francusku "w próżni" - i odnosi się do tego, że nasze jedzenie trzeba najpierw zapakować próżniowo. Potem, tak jak w chałupniczej metodzie, opisanej przez wspomnianego Kenji Alt-Lopeza, umieszcza się je w kąpieli wodnej o ściśle określonej temperaturze - takiej do jakiej chcemy doprowadzić nasze danie. Dalej, sprawę załatwia już urządzenie. W normalnych warunkach jest to taki cyrkulator, połączony z grzałką i czujnikiem. Kenji pokazywał, że do pewnych dań całkiem nieźle sprawdza się wspomniana lodówka turystyczna (bo cyrkulatory są pieruńsko drogie).
Cały czas pozostaje jednak jedno pytanie: po jaką cholerę?? Chodzi o to, że gotowanie to jednak dość skomplikowany proces fizyko-chemiczny. tam, jak wiadomo, pewne rzeczy dzieją się w określonych temperaturach. Np. kolagen (przez który mięso jest twarde) zaczyna się rozkładać się do żelatyny (która jest już miękka) przy ok. piędziesięciu stopniach, choć im wyższa temperatura tym proces jest szybszy. Ale już mioglobina (czerwone w steku) rozklada się w sześciedzięciu kilku. Także pasteryzacja (czyli wybijanie wszelkiego paskudztwa które może siedzieć w naszym mięsie) zajmuje różna ilość czasu w zależności od temperatury. I tu jest pies pogrzebany: chcemy mieć stek "medium-rare" - czyli ok. 55 stopni, ale jednocześnie musimy go jakoś przygotować (najczęściej na patelni - która rozgrzana ma pewnie koło dwustu-kilkudziesięciu stopni) i do tego fajnie by było gdyby nie miał w sobie wszystkich tych salmonelli i innych. Smażac stek na patelni, owszem wybijamy te wszystkie patogeny, ale przy okazji doprowadzamy mięso, zwłaszcza na zewnatrz do dużo wyższej temperatury - i brzeg steka jest szary i suchy. A jeśli chwilę się zagapimy, albo nie mamy wyczucia, ew. cyfrowego termometru to z naszego medium-rare'a może wyjść well-done.
I tu sous-vide pokazuje swoją siłę. Jako, że mamy bardzo dokładną kontrolę nad temperaturą, możemy mieć cały stek dokładnie taki jaki chcemy. A trzymając mięso w kąpieli odpowiednio długo, dostajemy pewność, że wszystkie zarazki zostaną wybite. A ponieważ jedzenie jest w plastikowej torebce, wszystko co jest w nim dobre zostaje w środku a nie wycieka do garnka. Jedynym mankamentem jest to, że po wyjęciu steka z torebki wyglada jak ugotowany - czyli średnio apetycznie. Ale akurat na to jest proste rozwiązanie - wkładamy go na moment na bardzo rozgrzaną patelnie, tylko tak żeby przysmażyć go z wierzchu.
I przestajemy być ograniczeni do kawałków mięsa z których zazwyczaj robi się steki. Bo rostbef/antrykot/polędwica (NewYork/RibEye/Filet Mignon) nie są wybierane dlatego, że są przesadnie pełne smaku, tylko dlatego, że te mięśnie stosunkowo mało pracują i po usmażeniu są miekkie. Ale dzięki sous vide możemy doprowadzić do miękkości każdy kawałek mięsa i przez cały czas zachować jego medium-rare'owatość! Na porządku dziennym są przepisy gdzie jakiś egzotyczny kawałek krowy trzyma się w wodzie przez 72 godziny (tak - trzy dni).
Swoje eksperymenty z tą metodą zacząłem jeszcze w Wielkiej Brytanii. Jako, że pomysł z wykorzystaniem lodówki turystycznej nie za bardzo przypadł mi do gustu, szukałem dalej. Profesjonalne kontrolery temperatury odpadły w przedbiegach (zazwyczaj produkują je firmy które zajmują się wyrobem sprzętu laboratoryjnego, ich ceny zaczynają się w okolicach tysiąca dolarów) ale okazało się, że za jakieś kilkadziesiąt dolarów da się kupić na ebayu kontroler temperatury (gdzieś w Singapurze), termorezystor (gdzieś w Hong Kongu), grzałkę (to akurat kupił mój tata w Polsce), elektroniczny przekaźnik (ze Stanów), małą pompkę do wysokich temperatur (z UK) i poskładać wszystko w dziającą całość. Na początku przezentowało się to dosyć przerażająco - poskręcane "na pająka", na przekaźniku było nie izolowane 220V, a grzałka leżała w zlewie, bo okazało się że nie mam żadnego garnka do którego by się zmieściła.

Ale całość działała! I to całkiem nieźle, bo różnice w temperaturze wewnątrz zlewu nie przekraczały 0.1 stopnia. Co prawda mój ręczny termometr pokazywał odrobinę inną temperaturę, ale wystarczyło wziąć na to poprawkę przy ustawianiu maszyny.
Steki wychodziły faktycznie idealnie "medium-rare". Niestety, żeby odpalić maszynę trzeba było najpierw poświęcić pół godziny na jej złożenie i zainstalowanie w zlewie. Miałem też ciekawą przygodę podczas jednej podróży do Polski. Wziąłem ją ze sobą, żeby odpalić w naszym "stek-klubie". Jako, że leciałem tylko na pare dni, wszystkie potrzebne rzeczy wpakowałem do bagażu podręcznego. Dopiero na lotnisku zorientowałem się, że to wszystko może dość podejrzanie wyglądać na prześwietleniu. I oczywiście się nie pomyliłem - zostałem wzięty na szczegółową kontrolę bagażu, gdzie pan starannie przyjrzał się każdemu elementowi po czym spytał czy aby nie jestem hydraulikiem (?!?). Na szczeście kiedy wyjaśniłem mu do czego służą poszczególne elementy, nie robił problemów i mnie puścił. Co ciekawe, na lotnisku w Łodzi, nikt sie nie zainteresował tymi dziwnościami.
W końcu, już w Polsce, maszyna doczekała się eleganckiego pudełka z plexi i własnego pojemnika, tak że nie trzeba jej już wkładać do zlewu.
Niestety do Stanów nie było sensu jej zabierać. O ile sam kontroler temperatury potrafi działać przy 110V o tyle grzałka jest przystosowana do 220V.
Z pomocą przyszli przyjaciele :) Jako jeden ze ślubnych prezentów dostaliśmy od nich "Sous Vide Supreme" - maszynę do sous vide kierowaną do zwykłych śmiertelników. Została ona zamówiona w Stanach, jest przystosowana do lokalnego napięcia i kiedy się w końcu zadomowiliśmy lokalny kontakt chłopaków nam ją tu przysłał. I w piątek właśnie doszła! Jest śliczna, czerwona i właśnie czeka ją pierwszy sprawdzian!
W piątek nie było mi dane jej wypróbować (wieczorem byliśmy na kabarecie), w sobotę też sie nie udało (mieliśmy kolejną wyprawę do Ikei - okazało się, że jednak nie kupiłem wszystkiego...) ale niedzielny obiad wydaje się być znakomitym pretekstem do przygotowania rib-eye'a.
Mięsko już zakupione, czeka spokojnie. Swoją drogą ciekawie przedstawiają się tu ceny mięsa - rib-eye z kategorii choice (druga od góry, cały czas bardzo dobra) kosztuje mniej (za kilogram) niż piersi z kurczaka. Ciekawe proporcje, bo jednak u nas wołowina (mimo jej jakości, która jest, łagodnie mówiąc, mizerna) jest jednak wyraźnie droższa od kurczaka. Co kraj to obyczaj.
Zaraz będę nalewał wody do maszyny! Wyniki będą w kolejnych wpisach.
sobota, 19 marca 2011
O zajebistej obsłudze klienta w Amazonie
Kurcze, obsługę klienta to Amazon ma jednak zajebistą, można sie od nich uczyć.
Dwa dni temu przeczytałem u Maćka S. na twitterze, że Mark Russinovich - koleś od SysInternals, autor RegMona, FileMona i WszystkieInneMona - napisał książkę - "Zero Day" - technothriller. Jak tylko wróciłem do domu, wziałem Kindla i chciałem ściągnać sampla - pierwszych parę rozdziałów. No i, jak mawiał Czesław, buba. Bo okazało się, że mimo że Kindle działa na całym świecie, to jako że swojego kupiłem w UK to jestem przypisany do sklepu brytyjskiego, a w nim akurat tej książki nie ma. Chwilę pogrzebałem na stronie Amazona i okazało się, że nie ma żadnego problemu! Kindla da się najzwyczajniej w świecie przenieść do innego kraju! Podałem nowy adres i faktycznie zadziałało bez żadnych fochów - po minucie miałem początek książki u siebie na urządzeniu.
Faktycznie zaczynało się nieźle - tak jak wspominał Maciek, już na pierwszej stronie była scena erotyczna. Dzisiaj chciałem kupić całą resztę powieści. Stwierdziłem jednak, że szkoda wydawać rzeczywiste pieniądze, kiedy od znajomych z Lionheada dostałem na pożegnanie Amazonowego Gift Carda i było na nim jeszcze trochę funduszy. Jedyny kłopot polegał na tym, że Gift Card był przypisany do innego konta (bo oczywiście mam na Amazonie konto do każdego z używanych adresów emailowych, których za żadne skarby nie da się zmergować). Wypatrzyłem jednak sprytną opcję "Give as gift" i spróbowałem dać sobie prezent z jednego konta na drugie, płacąc za niego funduszami z gift carda. I znowu zaskoczenie - da się i to działa (przynajmniej w teorii - o tym za chwile) - po minucie na pocztę dostałem informacje o prezencie, razem z instrukcją jak się do niego dobrać.
