No widzę nie ma wyjścia - musze pisać. Co prawda reaktywacja miała być z nienacka, ale Sokół mnie uprzedził na facebooku. No to jedziemy z koksem.
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Jeszcze raz gratulacje z powodu ślubu. :)
OdpowiedzUsuńOby więcej wpisów.
M.M
Wlasnie, wszyscy sa ciekawi jak tam jest. Bylibysmy wdzieczni za info + fotografie. Lot samolotem trwa chyba wystarczajaco dlugo, zeby napisac ksiazke ;)
OdpowiedzUsuńJa pare razy wypozyczalem samochod na moje polskie prawo jazdy - zawsze dzialalo. Nawet pare dni temu? :(
OdpowiedzUsuńT.G.
Bo widzisz, to jest tak: po pierwsze to zależy od stanu w którym jesteś. A po drugie: jak jesteś przejazdem to oczywiście wszystko jest ok. Dopiero jak zostajesz rezydentem to nagle przestajesz umieć jeździć samochodem.
OdpowiedzUsuń