niedziela, 19 czerwca 2011

O niekupowaniu samochodu w Stanach

Dzisiaj prawie kupiliśmy samochód. Prawie, bo jednak okazało się, że legendarna łatwość i wygoda kupowania auta w Stanach jest owszem legendą ale jedynie urbana.
Samochód to w ogóle kupujemy już od jakiegoś czasu. Na początku miało być BMW Z4, kabriolet, bo to w końcu Kalifornia, chyba jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie posiadanie pojazdu bez dachu ma jakikolwiek sens. Póżniej doszliśmy jednak do wniosku, że jako pierwszy, i póki co jedyny samochód, warto mieć coś do czego wejdą więcej niż 2 osoby a do bagażnika zmieści się coś więcej niż damska torebka.
Drugą koncepcją był jakiś SUV - najchętniej Nissan Murano. Kilkuletni, bo nowy to wydatek rzędu 30-kilku tysięcy dolców, a troche szkoda nam było pakować taką kasę w samochód. Tyle, że jakoś nic co by nam sie podobało i było w akceptowalnym zakresie cenowym nie było. Do tego zaczeliśmy się zastanawiać, czy nie będzie z tym więcej problemów niż pożytku - samochody tutaj są zazwyczaj dosyć mocno zajeżdżone (roczny samochód ma zazwyczaj koło 40 tys. km na liczniku) a serwis jest dość drogi. Zaczęliśmy się wiec zastanawiać czy nie warto kupić jakiegoś niedrogiego, ale za to nowego samochodu.
Na początku myśleliśmy o Toyocie Corolli - ale opinie o niej nie były zbyt rewelacyjne, więc rozglądaliśmy się dalej. Przez moment na celowniku była Mazda 3, ale jak się nią przejechaliśmy to nam przeszło. Samochód z dwulitrowym silnikiem, 150KM a zbierał się zdecydowanie słabiej niż Lanos.
Kolejnym wyborem był Hyundai Elantra. W 2011 roku zmienili mu trochę kształt, wsadzili poduszki powietrzne we wszystkie możliwe miejsca a do tego w standardowej wersji ma klimatyzację i wszystko elektryczne - a np. wspomniana już Toyota każe sobie za takie luksusy dopłacać.
Pojechalimy sobie na jazdę próbną i było całkiem fajnie. Mimo, że silnik Elantra ma bardzo podobny do tej Mazdy to jeździło się nią zdecydowanie fajniej. A poniważ, jak wiadomo, "czerwone jeżdżą szybciej" nie było mowy o innym kolorze.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się nasza tragikomedia.
Zaraz po wspomnianej jeździe próbnej, pan sprzedawca zaczął nam wyliczać ile za samochód przyjdzie nam zapłacić. Na razie czysto teoretycznie, bo w tym momecie w ogóle nie byliśmy przygotowani do kupna.
Okazuje się, że totalną naiwnością jest liczenie na to, że skoro na stronie w internecie skonfigurowaliśmy sobie samochód za, przypuśćmy niecałe $18k to tyle przyjdzie nam za niego zapłacić. Oczywiście pomijam tu takie drobiazgi jak podatek - tutaj 10%, jakieś koszty przewozu samochodu od producenta - za cholere nie wiem czemu mam za to płacić $800, ale ok, co kraj to obyczaj - rejestracje i takie tam pierdoły - w sumie jakieś $3k. Najciekawsze jest jednak to, że w Ameryce, kolebce kapitalizmu, samochód kupuje się go tak jak u nas, nie przymierzając, paprykarz szczeciński. Bierze się to co jest na stanie, płaci tyle ile tam wyliczą, a jak się nie podoba to "następny proszę". Wymyśliłeś sobie wersję z klimatyzacją, ale bez radia sterowanego głosem? Zapomnij, takie nie przychodzą. A jak przypadkiem przyjdą to na pewno będą miały alufelgi. Szczytem absurdu, był fakt, że jeden dealer wszystkie samochody jakie zamawia, zamawia z alarmem i jak chcesz kupić u niego samochód, to nie ma zmiłuj, to za alarm będziesz i tak musiał zapłacić choćbyś i bardzo go nie chciał (a my akurat bardzo nie chcemy). Można naiwnie pomyśleć, że przecież na pewno da się zamówić dokładnie taki model jak sobie wymarzymy! I może nawet z ręczną skrzynią biegów (WTF? ręczną? co ja bredzę? tak, tak, chcieliśmy ręczną)! Ale co się okazuje? W tym raju na ziemi nie zamawia się samochódów - kupuje sie to co jest na stanie albo czeka aż dealer dostanie taki model jaki chcemy. A kiedy dostanie? A tego nie wie nawet sam sprzedawca, bo jemu Hyundai co tydzień przysyła jakieś samochody i tyle - za każdym razem jest niespodzianka. Znakomicie.