I tu zaczęły się schody. Kliknąłem sobie, tak jak radzili, coś tam popstrykałem i strona Amazona stwierdziła że książka jest już na Kindlu, tymczasem wcale jej tam nie było. Do tego, na stronie, było jedynie widać że książka "has been delivered", natomist nie wyświetlała się nigdzie indziej - ani w liście zamówień, ani na liście prezentów. Ale oczywiście jest od razu informacja gdzie dzwonić gdyby coś było nie tak. Spojrzałem na zegarek, było koło 23 ale wziąłem telefon i wykręcam numer. I kolejne zaskoczenie - obsluga klienta pracuje i już po chwili rozmawiałem z jakąś miłą panią. Przez 20 minut próbowaliśmy różnych rzeczy - resetować Kindla, odrejestrowywać go i rejestrować ponownie - wszystko na nic. Widać moje kombinacje ze zmianami kraju i dawaniem sobie prezentów okazały się zbyt skomplikowane dla systemu. Pani stwierdziła, że nie chce mnie dłużej trzymać, ale coś pokombinuje i za chwile do mnie oddzwoni.
Piętnaście minut później zadzwoniła i stwierdziła, że w takim razie oni mi zrefundują ten prezent na koncie z którego go wysłałem, potem na tym do którego przypisany jest Kindle kupię tą książkę w normalny sposób, ale ją też mi zrefundują. Pani na wszelki wypadek poprowadziła mnie przez wszystkie kroki, po czym życzyła miłej lektury i się pożegnała.
Wielki szacun, że po pół godziny wiszenia na telefonie nie stroją fochów, nie tłumaczą się że system nie działa i niestety nie da się nic zrobić, tylko przyznają, że faktycznie coś jest nie tak, obiecują się przyjrzeć tematowi a książkę dostaję od nich w prezencie.
Duży plus dla Amazona. Kindle to był dobry zakup. Idę czytać.
Dwa dni temu przeczytałem u Maćka S. na twitterze, że Mark Russinovich - koleś od SysInternals, autor RegMona, FileMona i WszystkieInneMona - napisał książkę - "Zero Day" - technothriller. Jak tylko wróciłem do domu, wziałem Kindla i chciałem ściągnać sampla - pierwszych parę rozdziałów. No i, jak mawiał Czesław, buba. Bo okazało się, że mimo że Kindle działa na całym świecie, to jako że swojego kupiłem w UK to jestem przypisany do sklepu brytyjskiego, a w nim akurat tej książki nie ma. Chwilę pogrzebałem na stronie Amazona i okazało się, że nie ma żadnego problemu! Kindla da się najzwyczajniej w świecie przenieść do innego kraju! Podałem nowy adres i faktycznie zadziałało bez żadnych fochów - po minucie miałem początek książki u siebie na urządzeniu.
Faktycznie zaczynało się nieźle - tak jak wspominał Maciek, już na pierwszej stronie była scena erotyczna. Dzisiaj chciałem kupić całą resztę powieści. Stwierdziłem jednak, że szkoda wydawać rzeczywiste pieniądze, kiedy od znajomych z Lionheada dostałem na pożegnanie Amazonowego Gift Carda i było na nim jeszcze trochę funduszy. Jedyny kłopot polegał na tym, że Gift Card był przypisany do innego konta (bo oczywiście mam na Amazonie konto do każdego z używanych adresów emailowych, których za żadne skarby nie da się zmergować). Wypatrzyłem jednak sprytną opcję "Give as gift" i spróbowałem dać sobie prezent z jednego konta na drugie, płacąc za niego funduszami z gift carda. I znowu zaskoczenie - da się i to działa (przynajmniej w teorii - o tym za chwile) - po minucie na pocztę dostałem informacje o prezencie, razem z instrukcją jak się do niego dobrać.
I tu zaczęły się schody. Kliknąłem sobie, tak jak radzili, coś tam popstrykałem i strona Amazona stwierdziła że książka jest już na Kindlu, tymczasem wcale jej tam nie było. Do tego, na stronie, było jedynie widać że książka "has been delivered", natomist nie wyświetlała się nigdzie indziej - ani w liście zamówień, ani na liście prezentów. Ale oczywiście jest od razu informacja gdzie dzwonić gdyby coś było nie tak. Spojrzałem na zegarek, było koło 23 ale wziąłem telefon i wykręcam numer. I kolejne zaskoczenie - obsluga klienta pracuje i już po chwili rozmawiałem z jakąś miłą panią. Przez 20 minut próbowaliśmy różnych rzeczy - resetować Kindla, odrejestrowywać go i rejestrować ponownie - wszystko na nic. Widać moje kombinacje ze zmianami kraju i dawaniem sobie prezentów okazały się zbyt skomplikowane dla systemu. Pani stwierdziła, że nie chce mnie dłużej trzymać, ale coś pokombinuje i za chwile do mnie oddzwoni.
Piętnaście minut później zadzwoniła i stwierdziła, że w takim razie oni mi zrefundują ten prezent na koncie z którego go wysłałem, potem na tym do którego przypisany jest Kindle kupię tą książkę w normalny sposób, ale ją też mi zrefundują. Pani na wszelki wypadek poprowadziła mnie przez wszystkie kroki, po czym życzyła miłej lektury i się pożegnała.
Wielki szacun, że po pół godziny wiszenia na telefonie nie stroją fochów, nie tłumaczą się że system nie działa i niestety nie da się nic zrobić, tylko przyznają, że faktycznie coś jest nie tak, obiecują się przyjrzeć tematowi a książkę dostaję od nich w prezencie.
Duży plus dla Amazona. Kindle to był dobry zakup. Idę czytać.
poniedziałek, 14 marca 2011
O wyprawie do Ikei
No i już od wczoraj nie śpię na podłodze!
Sobota była dosyć intensywna. Zaczęło się od dość wczesnej pobudki, bo między 8 a 12 miałem się spodziewać kolesia od kablówki, który miał podłączać internet. Spodziewałem się raczej standardów brytyjskich (tzn. montera o 13 i to dopiero po 3 moich telefonach z pytaniami dlaczego go jeszcze nie ma) ale mnie zaskoczyli. O 8:30 pojawił się pan, który raz-dwa podłączył modem i koło 9 mogłem się cieszyć moim 20Mbitowym łączem. O moim providerze bywają różne opinie, ale ja póki co nie narzekam - ciągnie po 2.5MB na sekundę.
Po południu miałem zaplanowany wyjazd do Ikei po meble. O 14 zjawiłem się w firmie wynajmującej vany i przeżyłem spory szok. Samochód który zarezerwowałem był jakimś mega-giganetem. Wspomniany już wcześniej van drużyny A mógły się chyba zmieścić w jego środku. Ale okazało się, że jeździ się takim wielkim autem całkiem przyjemnie. Te wszystkie SUViki i inne Jeepy były jedynie pyłkiem przy moich kołach :)
Pierwsze problemy zaczęły się przy Ikei. Zazwyczaj amerykańce nie skąpią miejsca na parkingi - nawet przed głupim CVS na rogu (to coś w stylu Rossmana) jest wielki plac. A tu niespodzianka. Przed Ikeą - przynajmniej tą w Burbank jest tylko pare miejsc na które można podjechać tylko po to żeby zapakować to co się już kupiło. Parking jest natomiast po drugiej stronie ulicy. Piętrowy i odrobinę ciasny - przynajmniej z perspektywy mojego vana. Parkować próbowałem chyba za 3 razy, za każdym razem dochodząc do wniosku, że miejsce które wybrałem nie jest jednak tak szerokie jak mi się na początku wydawało, oraz że mój wehikuł ma gówniany promień skrętu. W końcy wypatrzyłem 3 wolne miejsca obok siebie i w końcu udało mi sie zaparkować (oczywiście krzywo, ale nie czepiajmy sie drobiazgów).
Ikea przyjemnie nie zaskoczyła. W środu jest dokładnie tak samo jak w każdej innej Ikei na świecie. Wchodzi się po schodkach na górę, najpierw jest pare pokojów pokazowych, potem sofy itd. Miałem przygotowaną jakąś listę zakupów, ale oczywiście skończyło się na tym, że poszedłem na żywioł. W połowie trasy poszedłem oczywiście sprawdzić czy amerykańskie szwedzkie klopsiki są takie same jak polskie. I tu niespodzianka. Restauracja była jakaś strasznie biedna. Klopsiki były - w smaku nawet takie same - ale już mojego ulubionego torcika migdałowego nie! Skandal! Tak się tym przejąłem, że podczas jedzenia posiałem gdzieś moją listę zakupów. Oczywiście zorientowałem się dopiero kiedy doszedłem do magazynu samoobsługowego i miałem zabarać się za ściąganie pudeł z półek.
Wsciekły, zapłaciłem za te wszystkie drobiazgi (a też był ich cały wózek, zapakowany po brzegi), zostawiłem je w przechowalni (jako, że pod Ikeą nie ma parkingu istnieje tu przechowalnia wózków gdzie rzeczy mogą poczekać aż podjedziemy samochodem do strefy pakowania) i pognałem zrobić drugą rundkę po sklepie. Trzy runkdki i 1200 dolarów później miałem wszystko - od łóżka, materaca, przez stolikim, krzesła aż no noże, pościel i tarkę i całą masę innych pierdół. Zaczynam być w tych zakupach mieszkaniowych całkiem niezły. Jeszcze ze 2-3 przeprowadzki i będę wchodził do Ikei i dyktował numery potrzebnych mi artykułów z głowy.
Przed wyjście zaopatrzyłem się jeszcze w mrożone klopsiki, mój torcik (w sklepiku mieli!) i pastę z łososia (z piklinga lepsza, ale nie było :(
Poniewać manewrowanie moim pojazdem nie za bardzo mi wychodziło, postanowiłem nie odstawiać cyrku i zaparkowałem w miejscu w które wiedziałem że wjadę za pierwszym razem. Niestety takie miejsca były jedynie w dość znacznej odległości od strefy po której mogłem jeździć wózkiem (tu wózki nie mogą wjeżdżać na parking) - a to oznaczało że wszystkie moge graty będę musiał dotachać do auta. Musiało to wszystko wyglądać dość dramatycznie bo w pewnym momecie pan ochroniarz się nade mną zlitować i pudło z sofą pomogół mi nieść.
