Dzisiaj nadaje już z nowego mieszkania! W końcu wyprowadziłem sie z mojego tymczasowgo lokum nad oceanem. Tutaj co prawda nie widać z okien wody ale za to do pracy mam piechotą pięć minut. Całkiem fajna sprawa jak się kończy o 8:30 wieczorem.
Poprzednim razem zapomniałem wspomnieć ale mieszkanie wyczaiła w sieci Mysza. W zasadzie mogłem sie już do niego przeprowadzić przed wyjazdem na GDC, ale że hotel nad oceanem był zarezerwowany (i zapłacony) na cały miesiąc, stwierdziłem że nie będę się spieszyć. Wczoraj utwierdziłem się w przekonaniu, że była to znakomita decyzja.
Tak jak już pewnie wspominałem mieszkanie jest nieumeblowane. Wydawało mi się, że nie będzie to stanowiło problemu - zrobię rundkę do Ikei i kupie najpotrzebniejsze rzeczy. Oczywiście liczyłem się z faktem, że pare nocy będę musiał przespać na podłodze, ale przecież w sypialniach jest tu gruba, miekka wykładzina a poza tym nie byłby to pierwszy raz.
Wczoraj z biura, wracałem już na swoje. Po drodze wpadłem do pobliskiego sklepu poszukać czegoś w co mógłbym się na tej podłodze zawinąć. Zakupiłem najlepszy substytut koca jaki mogłem znaleźć - Snuggie. Snuggie to swoją drogą genialny wynalazek. Ktoœ chyba zaczął sie kiedyś zastanawiać co jest największym problemem jak człowiek się zawinie w koc. Oczywista sprawa - żeby obsłużyć pilota, sięgnąć po herbatę czy podrapać się po głowie trzeba odwinąć sobie rękę - a to jak wiadomo jest niefajne. I ten ktoś wymyślił koc z rękawami - Snuggie. Dzięki temu zachowuje się pełną sprawnoœć manualną nie tracąc jednocześnie izolacji.
Z tym Snuggie'm potruchtałem do domu i zacząłem się przygotowywać do spania.
Zasnąć to zasnąłem momentalnie, ale już koło 2 w nocy okazało się, że albo się starzeje, albo ta wykładzina to jednak wcale nie jest taka gruba. Było pioruńsko twardo, a to tego zimno jak diabli. Próbowałem wyściełać sobie podłogę ręcznikami (nie działa, ew. miałem za mało ręczników), próbowałem robić sobie posłanie z worka z brudnymi koszulkami (w końcu został poduszką), ale była jakaœ tragedia.
Dobrze, że już w sobote moje problemy się skończą - jadę do Ikei. Na początku był pomysł (znowu Myszy) żeby sobie wszystko zamówić przez internet, ale okazało się trasport byłby dopiero za jakiœ tydzień do tego całkiem drogi. Ale za to już za $20 można sobie wynająć vana - takiego jakim jeździła drużyna A. No może nie identycznego, bo ma jakieœ logo z boku wynajmującej firmy, ale nie będę się czepiać.
Sobota to w ogóle będzie mały Dzień Dziecka bo dostanę też internet. Stwierdziłem, że nie ma co sie bawić w tutejszą telewizję, bo raz: oprócz programów o odchudzaniu i telesklepu to nic w niej prawie nie ma, a dwa: jak już coś jest to jest przerywane reklamami z częstotliwością 2 razy większą niż w Polsce. Jest to na tyle irytujące, że do obejrzenia czegokolwiek dłuższego niż pół godziny potrzeba nerwów ze stali. Ostatnio próbowałem przebrnąć przez pierwsze (czwarte) Gwiezdne Wojny, ale do ataku na Gwiazdę Śmierci nie dotrwałem. Dlatego postowiłem uszanować swoje zdrowie psychiczne i zainstalować jedynie internet. Będzie za to 20Mbitów więc wszystki Dr House'y, Grey's Anatomy, Breaking Bad'y i inne Desperate Housewives będziemy streamować z Hulu, Netflixa. Ewnetualnie ze źródeł alternatywnych.
A na koniec link do naszych ślubnych fotek - tutaj - tym razem od profesjonalisty. Choć dużo osób je już widziało, to pewnie jeszcze nie wszyscy. Mariusz-fotograf przesadnie się z ich obróbką nie spieszył (miał na to 40 dni i dokładnie tyle to trwało), ale efekt jest na tyle dobry, że jestem mu to w stanie wybaczyć.
piątek, 11 marca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Publikowanie komentarza