niedziela, 22 maja 2011

O amerykańskim prawie jazdy

Długo nic nie było, ale to dlatego że nie działo się nic o czym warto było pisać. Ale teraz jest! W zeszłym tygodniu stałem się pełnoprawnym rezydentem Kalifornii - dostałem lokalne prawo jazdy (Aneta zresztą też, nawet wcześniej ode mnie).
Zasadniczo jest tak, że jak się tu przyjeżdża na trochę to można jeździć na dowolnym prawku z całego świata. Dlatego kiedy chce się wynająć samochód to nie ma żadnego problemu - pani w Hertzu z uśmiechem zapyta która pozycja na kartoniku to numer prawa jazdy, strasznie się zdziwi jak jej powiemy, że polskie prawo jazdy nie ma terminu ważności - ale już chwile później możemy pędzić Mustangiem po amerykańskiej autostradzie (albo jak to bywa w moim przypadku - Chevroletem Aveo).
Kiedy natomiast się tu przeprowadzamy, to żeby jeździć, w ciągu trzech tygodni należy postarać się o prawo jazdy lokalne. Oczywiście, jak prawdziwy Polak, nie zamierzałem się przejmować takimi pierdołami i jak trzeba było coś załatawić to wynajmowałem auto na polskie.
I pewnie robiłbym tak dalej gdyby nie okazało się, że kupić samochodu to już niestety bez kalifornijskiego papierka się nie da. No dobra, kupić to może się da, ale już ubezpieczyć to nie bardzo, a bez ubezpieczenia nie wyjedzie się od dealera (zresztą ja i tak nie jestem hardcorem i bez ubezpieczenia bym nie jeździł).
Chcąc nie chcąć trzeba było to prawko zrobić. Obcokrajowcy posiadający dokument ze swojego kraju nie muszą na szczęscie chodzić na kurs, ale egzamin trzeba normalnie zdać (ale jak ktoś się przeprowadza z innego stanu to już dostaje lokalne prawko bez niczego).
Cała procedura zaczyna się od wizyty w DMV - Department of Motor Vehicles. Na tą instytucję klną absolutnie wszyscy - głównie z powodu czasu oczekiwania. Jak wejdzie sie z ulicy to należy się przygotować na spedzenie co najmniej 40 minut czakając aż wywołają nasz numerek. Potem już jest z górki - pani daje nam papierki do wypełnienia i książeczke z przepisami ruchu (oczywiście z Arnoldem na pierwszej stronie).
Jak przystało na Amerykę, przepisy drogowe jest w stanie zrozumieć średnio inteligentny szympans. Znaków jest może ze 20 a do tego 90% z nich oprócz piktogramów ma pod spodem słowny opis. Właściwie jedyną wartą zapamiętania rzeczą są wszystkie występujące w książeczce liczby - jakieś ograniczenia prędkości, dopuszczalne ładowności i odległości w jakich można stawać od hydrantu. Wszystko inne jest tak oczywiste, że szkoda czasu na czytanie (jak ktoś chciałby się przekonać osobiście to książeczka jest dostępna tutaj: http://dmv.ca.gov/pubs/pubs.htm)
Jak już wyklepiemy się tego na blachę (co zajmuje może ze 2 wieczory) idziemy zdać test teoretyczny. Odczekujemy swoje w kolejce, płacimy w kasie 31 dolców, od razu przy okienku przechodzimy test wzroku (pani ma za sobą te standardowe plansze z literkami), robią nam zdjęcie (oczywiście mam kolejne do swojej kolekcji "Iwanicki - poszukiwany żywy lub martwy") i możemy zdawać test teoretyczny.
Jeśli pamiętamy potrzebne cyferki to trzeba się mocno starać żeby tego testu nie zdać. Pytania są absolutnie przegłupie. Moimi faworytami są "czy znak obok (obok narysowany znak z napisem "shoulder work ahead") oznacza roboty drogowe, objazd czy konieczność zmiany pasa" i "kiedy możemy objechać szlabany przy torach kolejowych". Do tego na 40 pytań można zrobić 6 błedów. Sam test zdajemy metodą tradycyjną - dostajemy kartkę z pytaniami, ołówek i możemy sobie stanąć w takiej budce, w stylu tych z lokali wyborczych. Jak już sobie zakreślimy wszystkie odpowiedzi, pani nam to od ręki sprawdzi (oczywiście nie bawi się w czytanie pytań - do każdego zestawu ma odpowiedni szablon który po prostu przykłada do naszych odpowiedzi) i wyda tymczasowe prawo jazdy z którym musimy wybrać się na test za kierownicą.
Tego już od ręki załatwić się nie da. Trzeba zadzwonić i się umówić. Czasy oczekiwania bywają różne - od paru dni do paru tygodni. Czasem jednak jakieś terminy się zwalniają i można wciasnąć sie na egzamin wcześniej. Jedyny problem polega na tym, że trzeba na niego przyjechać własnym samochodem. Oczywiście stanowi to pewien problem kiedy samochodu się nie posiada. Można na szczeście przyjechać wynajętym, trzeba tylko pamiętać, żeby kupić wszystkie potrzebne ubezpieczenia i pod żadnym pozorem nie przyznawać się w wypożyczalni, że jedziemy na egzamin (co wymaga użycia polskiego prawka, nie tego tymczasowego).
Sam egzamin wydaje się banalny. Nie ma żadnego placyku, trzeba jedynie przejechać sie z egzaminatorem po okolicy i pokazać jak włącza sie światła i wycieraczki.
I może, kiedy jest się zaraz po kursie, faktycznie jest to proste. Niestety po kilkunastu latach jazdy w Polsce, często średnio zgodnej z książeczką, zaczyna się robić problem. Bo jak się okazuje nie można ładnie skorzystać z tego że przy skręcie w lewo samochód na drodze z pierwszeństwem jest całe 100m od nas i wjazd na przeciwległy pas nie stanowi żadnego problemu. Nie. Trzeba czekać aż na drodze poprzecznej nic nie będzie i dopiero wtedy skręcać - inaczej jest "critical error" (fail nr 1, Aneta). Nie można też szybko śmignąć w prawo przed nadjeżdzającym rowerzystą, bo przecież on może się przestraszyć a to też critical error (fail nr 1, ja). Nie można też jechać za wolno (mniej niż 10 mil/h od podanego ograniczenia to critical error, więcej niż 10 zresztą też), no i co najważniejsze - przy wszystkich manewrach należy patrzeć przez ramie. Bo w lusterkach są martwe strefy, a nikogo nie obchodzi, że potrafisz się trochę wychylić do przodu i sprawdzić czy w tej martwej strefie nic nie masz (o lusterkach asferycznych można tu zapomnieć, bo są "not approved"). No bywa. Na szczeście można o tym poczytać i być przygotowanym. Dlatego obojgu z nas, już za drugim razem się udało. Za pierwszym razem oblał nas ten sam głupi meksykaniec (ja trafiłbym też na niego za drugim razem, ale stojąc w kolejce coś mnie podkusiło, żeby zrobić dobry uczynek i przepuścić człowieka stojącego za mną), za drugim razem trafiliśmy na jakiś bardziej wyluzowanych czarnych.
Samo prawo jazdy przychodzi pocztą. Nie trzeba nigdzie łazić, niczego podpisywać. Po mniej więcej tygodniu leży sobie po prostu w skrzynce.
Najfajniejsze jest to, że cały proces jest mega-szybki. Nie ma miesięcy czekania - idziesz, zdajesz (albo i nie) i możesz jeździć. Nie ma trzeba czekać parę miechów aż nasza sprawa dojrzeje.
A tutaj fota żeby nie było że zmyślam:

7 komentarzy:

  1. Haha, fota pierwsza klasa. W Ontario pod niektorymi wzgledami jest latwiej - bo mozna zrobic 8 bledow (na 40) i po tescie teoretycznym juz mozna jezdzic (!), ale z kims, kto ma "pelne" prawo jazdy. Pod niektorymi jest gorzej, bo jak sie nie ma dowodu posiadania prawka od ilus tam lat, to trzeba czekac rok na egzamin praktyczny...

    OdpowiedzUsuń
  2. Crap. To bylem ja - Maciej S., zapomnialem, ze pisze z kompa Ani.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tutaj teoretycznie na tym które dostajesz po teście teoretycznym też chyba można normalnie jeździć. Tylko ono ma bardzo krótki termin ważności - tak ze 2 miechy - i jak w tym czasie nie zaliczy się też praktycznego to trzeba znowu pisać test.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super prawko :D Ja bym startował na kasting do nowego GTA z takim zdjęciem - był Roman, co stoi na przeszkodzie aby był Iwan ;-)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Fota boska :)
    A macie tam samochody z normalną skrzynią biegów? Czy same automaty?

    OdpowiedzUsuń
  6. Większość to automaty, a wypożyczalnie w ogóle innych nie mają (coby przeciętny Amerykanin był w stanie jeździć). Kupić raczej ciężko - z używane z ręczną skrzynią są zazwyczaj jakieś sportowe (czyli >$30k). Ale niektóre marki (Toyota) mają w ofercie nowe auta z manualną i to nawet odrobinę tańsze niż te z automatem.

    OdpowiedzUsuń
  7. fotograf nie powiedzial 'ser' ;p

    OdpowiedzUsuń