Ale w końcu się udało. Van był wypchany po brzegi. O dziwo, wszystko i to w całości udało mi się dowieźć do mieszkania. Miałem ambitny plan poskładania wszystkiego od razu, ale po skręceniu łóżka doszedłem do wniosku, że raczej zdecyduje się na skrupulatne testy nowego materaca. Działa jak marzenie :)
Sobota była dosyć intensywna. Zaczęło się od dość wczesnej pobudki, bo między 8 a 12 miałem się spodziewać kolesia od kablówki, który miał podłączać internet. Spodziewałem się raczej standardów brytyjskich (tzn. montera o 13 i to dopiero po 3 moich telefonach z pytaniami dlaczego go jeszcze nie ma) ale mnie zaskoczyli. O 8:30 pojawił się pan, który raz-dwa podłączył modem i koło 9 mogłem się cieszyć moim 20Mbitowym łączem. O moim providerze bywają różne opinie, ale ja póki co nie narzekam - ciągnie po 2.5MB na sekundę.
Po południu miałem zaplanowany wyjazd do Ikei po meble. O 14 zjawiłem się w firmie wynajmującej vany i przeżyłem spory szok. Samochód który zarezerwowałem był jakimś mega-giganetem. Wspomniany już wcześniej van drużyny A mógły się chyba zmieścić w jego środku. Ale okazało się, że jeździ się takim wielkim autem całkiem przyjemnie. Te wszystkie SUViki i inne Jeepy były jedynie pyłkiem przy moich kołach :)
Pierwsze problemy zaczęły się przy Ikei. Zazwyczaj amerykańce nie skąpią miejsca na parkingi - nawet przed głupim CVS na rogu (to coś w stylu Rossmana) jest wielki plac. A tu niespodzianka. Przed Ikeą - przynajmniej tą w Burbank jest tylko pare miejsc na które można podjechać tylko po to żeby zapakować to co się już kupiło. Parking jest natomiast po drugiej stronie ulicy. Piętrowy i odrobinę ciasny - przynajmniej z perspektywy mojego vana. Parkować próbowałem chyba za 3 razy, za każdym razem dochodząc do wniosku, że miejsce które wybrałem nie jest jednak tak szerokie jak mi się na początku wydawało, oraz że mój wehikuł ma gówniany promień skrętu. W końcy wypatrzyłem 3 wolne miejsca obok siebie i w końcu udało mi sie zaparkować (oczywiście krzywo, ale nie czepiajmy sie drobiazgów).
Ikea przyjemnie nie zaskoczyła. W środu jest dokładnie tak samo jak w każdej innej Ikei na świecie. Wchodzi się po schodkach na górę, najpierw jest pare pokojów pokazowych, potem sofy itd. Miałem przygotowaną jakąś listę zakupów, ale oczywiście skończyło się na tym, że poszedłem na żywioł. W połowie trasy poszedłem oczywiście sprawdzić czy amerykańskie szwedzkie klopsiki są takie same jak polskie. I tu niespodzianka. Restauracja była jakaś strasznie biedna. Klopsiki były - w smaku nawet takie same - ale już mojego ulubionego torcika migdałowego nie! Skandal! Tak się tym przejąłem, że podczas jedzenia posiałem gdzieś moją listę zakupów. Oczywiście zorientowałem się dopiero kiedy doszedłem do magazynu samoobsługowego i miałem zabarać się za ściąganie pudeł z półek.
Wsciekły, zapłaciłem za te wszystkie drobiazgi (a też był ich cały wózek, zapakowany po brzegi), zostawiłem je w przechowalni (jako, że pod Ikeą nie ma parkingu istnieje tu przechowalnia wózków gdzie rzeczy mogą poczekać aż podjedziemy samochodem do strefy pakowania) i pognałem zrobić drugą rundkę po sklepie. Trzy runkdki i 1200 dolarów później miałem wszystko - od łóżka, materaca, przez stolikim, krzesła aż no noże, pościel i tarkę i całą masę innych pierdół. Zaczynam być w tych zakupach mieszkaniowych całkiem niezły. Jeszcze ze 2-3 przeprowadzki i będę wchodził do Ikei i dyktował numery potrzebnych mi artykułów z głowy.
Przed wyjście zaopatrzyłem się jeszcze w mrożone klopsiki, mój torcik (w sklepiku mieli!) i pastę z łososia (z piklinga lepsza, ale nie było :(
Poniewać manewrowanie moim pojazdem nie za bardzo mi wychodziło, postanowiłem nie odstawiać cyrku i zaparkowałem w miejscu w które wiedziałem że wjadę za pierwszym razem. Niestety takie miejsca były jedynie w dość znacznej odległości od strefy po której mogłem jeździć wózkiem (tu wózki nie mogą wjeżdżać na parking) - a to oznaczało że wszystkie moge graty będę musiał dotachać do auta. Musiało to wszystko wyglądać dość dramatycznie bo w pewnym momecie pan ochroniarz się nade mną zlitować i pudło z sofą pomogół mi nieść.
Ale w końcu się udało. Van był wypchany po brzegi. O dziwo, wszystko i to w całości udało mi się dowieźć do mieszkania. Miałem ambitny plan poskładania wszystkiego od razu, ale po skręceniu łóżka doszedłem do wniosku, że raczej zdecyduje się na skrupulatne testy nowego materaca. Działa jak marzenie :)
piątek, 11 marca 2011
Trochę o nowym mieszkaniu
Dzisiaj nadaje już z nowego mieszkania! W końcu wyprowadziłem sie z mojego tymczasowgo lokum nad oceanem. Tutaj co prawda nie widać z okien wody ale za to do pracy mam piechotą pięć minut. Całkiem fajna sprawa jak się kończy o 8:30 wieczorem.
Poprzednim razem zapomniałem wspomnieć ale mieszkanie wyczaiła w sieci Mysza. W zasadzie mogłem sie już do niego przeprowadzić przed wyjazdem na GDC, ale że hotel nad oceanem był zarezerwowany (i zapłacony) na cały miesiąc, stwierdziłem że nie będę się spieszyć. Wczoraj utwierdziłem się w przekonaniu, że była to znakomita decyzja.
Tak jak już pewnie wspominałem mieszkanie jest nieumeblowane. Wydawało mi się, że nie będzie to stanowiło problemu - zrobię rundkę do Ikei i kupie najpotrzebniejsze rzeczy. Oczywiście liczyłem się z faktem, że pare nocy będę musiał przespać na podłodze, ale przecież w sypialniach jest tu gruba, miekka wykładzina a poza tym nie byłby to pierwszy raz.
Wczoraj z biura, wracałem już na swoje. Po drodze wpadłem do pobliskiego sklepu poszukać czegoś w co mógłbym się na tej podłodze zawinąć. Zakupiłem najlepszy substytut koca jaki mogłem znaleźć - Snuggie. Snuggie to swoją drogą genialny wynalazek. Ktoœ chyba zaczął sie kiedyś zastanawiać co jest największym problemem jak człowiek się zawinie w koc. Oczywista sprawa - żeby obsłużyć pilota, sięgnąć po herbatę czy podrapać się po głowie trzeba odwinąć sobie rękę - a to jak wiadomo jest niefajne. I ten ktoś wymyślił koc z rękawami - Snuggie. Dzięki temu zachowuje się pełną sprawnoœć manualną nie tracąc jednocześnie izolacji.
Z tym Snuggie'm potruchtałem do domu i zacząłem się przygotowywać do spania.
Zasnąć to zasnąłem momentalnie, ale już koło 2 w nocy okazało się, że albo się starzeje, albo ta wykładzina to jednak wcale nie jest taka gruba. Było pioruńsko twardo, a to tego zimno jak diabli. Próbowałem wyściełać sobie podłogę ręcznikami (nie działa, ew. miałem za mało ręczników), próbowałem robić sobie posłanie z worka z brudnymi koszulkami (w końcu został poduszką), ale była jakaœ tragedia.
Dobrze, że już w sobote moje problemy się skończą - jadę do Ikei. Na początku był pomysł (znowu Myszy) żeby sobie wszystko zamówić przez internet, ale okazało się trasport byłby dopiero za jakiœ tydzień do tego całkiem drogi. Ale za to już za $20 można sobie wynająć vana - takiego jakim jeździła drużyna A. No może nie identycznego, bo ma jakieœ logo z boku wynajmującej firmy, ale nie będę się czepiać.
Sobota to w ogóle będzie mały Dzień Dziecka bo dostanę też internet. Stwierdziłem, że nie ma co sie bawić w tutejszą telewizję, bo raz: oprócz programów o odchudzaniu i telesklepu to nic w niej prawie nie ma, a dwa: jak już coś jest to jest przerywane reklamami z częstotliwością 2 razy większą niż w Polsce. Jest to na tyle irytujące, że do obejrzenia czegokolwiek dłuższego niż pół godziny potrzeba nerwów ze stali. Ostatnio próbowałem przebrnąć przez pierwsze (czwarte) Gwiezdne Wojny, ale do ataku na Gwiazdę Śmierci nie dotrwałem. Dlatego postowiłem uszanować swoje zdrowie psychiczne i zainstalować jedynie internet. Będzie za to 20Mbitów więc wszystki Dr House'y, Grey's Anatomy, Breaking Bad'y i inne Desperate Housewives będziemy streamować z Hulu, Netflixa. Ewnetualnie ze źródeł alternatywnych.
A na koniec link do naszych ślubnych fotek - tutaj - tym razem od profesjonalisty. Choć dużo osób je już widziało, to pewnie jeszcze nie wszyscy. Mariusz-fotograf przesadnie się z ich obróbką nie spieszył (miał na to 40 dni i dokładnie tyle to trwało), ale efekt jest na tyle dobry, że jestem mu to w stanie wybaczyć.
Poprzednim razem zapomniałem wspomnieć ale mieszkanie wyczaiła w sieci Mysza. W zasadzie mogłem sie już do niego przeprowadzić przed wyjazdem na GDC, ale że hotel nad oceanem był zarezerwowany (i zapłacony) na cały miesiąc, stwierdziłem że nie będę się spieszyć. Wczoraj utwierdziłem się w przekonaniu, że była to znakomita decyzja.
Tak jak już pewnie wspominałem mieszkanie jest nieumeblowane. Wydawało mi się, że nie będzie to stanowiło problemu - zrobię rundkę do Ikei i kupie najpotrzebniejsze rzeczy. Oczywiście liczyłem się z faktem, że pare nocy będę musiał przespać na podłodze, ale przecież w sypialniach jest tu gruba, miekka wykładzina a poza tym nie byłby to pierwszy raz.
Wczoraj z biura, wracałem już na swoje. Po drodze wpadłem do pobliskiego sklepu poszukać czegoś w co mógłbym się na tej podłodze zawinąć. Zakupiłem najlepszy substytut koca jaki mogłem znaleźć - Snuggie. Snuggie to swoją drogą genialny wynalazek. Ktoœ chyba zaczął sie kiedyś zastanawiać co jest największym problemem jak człowiek się zawinie w koc. Oczywista sprawa - żeby obsłużyć pilota, sięgnąć po herbatę czy podrapać się po głowie trzeba odwinąć sobie rękę - a to jak wiadomo jest niefajne. I ten ktoś wymyślił koc z rękawami - Snuggie. Dzięki temu zachowuje się pełną sprawnoœć manualną nie tracąc jednocześnie izolacji.
Z tym Snuggie'm potruchtałem do domu i zacząłem się przygotowywać do spania.
Zasnąć to zasnąłem momentalnie, ale już koło 2 w nocy okazało się, że albo się starzeje, albo ta wykładzina to jednak wcale nie jest taka gruba. Było pioruńsko twardo, a to tego zimno jak diabli. Próbowałem wyściełać sobie podłogę ręcznikami (nie działa, ew. miałem za mało ręczników), próbowałem robić sobie posłanie z worka z brudnymi koszulkami (w końcu został poduszką), ale była jakaœ tragedia.
Dobrze, że już w sobote moje problemy się skończą - jadę do Ikei. Na początku był pomysł (znowu Myszy) żeby sobie wszystko zamówić przez internet, ale okazało się trasport byłby dopiero za jakiœ tydzień do tego całkiem drogi. Ale za to już za $20 można sobie wynająć vana - takiego jakim jeździła drużyna A. No może nie identycznego, bo ma jakieœ logo z boku wynajmującej firmy, ale nie będę się czepiać.
Sobota to w ogóle będzie mały Dzień Dziecka bo dostanę też internet. Stwierdziłem, że nie ma co sie bawić w tutejszą telewizję, bo raz: oprócz programów o odchudzaniu i telesklepu to nic w niej prawie nie ma, a dwa: jak już coś jest to jest przerywane reklamami z częstotliwością 2 razy większą niż w Polsce. Jest to na tyle irytujące, że do obejrzenia czegokolwiek dłuższego niż pół godziny potrzeba nerwów ze stali. Ostatnio próbowałem przebrnąć przez pierwsze (czwarte) Gwiezdne Wojny, ale do ataku na Gwiazdę Śmierci nie dotrwałem. Dlatego postowiłem uszanować swoje zdrowie psychiczne i zainstalować jedynie internet. Będzie za to 20Mbitów więc wszystki Dr House'y, Grey's Anatomy, Breaking Bad'y i inne Desperate Housewives będziemy streamować z Hulu, Netflixa. Ewnetualnie ze źródeł alternatywnych.
A na koniec link do naszych ślubnych fotek - tutaj - tym razem od profesjonalisty. Choć dużo osób je już widziało, to pewnie jeszcze nie wszyscy. Mariusz-fotograf przesadnie się z ich obróbką nie spieszył (miał na to 40 dni i dokładnie tyle to trwało), ale efekt jest na tyle dobry, że jestem mu to w stanie wybaczyć.
sobota, 5 marca 2011
Eject Kindla
No i wiem o co chodzi. Da się czytać i ładować, ale nie trzeba wybierać "Wysuń bezpiecznie sprzęt" z traya, tylko "Wysuń" klikając prawym przyciskiem na ikonę dysku Kindla w Explorerze!
GDC - podsumowanie
No i jestem na lotnisku. W zasadzie to miałem sobie poczytać. Parę tygodni temu była jakaś rocznica urodzin Verne'a i coś mnie naszło żeby go sobie przypomnieć. "W 80 dni dookoła świata" dość specyficzne, "20000 mil podmorskiej żeglugi" nudnawe, a teraz mam na tapecie "Wyprawę do wnętrza Ziemi" która zapowiada się całkiem interesująco. Niestety mój Kindle zaczał domagać sie pożywienia, wiec musiałem właczyć laptopa żeby go nakarmić. A że nie jestem w stanie zmusić go żeby jednocześnie się ładował i wyświetlał książki (sugerowany przez niego eject jakoś nie bardzo działa, przynajmniej nie w Windows 7), postanowiłem coś skrobnąć.
Pomyślałem, że może fajnie będzie jakoś podsumować to GDC - przynajmniej jeszcze troche sobie nim pożyje.
- fajne: to że w ogóle pojechałem. Jeszcze miesiąc temu nie było pewne czy w ogóle tu będę. Po pewnych zawirowaniach i wymianie paru żenujących maili z organizatorami stanęło na tym że jednak będziemy mówić, ale mało brakowało.
- fajne: to że mówiłem. Do tej pory na GDC byłem zawsze jedynie słychaczem. Speakerzy mają za darmo wejście na całą konferencje, a w speakers lounge jest za darmo picie i ciasteczka :)
- fajne: dostaliśmy całkiem sporą sale na wykład (koło 450 miejsc) i była zapełniona po brzegi
- fajne: spotkałem troche starych znajomych. Przyjemnie było znów iść na piwo z ludźmi z Lionheada, fajnie było sie przywitać z Peterem-Pike'iem
- fajne: poznałem troche nowych ludzi. Zazwyczaj nie miałem szczególnej odwagi zagadywać do ludzi. A teraz, po naszej prezentacji sami zagadywali.
- niefajne: szkoda tylko że nie miałem wizytówek które mógłbym im rozdawać
- niefajne: prezentację mieliśmy dopiero w piątek więc cały tydzień był troszkę nerwowy.
- niefajne: zdecydowaliśmy się z Benem, że zrobimy wspólną prezentację, bo wydawało nam się że na dwie osobne nie będziemy mieli wystarczająco materiału. W praniu okazało się, że każdy z nas spokojnie mógłby mówić osobno i też byśmy musieli coś z naszych prezentacji wycinać.
- fajne: było kilka naprawdę dobrych wykładów
- niefajne: szkoda tylko że dopiero ostatniego dnia
- niefajne: dwa pierwsze dni: tutoriale były jakąś totalną porażka. W poniedziałek był jeszcze ten track o DX11, ale z całego dnia gadania, warto było posłuchać chyba jedynie kolesia z DICEa (a i też bez przesady, wiekszość tego o czym mówił było już pokazane gdzieś wcześniej). Wtorek był totalnie pusty.
- niefajne: mało było wykładów które inspirowały. Zawsze po GDC miałem tak, że od razu chciałem wracać i coś pisać. Teraz mam to jedynie w niewielkim stopniu, a do tego głównie chciałem przetestować pewne rzeczy o których pomyślałem przygotowując się do własnego wykładu.
- fajne: GDC sie rozrosło, było na nim dużo więcej ludzi, ale zorganizowane było bardzo sprawnie. Nie zdażyło mi się nie wejść na jakiś wykład bo sala byłą pełna, tak jak to bywało w poprzednich latach. Sale były tak ustawione, że prawie zawsze pare wolnych miejsc jeszcze było.
- niefajne: GDC sie rozrosło, ale "normalnych" developerów wcale jakoś nie przybywa. Wiekszość do jacyś ludzie z marektingu albo jacyś studenci. Trzeba się było mocno narozglądać żeby na czyjejś plakietce przeczytać "Programmer", "Artist" albo "Designer"
- fajne: wbiłem się na fajny developerski obiad, gdzie mogłem poznać troche ludzi
- niefajne: niektórzy na tym obiedzie byli troche dziwni...
- niefajne: musiałem wziąć bezpłatny urlop w ND. Trochę podnosi to koszty całej imprezy...
- niefajne: już sie skończyło i musze wracać :(
Podsumowując wszystkie "fajne" i "niefajne" wychodzi chyba trochę więcej "niefajnych". I takie to GDC było - nie do końca fajne. Nie wiem czy zmienia się sama konferencja, czy może tylko ja sie starzeje i robię bardziej marudny?
Ciekawe kiedy będzie kolejna okazja gdzieś pojechać. SIGGRAPH raczej odpada, bo przecież U3 wychodzi w listopadzie. Może I3D albo GDC w przyszłym roku? Tylko najlepiej było by trzeba coś napisać, bo zauważyłem że to bardzo podnosi szansę znalezienia sie na jakiejś konferencji. Chyba muszę wziąć się za wymyślanie.
Kindle już sie trochę podładował, więc wracam do fascynujących przygód profesora Lidenbrocka.
(O no proszę! Na SFO jest darmowy internet! Więc mogę nawet to postnąć zanim rusze w drogę!)
Pomyślałem, że może fajnie będzie jakoś podsumować to GDC - przynajmniej jeszcze troche sobie nim pożyje.
- fajne: to że w ogóle pojechałem. Jeszcze miesiąc temu nie było pewne czy w ogóle tu będę. Po pewnych zawirowaniach i wymianie paru żenujących maili z organizatorami stanęło na tym że jednak będziemy mówić, ale mało brakowało.
- fajne: to że mówiłem. Do tej pory na GDC byłem zawsze jedynie słychaczem. Speakerzy mają za darmo wejście na całą konferencje, a w speakers lounge jest za darmo picie i ciasteczka :)
- fajne: dostaliśmy całkiem sporą sale na wykład (koło 450 miejsc) i była zapełniona po brzegi
- fajne: spotkałem troche starych znajomych. Przyjemnie było znów iść na piwo z ludźmi z Lionheada, fajnie było sie przywitać z Peterem-Pike'iem
- fajne: poznałem troche nowych ludzi. Zazwyczaj nie miałem szczególnej odwagi zagadywać do ludzi. A teraz, po naszej prezentacji sami zagadywali.
- niefajne: szkoda tylko że nie miałem wizytówek które mógłbym im rozdawać
- niefajne: prezentację mieliśmy dopiero w piątek więc cały tydzień był troszkę nerwowy.
- niefajne: zdecydowaliśmy się z Benem, że zrobimy wspólną prezentację, bo wydawało nam się że na dwie osobne nie będziemy mieli wystarczająco materiału. W praniu okazało się, że każdy z nas spokojnie mógłby mówić osobno i też byśmy musieli coś z naszych prezentacji wycinać.
- fajne: było kilka naprawdę dobrych wykładów
- niefajne: szkoda tylko że dopiero ostatniego dnia
- niefajne: dwa pierwsze dni: tutoriale były jakąś totalną porażka. W poniedziałek był jeszcze ten track o DX11, ale z całego dnia gadania, warto było posłuchać chyba jedynie kolesia z DICEa (a i też bez przesady, wiekszość tego o czym mówił było już pokazane gdzieś wcześniej). Wtorek był totalnie pusty.
- niefajne: mało było wykładów które inspirowały. Zawsze po GDC miałem tak, że od razu chciałem wracać i coś pisać. Teraz mam to jedynie w niewielkim stopniu, a do tego głównie chciałem przetestować pewne rzeczy o których pomyślałem przygotowując się do własnego wykładu.
- fajne: GDC sie rozrosło, było na nim dużo więcej ludzi, ale zorganizowane było bardzo sprawnie. Nie zdażyło mi się nie wejść na jakiś wykład bo sala byłą pełna, tak jak to bywało w poprzednich latach. Sale były tak ustawione, że prawie zawsze pare wolnych miejsc jeszcze było.
- niefajne: GDC sie rozrosło, ale "normalnych" developerów wcale jakoś nie przybywa. Wiekszość do jacyś ludzie z marektingu albo jacyś studenci. Trzeba się było mocno narozglądać żeby na czyjejś plakietce przeczytać "Programmer", "Artist" albo "Designer"
- fajne: wbiłem się na fajny developerski obiad, gdzie mogłem poznać troche ludzi
- niefajne: niektórzy na tym obiedzie byli troche dziwni...
- niefajne: musiałem wziąć bezpłatny urlop w ND. Trochę podnosi to koszty całej imprezy...
- niefajne: już sie skończyło i musze wracać :(
Podsumowując wszystkie "fajne" i "niefajne" wychodzi chyba trochę więcej "niefajnych". I takie to GDC było - nie do końca fajne. Nie wiem czy zmienia się sama konferencja, czy może tylko ja sie starzeje i robię bardziej marudny?
Ciekawe kiedy będzie kolejna okazja gdzieś pojechać. SIGGRAPH raczej odpada, bo przecież U3 wychodzi w listopadzie. Może I3D albo GDC w przyszłym roku? Tylko najlepiej było by trzeba coś napisać, bo zauważyłem że to bardzo podnosi szansę znalezienia sie na jakiejś konferencji. Chyba muszę wziąć się za wymyślanie.
Kindle już sie trochę podładował, więc wracam do fascynujących przygód profesora Lidenbrocka.
(O no proszę! Na SFO jest darmowy internet! Więc mogę nawet to postnąć zanim rusze w drogę!)
GDC - dni 4-5
No i po GDC! Właśnie wróciłem z ostatniego wykładu. Dzisiaj rano był nasz talk, ale najpierw o tym co było wczoraj.
A wczoraj było nawet całkiem fajnie. Rano poszedłem na wyklad o occlusion cullingu w Killzonie 3. Koleś opowiadał bardzo rzeczowo, podał dużo szczegółów technicznych - fajny wykład. W Guerilla podeszli do tematu dość podobnie jak ludzie z DICE. Oba silniki renderują software'owo bufor głebokości (przed chwilą wpisałem "depth buffer", ale musze się pilnować - dzisiaj podszedł do mnie Polak z Intela a ja zacząłem do niego nawijać po angielsku...) a potem wykorzystują do go testów zasłaniania. DICE robi to w dużo mniejszej rozdzielczości (256x144), Guerilla robi to w fullresie. Trochę inaczej rozdzielają też obciążenie między poszczególne SPU (na PS3) - DICE rozdziela poszczególne trójkąty które są renderowane do różnych buforów, które następnie są mergowane w jeden, a Guerilla dzieli bufor na poziome paski z których każdy renderowany jest na innym jobie.
Potem miałem sie wybrać na wykład kolesia z Sony Santa Monica o kamerze w God of War 1-3 (bo przecież jak wszyscy pamietamy systemy sterowania kamerą to mój ulubiony temat). Byłem na jego wystąpieniu 3 lata temu i chciałem usłyszeć co ma do powiedzenia teraz. Koleś jednak, dość szczerze, zaczął od stwierdzenia że wiekszość wykładu będzie powtórzeniem tego co mówił kilka lat temu, więc się ulotniłem i poszwędałem po cześci wystawowej (po raz kolejny doszedłem do wniosku że 3DS jest fajny). Wstąpiłem też zerknąć na plakat "Saying goodbye to shadow acne" - jeśli ktoś jest zainteresowany to na sieci są już wszystkie szczegóły (konkretnie tutaj: http://www.dissidentlogic.com/)
Po lunchu był bardzo fajny talk (kurde, znowu sie nie pilnuje) o oświetleniu w Battlefieldzie. Mimo, że było to spojrzenie z czysto artystycznej strony, warto było posłuchać. Koleś pokazał dużo przykładów (kurde, ta giera jednak miażdży). Szczególnie duże wrażenie zrobiło na mnie to co ich artyści wyciągneli z mapowania kolorów w postprocessie (taki stary trick - bierze się screenshot do Photoshopa, podrasowuje poziomy, jasności itp, potem wciaga to go gry jako teksturkę 3d która na samym końcu łańcucha postprocessów robi przekształcenie RGB->RGB) Bardzo fajnie potrafią w ten sposób oddać pustynny charakter Afganistanu, czy gdzie ta gra się tam dzieje (bez tej korekcji kolorów wygląda to zupełnie normalnie). To był zdecydowanie najlepszy wykład na którym byłem do tamtego tego momentu.
Potem była trochę grucha. Zdecydowałem się pójść na wykład o systemie animacji prowadzony przez kolesia z Naughty Doga. Nie żebym go znał, albo chociaż zamienił z nim kiedykolwiek 2 słowa, ale w końcu pracujemy w tej samej firmie więc chciałem zobaczyć co ma do powiedzenia. I niestety nie miał za dużo. Skończył po 30 minutch (miał mówić godzine) i do tego nie powiedział nic interesującego - tylko że mają drzewka aniamacji definiowane w Lispie i tablice mapujące nazwy animacji, tak że mogą uzyskiwać inne zachowania dla różnych postaci stosując te same drzewka (no c'mon, przecież chyba każdy tak robi?).
Jako, że było wcześnie, zdążyłem sie załapać na końcówkę wystąpienia Petera Moulynoxa o Populusie. Peter jak zwykle czarował, ale publika była jak zwykle zachwycona. On jest jednak niezłym magikiem...
Potem skleiliśmy z Benem nasze prezentacje w jedną całość, poszliśmy coś zjeść i rozeszliśmy się. Ja wróciłem i przez kolejne 4 godziny klepałem swoją część prezentacji. Kiedy pod koniec zaczęło mnie boleć gardło, stwierdziłem że chyba lepiej już nie bedzie i poszedłem spać.
O dziwo spałen nawet całkiem nieźle. Wstałem o 8, zrobiłem jeszcze jeden przebieg testowy i poszedłem na miejsce. Rano były nawet całkiem fajne wykłady, ale jakoś nie dałem rady na żaden sie wybrać. Usiadłem sobie w "Speakers Lounge" i skupiłem sie na miarowym oddychaniu.
Nasz talk zaczynał się o 11:00, a poprzedni kończył o 10:30 - także mieliśmy 30 minut na podłączenie się. Poszło sprawnie i od 10:45 siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając aż w końcu będziemy mogli zacząć. Ludzi powoli przybywało. Przyszedł Peter-Pike Sloan, przyszedł Naty Hoffman, byli ludzie z DICE'a (Johan Andresson i Christina Coffin), gdzieś mi przez moment mrugnął Martin Mitting (ex-lead technologii w Cryteku, teraz w Epicu), byli Robert i Kuba Cupisz z Unity. W końcu sala zapełniła się całkowicie! Ludzie stali nawet pod ścianą! Maciek, jeszcze raz dzieki za reklame na Twitterze: dobra robota ;-)
Nasz talk był podzielony na dwie części. Najpierw mówił Ben - o pipelinie'a i szczegółach działania częsci runtimowej, potem wchodziłem ja i mówiłem swoją część o naszym systemie do global illumination. Ben miał wiecej materiału, ale plan był taki że miał skończyć w 35-37 minut. Mojej cześci było około 19, wiec mieliśmy mieć jeszcze koło 5 minut na pytania. Oczywiście Ben popłynął i zaczął się rozwodzić nad jakimiś pierdołami, i skonczył dopiero po 40 minutach. Moja cześć poszła w miare płynnie, ale na pytania zostało może 2-3 minuty. Ale i tak było spoko. Z paroma ludźmi pogadałem chwilę po talku. Poznałem Nate'go Hoffmana, podszedł do mnie Stephen Hill z Ubisoftu w Montrealu, z którym kiedyś wymieniłem pare maili - fajna sprawa spotkać potem takiego człowieka na żywo.
Skoczyliśmy z Benem na szybkie piwo, po czym on poszedł sie spotkać z siostrą, a ja powędrowałem na następne wykłady. I te ostatnie 3 na których byłem, byly zdecydowanie najlepszymi wykładami, których wysłuchałem na tegorocznym GDC.
Pierwszy był o renderingu skóry w jakiejś grze bokerskiej. Prowadziła go dziewczyna, która była tam jakimś zastępstwem i cały wykład przeczytała z kartki - do tego niemiłosiernie szybko. Ale treść była fajna i dobrze będzie się na spokojnie temu przyjrzeć za kilka dni.
Dalej był taki krótki wykład o antyaliasingu z Force Unleashed 2 - i to już była zupełna bombeczka. Koleś (AND) opowiadał jak to sobie prototypował antyaliasing w Photoshopie - kombinując z różnymi filtrami, ekstrakcją pewnych częsci obrazu itp - i jak już był zadowolony z rezultatu to napisał sobie to jako post-process i od razu wyglądało fajnie. Bardzo fajna metoda - zawsze byłem fanem prototypowania pewnych rzeczy w ten sposób.
Na samym końcu występował kolejny koleś z DICEa, który opowiedział o mega prostej i dającej mega wyglądające rezultaty metodzie fakowania SSS. Sprowadza się w zasadzie do stworzenia teksturki opisującej grubość obiektu i sprytnego połączenia tego z oświetleniem. Całość to 5 linijek HLSLa a wynik totalnie zwala z nóg (na stronie DICEa pewnie będą slady - warto)
I tak GDC 2011 sie skończyło! Do piątku miałem dość mieszane uczucia - bo było troche mało inspirujące, ale prezentacje z ostatniego dnia mocno podciągnęły średnią.
Wieczorem wbiliśmy się na kolację organizowaną przez twitterowe towarzystwo programistów enginowych. Jest taka grupka ludzi na Twitterze która dużo tweetuje we własnym towarzystwie i organizowali sobie dzisiaj kolacje celem spotkania się w realu (repi, ChristinaCoffin, daniel_collin, self_shadow, aras_p itp.). Czasem bąknie tam też coś mój znajomy z LH, który też był na GDC, i doszedł on do wniosku, że wszyscy (tzn ja i jeszcze jeden znajomy z LH) powinniśmy na tą kolacje sie wybrać. Z braku lepszych rzeczy do roboty zgodziłem się (zwłaszcza że czytam co ci ludzie piszą, bo czasem wysyłają ciekawe linki). Kolacja okazała się być strasznie fajna. Poznałem kilku bardzo fajnych ludzi z Ubisoftu (wszystkim podobała sie przezentacja :) Była to co prawada impreza głównie siedząca, wiec miałem okazję pogadać jedynie z najbliższymi sąsiadami - Mickael'em Gilabertem (technical lead z Ubisoftu - przy okazji: gadam sobie z nim o życiu w Kanadzie, wspominam że mam kumpla w Londynie, w Digital Extremes a on na to "ah! of course! msinilo from twitter!" :) Tobias'em Berghoff'em z Sony i Christiną Coffin z DICEa. Było całkiem sympatycznie - fajne zakończenie GDC. Mam kilka fotek, które gdzieś pewnie wrzucę.
A właśnie! Być może wrzuce je na własną strone! Bo stwierdziłem, że skoro zrobiliśmy talka to publika powinna mieć skąd go ściągnąć. I od wczoraj jestem właścicielem domeny "miciwan.com"! Póki co jeszcze nic tam nie ma, ale obiecuje jak najszybciej wrzucić chociaż slajdy.
A teraz ide spać, bo jest 1:33 w nocy.
A wczoraj było nawet całkiem fajnie. Rano poszedłem na wyklad o occlusion cullingu w Killzonie 3. Koleś opowiadał bardzo rzeczowo, podał dużo szczegółów technicznych - fajny wykład. W Guerilla podeszli do tematu dość podobnie jak ludzie z DICE. Oba silniki renderują software'owo bufor głebokości (przed chwilą wpisałem "depth buffer", ale musze się pilnować - dzisiaj podszedł do mnie Polak z Intela a ja zacząłem do niego nawijać po angielsku...) a potem wykorzystują do go testów zasłaniania. DICE robi to w dużo mniejszej rozdzielczości (256x144), Guerilla robi to w fullresie. Trochę inaczej rozdzielają też obciążenie między poszczególne SPU (na PS3) - DICE rozdziela poszczególne trójkąty które są renderowane do różnych buforów, które następnie są mergowane w jeden, a Guerilla dzieli bufor na poziome paski z których każdy renderowany jest na innym jobie.
Potem miałem sie wybrać na wykład kolesia z Sony Santa Monica o kamerze w God of War 1-3 (bo przecież jak wszyscy pamietamy systemy sterowania kamerą to mój ulubiony temat). Byłem na jego wystąpieniu 3 lata temu i chciałem usłyszeć co ma do powiedzenia teraz. Koleś jednak, dość szczerze, zaczął od stwierdzenia że wiekszość wykładu będzie powtórzeniem tego co mówił kilka lat temu, więc się ulotniłem i poszwędałem po cześci wystawowej (po raz kolejny doszedłem do wniosku że 3DS jest fajny). Wstąpiłem też zerknąć na plakat "Saying goodbye to shadow acne" - jeśli ktoś jest zainteresowany to na sieci są już wszystkie szczegóły (konkretnie tutaj: http://www.dissidentlogic.com/)
Po lunchu był bardzo fajny talk (kurde, znowu sie nie pilnuje) o oświetleniu w Battlefieldzie. Mimo, że było to spojrzenie z czysto artystycznej strony, warto było posłuchać. Koleś pokazał dużo przykładów (kurde, ta giera jednak miażdży). Szczególnie duże wrażenie zrobiło na mnie to co ich artyści wyciągneli z mapowania kolorów w postprocessie (taki stary trick - bierze się screenshot do Photoshopa, podrasowuje poziomy, jasności itp, potem wciaga to go gry jako teksturkę 3d która na samym końcu łańcucha postprocessów robi przekształcenie RGB->RGB) Bardzo fajnie potrafią w ten sposób oddać pustynny charakter Afganistanu, czy gdzie ta gra się tam dzieje (bez tej korekcji kolorów wygląda to zupełnie normalnie). To był zdecydowanie najlepszy wykład na którym byłem do tamtego tego momentu.
Potem była trochę grucha. Zdecydowałem się pójść na wykład o systemie animacji prowadzony przez kolesia z Naughty Doga. Nie żebym go znał, albo chociaż zamienił z nim kiedykolwiek 2 słowa, ale w końcu pracujemy w tej samej firmie więc chciałem zobaczyć co ma do powiedzenia. I niestety nie miał za dużo. Skończył po 30 minutch (miał mówić godzine) i do tego nie powiedział nic interesującego - tylko że mają drzewka aniamacji definiowane w Lispie i tablice mapujące nazwy animacji, tak że mogą uzyskiwać inne zachowania dla różnych postaci stosując te same drzewka (no c'mon, przecież chyba każdy tak robi?).
Jako, że było wcześnie, zdążyłem sie załapać na końcówkę wystąpienia Petera Moulynoxa o Populusie. Peter jak zwykle czarował, ale publika była jak zwykle zachwycona. On jest jednak niezłym magikiem...
Potem skleiliśmy z Benem nasze prezentacje w jedną całość, poszliśmy coś zjeść i rozeszliśmy się. Ja wróciłem i przez kolejne 4 godziny klepałem swoją część prezentacji. Kiedy pod koniec zaczęło mnie boleć gardło, stwierdziłem że chyba lepiej już nie bedzie i poszedłem spać.
O dziwo spałen nawet całkiem nieźle. Wstałem o 8, zrobiłem jeszcze jeden przebieg testowy i poszedłem na miejsce. Rano były nawet całkiem fajne wykłady, ale jakoś nie dałem rady na żaden sie wybrać. Usiadłem sobie w "Speakers Lounge" i skupiłem sie na miarowym oddychaniu.
Nasz talk zaczynał się o 11:00, a poprzedni kończył o 10:30 - także mieliśmy 30 minut na podłączenie się. Poszło sprawnie i od 10:45 siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając aż w końcu będziemy mogli zacząć. Ludzi powoli przybywało. Przyszedł Peter-Pike Sloan, przyszedł Naty Hoffman, byli ludzie z DICE'a (Johan Andresson i Christina Coffin), gdzieś mi przez moment mrugnął Martin Mitting (ex-lead technologii w Cryteku, teraz w Epicu), byli Robert i Kuba Cupisz z Unity. W końcu sala zapełniła się całkowicie! Ludzie stali nawet pod ścianą! Maciek, jeszcze raz dzieki za reklame na Twitterze: dobra robota ;-)
Nasz talk był podzielony na dwie części. Najpierw mówił Ben - o pipelinie'a i szczegółach działania częsci runtimowej, potem wchodziłem ja i mówiłem swoją część o naszym systemie do global illumination. Ben miał wiecej materiału, ale plan był taki że miał skończyć w 35-37 minut. Mojej cześci było około 19, wiec mieliśmy mieć jeszcze koło 5 minut na pytania. Oczywiście Ben popłynął i zaczął się rozwodzić nad jakimiś pierdołami, i skonczył dopiero po 40 minutach. Moja cześć poszła w miare płynnie, ale na pytania zostało może 2-3 minuty. Ale i tak było spoko. Z paroma ludźmi pogadałem chwilę po talku. Poznałem Nate'go Hoffmana, podszedł do mnie Stephen Hill z Ubisoftu w Montrealu, z którym kiedyś wymieniłem pare maili - fajna sprawa spotkać potem takiego człowieka na żywo.
Skoczyliśmy z Benem na szybkie piwo, po czym on poszedł sie spotkać z siostrą, a ja powędrowałem na następne wykłady. I te ostatnie 3 na których byłem, byly zdecydowanie najlepszymi wykładami, których wysłuchałem na tegorocznym GDC.
Pierwszy był o renderingu skóry w jakiejś grze bokerskiej. Prowadziła go dziewczyna, która była tam jakimś zastępstwem i cały wykład przeczytała z kartki - do tego niemiłosiernie szybko. Ale treść była fajna i dobrze będzie się na spokojnie temu przyjrzeć za kilka dni.
Dalej był taki krótki wykład o antyaliasingu z Force Unleashed 2 - i to już była zupełna bombeczka. Koleś (AND) opowiadał jak to sobie prototypował antyaliasing w Photoshopie - kombinując z różnymi filtrami, ekstrakcją pewnych częsci obrazu itp - i jak już był zadowolony z rezultatu to napisał sobie to jako post-process i od razu wyglądało fajnie. Bardzo fajna metoda - zawsze byłem fanem prototypowania pewnych rzeczy w ten sposób.
Na samym końcu występował kolejny koleś z DICEa, który opowiedział o mega prostej i dającej mega wyglądające rezultaty metodzie fakowania SSS. Sprowadza się w zasadzie do stworzenia teksturki opisującej grubość obiektu i sprytnego połączenia tego z oświetleniem. Całość to 5 linijek HLSLa a wynik totalnie zwala z nóg (na stronie DICEa pewnie będą slady - warto)
I tak GDC 2011 sie skończyło! Do piątku miałem dość mieszane uczucia - bo było troche mało inspirujące, ale prezentacje z ostatniego dnia mocno podciągnęły średnią.
Wieczorem wbiliśmy się na kolację organizowaną przez twitterowe towarzystwo programistów enginowych. Jest taka grupka ludzi na Twitterze która dużo tweetuje we własnym towarzystwie i organizowali sobie dzisiaj kolacje celem spotkania się w realu (repi, ChristinaCoffin, daniel_collin, self_shadow, aras_p itp.). Czasem bąknie tam też coś mój znajomy z LH, który też był na GDC, i doszedł on do wniosku, że wszyscy (tzn ja i jeszcze jeden znajomy z LH) powinniśmy na tą kolacje sie wybrać. Z braku lepszych rzeczy do roboty zgodziłem się (zwłaszcza że czytam co ci ludzie piszą, bo czasem wysyłają ciekawe linki). Kolacja okazała się być strasznie fajna. Poznałem kilku bardzo fajnych ludzi z Ubisoftu (wszystkim podobała sie przezentacja :) Była to co prawada impreza głównie siedząca, wiec miałem okazję pogadać jedynie z najbliższymi sąsiadami - Mickael'em Gilabertem (technical lead z Ubisoftu - przy okazji: gadam sobie z nim o życiu w Kanadzie, wspominam że mam kumpla w Londynie, w Digital Extremes a on na to "ah! of course! msinilo from twitter!" :) Tobias'em Berghoff'em z Sony i Christiną Coffin z DICEa. Było całkiem sympatycznie - fajne zakończenie GDC. Mam kilka fotek, które gdzieś pewnie wrzucę.
A właśnie! Być może wrzuce je na własną strone! Bo stwierdziłem, że skoro zrobiliśmy talka to publika powinna mieć skąd go ściągnąć. I od wczoraj jestem właścicielem domeny "miciwan.com"! Póki co jeszcze nic tam nie ma, ale obiecuje jak najszybciej wrzucić chociaż slajdy.
A teraz ide spać, bo jest 1:33 w nocy.
czwartek, 3 marca 2011
GDC - dni 2-3
Zgodnie z obietnicą miałem zacząć od strasburgerowego żarciku, ale zbliża się północ i jakoś nie mam weny (a sieć mi słabo działa i nic nie mogę wygooglować...) - postaram się coś wymyślić następnym razem.
Wczoraj nic nie napisałem, ale dlatego, że nic ciekawego sie nie działo. W sesjach była totalna posucha - wtorek to jeszcze dzień tutoriali, ale były same jakieś kiepskie. To znaczy kiepsko to one wyglały na papierze, bo tak na przykład Google na swoich warsztatach z Androida rozdawał laptopy. Ja oczywiście dowiedziałem się o tym po fakcie.
O 14 usiedliśmy z Benem zrobić jeszcze troche poprawek w prezentacji. Po raz kolejny okazało się, że jestem absolutnym mistrzem użycia przedimków angielskich ("a" i "the") bo w mojej 20-minutowej wypowiedzi musieliśmy ich dopisać chyba milion. Wygląda na to, że umiejętność sprawnego się nimi posługiwania chyba nigdy nie będzie mi dana. A w piątek pewnie i tak połowę z nich ominę.
O 15 zrobiliśmy sobie testową przezentacje - w sali, z projektorem i mikrofonami. Oczywiście było średnio - ja nawijałem jak głupi, bo w notatkach zapisałem sobie za dużo tekstu. Przez ostatnie pare godzin wycinałem kolejne zdania próbując zachować jakiś sens - teraz chyba jest już nieźle.
Dzisiaj zaczęło się od keynotu - mówili dwaj kolesie z Nintendo. Japoniec - Satoru Iwata - był jeszcze spoko - najpierw pogadał o tym jak to kiedyś robił gry i nie rozumiał że "content is king", potem ponarzekał trochę, że platformy społecznościowe nie dbają o jakość gier jakie są na nie wydawane, że zależy im tylko na ich dużej ilości - było to wszystko do rzeczy. Niestety jego amerykański odpowiednik ktory wkroczył w pewnym momencie na scene, po prostu przez 20 minut reklamował nowego 3DSa.
Samą konsolkę miałem okazję zobaczyć na Expo. Jest fajniutka - ma bardzo fajny ekran - coś jak ten z iPhone'a 4 - wysoka rozdziałka i duży kontrast. Nie miałem okazji w nic pograć, bo przy stoisku Nintendo był jakiś dziki tłum, ale to w końcu Nintendo, wiec giery pewno będą fajne (zapowiedzieli m.in. Mario na 3DSa!).
Sama cześć wystawowa GDC mocno się rozrosła. Fajne stoiska ma Crytek (pokazują Crysisa 2 w 3D który bardzo robi), Intel, Sony (MaciekS: chciałem ich podpytac o te stalle DMA w Tunerze, ale koleś po 10 minutach prób odpalenie jakiegokolwiek sampla zrezygnował i poprosił żebym do niego napisał maila) nVidia - gdzie można było pograć w Bulletstorama w 3d (dobre, gratz ziomy). U nVidii spotkałem też Dana Wexlera który prowadził mój segment na Siggraphie w 2009 i który oczywiście totalnie mnie nie pamietał.
Byłem dzisiaj na dwóch sesjach ludzi z DICE'a - nowy Battlefield wygląda nieziemsko, więc chciałem poznać trochę szczegółów technicznych. Rano było o oświetleniu na SPU. Było niby ok, ale wyszedłem z jakimś niedosytem - bo było to czego można było sie spodziewać - dzielą sobie framebuffer na małe kawałki, wrzucają na SPU i liczą. Drugi talk był o cullingu - i tu było podobnie, bo cały myk polega na przerzucaniu wszystkich obiektów w świecie przez test bryły widzenia, który z powodu rozgrzania cachu jest diablo szybki. I to wszystko jest bomba - to działa i daje fajne rezultaty, ale jakoś po tych talkach oczekiwałem wiekszego "wow".
Bardzo fajny był natomiast wyklad o debugowaniu releasowych buildów, zwłaszcza kiedy się wywalają. Koleś był bardzo zabawawny, było dużo historyjek (dowiedzialem się np, że podczas misji łazików na marsie lag jest ok. 20 minutowy!), były przykłady ze wszystkich platform.
Ostatnią rzeczą która dzisiaj widziałem była prezentacja o designowaniu zagadek w Limbo. Koleś mówił o tym jak starali sie projektować puzzle tak, żeby typowe zachowanie gracza w pierwszym momencie było totalnym przeciwieństwem tego co trzeba było zrobić. Pokazał edytor i zrobił mały puzzle na miejscu. Edytor w ogóle niezły, bo bloczki do wizualnego skryptowania ustawia sie jako cześć planszy, wiec nie dość że jest w nich totalny mess, to jeszcze jest to pomieszane z graficznymi elementami levelu :)
Przez cały czas spotkałem paru znajomych ludzi - przywitałem się z Peterem-Pikiem Sloanem (z którym robiłem talka na Siggraph), spotkałem babkę z HRu Naughty Doga i wypatrzyłem parę "osobistości" - Wolfganga Engela, Naty'ego Hoffman'a. Ale ogólnie GDC strasznie sie rozrosło. Jak byłem tam pierwszy raz, to wszystko obywało się w jedym z trzech budynków składających sie na to centrum konferencyjne. Teraz, konferencja zajmuje je wszystkie i do tego jest całkiem ciasnawo. Ale najciekawsze jest to, że jak patrze na plakietki tych ludzi którzy się wokół kręcą, to jakaś połowa nie jest nawet developerami...
Jutro kolejne sesje. Wieczorem w czwartek są standardowo imprezki (MichałM: dzięki za zaproszenie na tą Ubisoftu!) ale pewnie pójde jedynie na momencik - w końcu w piątek rano musze być w pełni dyspozycyjny!
Wczoraj nic nie napisałem, ale dlatego, że nic ciekawego sie nie działo. W sesjach była totalna posucha - wtorek to jeszcze dzień tutoriali, ale były same jakieś kiepskie. To znaczy kiepsko to one wyglały na papierze, bo tak na przykład Google na swoich warsztatach z Androida rozdawał laptopy. Ja oczywiście dowiedziałem się o tym po fakcie.
O 14 usiedliśmy z Benem zrobić jeszcze troche poprawek w prezentacji. Po raz kolejny okazało się, że jestem absolutnym mistrzem użycia przedimków angielskich ("a" i "the") bo w mojej 20-minutowej wypowiedzi musieliśmy ich dopisać chyba milion. Wygląda na to, że umiejętność sprawnego się nimi posługiwania chyba nigdy nie będzie mi dana. A w piątek pewnie i tak połowę z nich ominę.
O 15 zrobiliśmy sobie testową przezentacje - w sali, z projektorem i mikrofonami. Oczywiście było średnio - ja nawijałem jak głupi, bo w notatkach zapisałem sobie za dużo tekstu. Przez ostatnie pare godzin wycinałem kolejne zdania próbując zachować jakiś sens - teraz chyba jest już nieźle.
Dzisiaj zaczęło się od keynotu - mówili dwaj kolesie z Nintendo. Japoniec - Satoru Iwata - był jeszcze spoko - najpierw pogadał o tym jak to kiedyś robił gry i nie rozumiał że "content is king", potem ponarzekał trochę, że platformy społecznościowe nie dbają o jakość gier jakie są na nie wydawane, że zależy im tylko na ich dużej ilości - było to wszystko do rzeczy. Niestety jego amerykański odpowiednik ktory wkroczył w pewnym momencie na scene, po prostu przez 20 minut reklamował nowego 3DSa.
Samą konsolkę miałem okazję zobaczyć na Expo. Jest fajniutka - ma bardzo fajny ekran - coś jak ten z iPhone'a 4 - wysoka rozdziałka i duży kontrast. Nie miałem okazji w nic pograć, bo przy stoisku Nintendo był jakiś dziki tłum, ale to w końcu Nintendo, wiec giery pewno będą fajne (zapowiedzieli m.in. Mario na 3DSa!).
Sama cześć wystawowa GDC mocno się rozrosła. Fajne stoiska ma Crytek (pokazują Crysisa 2 w 3D który bardzo robi), Intel, Sony (MaciekS: chciałem ich podpytac o te stalle DMA w Tunerze, ale koleś po 10 minutach prób odpalenie jakiegokolwiek sampla zrezygnował i poprosił żebym do niego napisał maila) nVidia - gdzie można było pograć w Bulletstorama w 3d (dobre, gratz ziomy). U nVidii spotkałem też Dana Wexlera który prowadził mój segment na Siggraphie w 2009 i który oczywiście totalnie mnie nie pamietał.
Byłem dzisiaj na dwóch sesjach ludzi z DICE'a - nowy Battlefield wygląda nieziemsko, więc chciałem poznać trochę szczegółów technicznych. Rano było o oświetleniu na SPU. Było niby ok, ale wyszedłem z jakimś niedosytem - bo było to czego można było sie spodziewać - dzielą sobie framebuffer na małe kawałki, wrzucają na SPU i liczą. Drugi talk był o cullingu - i tu było podobnie, bo cały myk polega na przerzucaniu wszystkich obiektów w świecie przez test bryły widzenia, który z powodu rozgrzania cachu jest diablo szybki. I to wszystko jest bomba - to działa i daje fajne rezultaty, ale jakoś po tych talkach oczekiwałem wiekszego "wow".
Bardzo fajny był natomiast wyklad o debugowaniu releasowych buildów, zwłaszcza kiedy się wywalają. Koleś był bardzo zabawawny, było dużo historyjek (dowiedzialem się np, że podczas misji łazików na marsie lag jest ok. 20 minutowy!), były przykłady ze wszystkich platform.
Ostatnią rzeczą która dzisiaj widziałem była prezentacja o designowaniu zagadek w Limbo. Koleś mówił o tym jak starali sie projektować puzzle tak, żeby typowe zachowanie gracza w pierwszym momencie było totalnym przeciwieństwem tego co trzeba było zrobić. Pokazał edytor i zrobił mały puzzle na miejscu. Edytor w ogóle niezły, bo bloczki do wizualnego skryptowania ustawia sie jako cześć planszy, wiec nie dość że jest w nich totalny mess, to jeszcze jest to pomieszane z graficznymi elementami levelu :)
Przez cały czas spotkałem paru znajomych ludzi - przywitałem się z Peterem-Pikiem Sloanem (z którym robiłem talka na Siggraph), spotkałem babkę z HRu Naughty Doga i wypatrzyłem parę "osobistości" - Wolfganga Engela, Naty'ego Hoffman'a. Ale ogólnie GDC strasznie sie rozrosło. Jak byłem tam pierwszy raz, to wszystko obywało się w jedym z trzech budynków składających sie na to centrum konferencyjne. Teraz, konferencja zajmuje je wszystkie i do tego jest całkiem ciasnawo. Ale najciekawsze jest to, że jak patrze na plakietki tych ludzi którzy się wokół kręcą, to jakaś połowa nie jest nawet developerami...
Jutro kolejne sesje. Wieczorem w czwartek są standardowo imprezki (MichałM: dzięki za zaproszenie na tą Ubisoftu!) ale pewnie pójde jedynie na momencik - w końcu w piątek rano musze być w pełni dyspozycyjny!
wtorek, 1 marca 2011
GDC - dzień 1
Zgodnie z obietnicą zaczynam sprawozdanie z GDC.
Do San Francisco przyleciałem w niedzielę. Lot z Los Angeles trwał raptem godzine - fajna sprawa - ledwo wystartowaliśmy i już trzeba sie było przygotowywać do lądowania.
San Francisco wydaje się jakieś smutne. Virgin Store na rogu 4th i Market zamknięte (choć to chyba ogólnoświatowy trend), sklepy Sony naprzeciwko Moscone też. Zlikwidowali sklep Disneya przy Union Square, a stojącego obok Bordersa właśnie likwidują. Tylko GDC w tym samym centrum co zawsze, tylko zamiast w jednym budynku jak w 2005, teraz odbywa się już we wszystkich trzech.
Poniedziałek i wtorek to zawsze dzień tutoriali. Nigdy wcześniej na nich nie byłem, ale chyba niewiele straciłem. Poszedłem na te poświecone DX11 i okazły się być jakąś totalną porażką. Wiekszość prowadzących nie powiedziała absolutnie niczego ciekawego. Chwalebnym wyjątkiem był Johan Andrersson z DICE'a (opowiadał o użyciu DX11 w silniku Battlefielda 3) ale akurat on zazwyczaj mówi z sensem.
Potem było już tak tragicznie, że koło 17 po prostu się ulotniłem. Jest tu akurat kilkoro ludzi z którymi pracowałem w LH wiec troche się poszwędaliśmy po okolicy i wypiliśmy pare piw.
Dzisiaj chyba będzie jeszcze gorzej, bo jedyne dostępne opcje to tutorial Kinecta (chyba sobie jednak daruje...) albo Unity - tam może na chwile się przejdę, bo pracuje tam jeden Polak, zobaczę kto to taki.
A o 15 robimy sobie testową prezentacje. Cały czas mówię o jakieś 3-4 minuty za długo. Albo będę musiał coś przyciąć, albo mówić znacząco szybciej. Trochę zaczynam sobie pluć w brodę, że nie zdecydowaliśmy się zrobić z tego materiału dwóch osobnych sesji. Ben też trochę narzeka, że miejscami chciałby powiedzieć więcej - ale cóż, może następnym razem.
Wczoraj trochę się przeraziłem na tych tutorialach, bo wiekszość mówiących chodziła i mówiła jednocześnie! Ja taki gonzo chyba jednak nie będę i będę się trzymał pulpitu...
Do San Francisco przyleciałem w niedzielę. Lot z Los Angeles trwał raptem godzine - fajna sprawa - ledwo wystartowaliśmy i już trzeba sie było przygotowywać do lądowania.
San Francisco wydaje się jakieś smutne. Virgin Store na rogu 4th i Market zamknięte (choć to chyba ogólnoświatowy trend), sklepy Sony naprzeciwko Moscone też. Zlikwidowali sklep Disneya przy Union Square, a stojącego obok Bordersa właśnie likwidują. Tylko GDC w tym samym centrum co zawsze, tylko zamiast w jednym budynku jak w 2005, teraz odbywa się już we wszystkich trzech.
Poniedziałek i wtorek to zawsze dzień tutoriali. Nigdy wcześniej na nich nie byłem, ale chyba niewiele straciłem. Poszedłem na te poświecone DX11 i okazły się być jakąś totalną porażką. Wiekszość prowadzących nie powiedziała absolutnie niczego ciekawego. Chwalebnym wyjątkiem był Johan Andrersson z DICE'a (opowiadał o użyciu DX11 w silniku Battlefielda 3) ale akurat on zazwyczaj mówi z sensem.
Potem było już tak tragicznie, że koło 17 po prostu się ulotniłem. Jest tu akurat kilkoro ludzi z którymi pracowałem w LH wiec troche się poszwędaliśmy po okolicy i wypiliśmy pare piw.
Dzisiaj chyba będzie jeszcze gorzej, bo jedyne dostępne opcje to tutorial Kinecta (chyba sobie jednak daruje...) albo Unity - tam może na chwile się przejdę, bo pracuje tam jeden Polak, zobaczę kto to taki.
A o 15 robimy sobie testową prezentacje. Cały czas mówię o jakieś 3-4 minuty za długo. Albo będę musiał coś przyciąć, albo mówić znacząco szybciej. Trochę zaczynam sobie pluć w brodę, że nie zdecydowaliśmy się zrobić z tego materiału dwóch osobnych sesji. Ben też trochę narzeka, że miejscami chciałby powiedzieć więcej - ale cóż, może następnym razem.
Wczoraj trochę się przeraziłem na tych tutorialach, bo wiekszość mówiących chodziła i mówiła jednocześnie! Ja taki gonzo chyba jednak nie będę i będę się trzymał pulpitu...
niedziela, 27 lutego 2011
Steki i Czeki
Dzisiaj nie ma wstępu. Był, ale był głupi więc go skasowałem. Od razu lecę z koksem.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.
piątek, 25 lutego 2011
Fuck yeah!
niedziela, 20 lutego 2011
O Kalifornii, jedzeniu i wynajmowaniu mieszkania
No to lecimy dalej.
Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)
Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.
Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.
W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.
Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).
Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!
Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.
W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.
Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.
Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).
Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...
Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)
Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.
Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.
W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.
Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).
Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!
Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.
W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.
Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.
Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).
Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...
Pierwszy tydzień
Ten wpis to właściwie miał być w środe. Bo okazało się, że w środy (troche liczę, że we wszystkie) Naughty Dog serwuje pracownikom obiad (tzn angielsko-amerykański "dinner") więc oszczędzono mi konieczności przygotowywania kolacji. A wbrew pozorom nie jest to takie proste - moja lodówka tutaj albo mrozi na maxa albo nie chłodzi w ogóle. Z dwojga złego wolę jednak pierwszą opcję, więc przed każdym posiłkiem zmuszony jestem przeprowadzać sesję rozmrażania. Przy okazji może sie nasuwać pytanie czy po tak podanym pracownikom posiłku firma nie oczekuje że będą oni siedzieć w pracy dłużej. Otóż nie! Obiad podano o godzinie 7 a już o 8-8:30 wszyscy zaczęli się normalnie (bo przecież crunchu nie ma) rozchodzić do domów. Brzmi intrygująco? Niestety, aby poznać szczegóły należy przeczytać jeszcze kilka akapitów.
To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.
W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.
Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)
W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.
Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)
Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.
I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.
Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.
Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...
To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.
W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.
Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)
W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.
Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)
Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.
I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.
Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.
Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...
czwartek, 10 lutego 2011
Back in business
No widzę nie ma wyjścia - musze pisać. Co prawda reaktywacja miała być z nienacka, ale Sokół mnie uprzedził na facebooku. No to jedziemy z koksem.
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