Ale nie traciliśmy ducha. Obdzwoniliśmy kilku dealerów w okolicy, popytaliśmy. Okazało się, że na ręczną skrzynie to nie ma co liczyć bo ten model nie przeszedł jakiś testów emisji spalin dopuszczających samochód do rejestracji w Kalifornii (myślałem, że skoro samochód na ręcznej skrzyni pali mniej to chyba też powinien emitować mniej spalin, ale widać, może jak samemu zmienia się biegi to spaliny są bardziej skoncentrowane.. nie wiem, ja sie na tym nie znam...), a w ogóle to Elantry schodzą jak ciepłe bułeczki.
W jednym salonie, bardzo miły pan z akcentem z farmerskiego południa, zapewniał nas, że czerwonej Elantry co prawda nie ma, ale jak wpadniemy to on nam ją od ręki sprowadzi od innego dealera.
No to pojechaliśmy. Oczywiście na rowerku, bo do salonu była jedynie godzinka jazdy.
Ja w ogóle od samego rana byłem nastawiony, że ten samochód dzisiaj kupimy. Bo do jakiegoś sensownego kina mamy kawałek a chciałem obejrzeć "Super 8" albo nowych Xmenów. Niestety, produkcje lokalnej kinematografii będą musiały jeszcze chwilę poczekać.
W salonie zaczęło się od tego, że ów miły pan próbował nam wcisnąć Accenta zamiast Elantry - bo wiecie, jest czerowony, owszem może trochę mniejszy ale też fajny i w ogóle. Po naszej dość zdecydowanej odmowie przeszedł do wciskania nam Elantry, ale czarnej i oczywiście z toną nikomu niepotrzebnego badziewia. Do pomysłu ściągniecia nam czerwonej nie był już tak entuzjastycznie nastawiony jak przez telefon. W końcu zrobił łaskę i poszedł sprawdzić skąd może ją sprowadzić. Okazało się, że w okolicy są dwie. Oczywiście też nie w wersji podstawowej, ale już, niech będzie, stwierdziliśmy, że możemy zapłacić więcej, byle już była. Ale pan był ewidentnie zaprawionym w bojach sprzedawcą, bo nie dał za wygraną - stwierdził, że on nam tą czerwoną oczywiście zaraz sprowadzi, ale może jednak weźmiemy tą czarną, bo on nam da na nią super deal, a jak sprowadzi czerwoną to już będzie cena ostateczna.
Hmm, zaczęło się robić interesująco. Myśleliśmy, że jakieś zbijanie ceny i tak będzie no ale dobrze, postanowiliśmy pogadać z panem o jego super dealu.
Jak powiedział ile nam może opuścić, to opadła mi szczęka. Bo ile można ugrać z ceny auta u dealera? 7%? 5%? No okazuje się, że nie. Tą super oferta którą pan nam zaproponował było opuszczenie ceny o 300 dolarów amerykańskich, czyli jak mówi kalkulator 1.5% sumy. Powinno nam to trochę dać do myślenia, ale jakoś nie dało.
Niesamowita oferta pana Willa jakoś nas nie przekonała, więc poprosiliśmy go o ściągniecie jednego z czerwonych aut. Koleś poszedł na zaplecze, a po pięciu minutach wrócił i stwierdził że się nie da, bo jeden egzemplarz już jest sprzedany a na drugi wpłacono właśnie zaliczkę. Jedyne co może dla nas zrobić, to wziąc depozyt i jak tylko przyjdzie do nich takie auto jak chcemy to będziemy pierwsi w kolejce. Oczywiście kiedy przyjdzie nie wiadomo. Może w tym tygodniu, może w przyszłym a może za miesiąc. Trzeba czekać, kiedyś przyjdzie.
Ponieważ bardzo chciałem zobaczyć ten "Super 8" zaczęliśmy się przyglądać temu czarnemu. Też nie był brzydki. W końcu, po naradzie stwierdziliśmy, że go weźmiemy - bo przecież w końcu będziemy mieli super deal!
Powiedzieliśmy panu Willowi, że owszem weźmiemy ten czarny, ale niech opuści trochę więcej. Oczywiście zaczął lamentować, że przecież on to auto sprzedaje niemal po kosztach (pokazywał nawet tablekę, w której jak byk stało, że on za ten samochód płaci raptem $500 mniej niż my) i że jednak nic nam nie może opuścić no ale pogada z managerem. Wyszedł, nie było go pięć minut, a jak wrócił to się dowiedzieliśmy, że więcej niż $100 nie opuści (tak, słownie "sto dolarów", żeby była skala odniesienia: za siłownie płacę miesięcznie $70). Ja już trochę miałem dosyć wieć stwierdziliśmy, niech opuszczą 150 i będzie ok - samochód miał kosztować $19150, to akurat wyszła by równa kwota. Will znowu poszedł do managera, znowu nie było go pięć minut ale tym razem wrócił już ze swoim szefem. I oczywiście znowu musieliśmy słuchać o tym jak to oni nic na tym nie zarabiają prawie, że na Elantrach to zarabiają na ilości sprzedanych a nie na cenie, ale że warto bo jest tyle extrasów, i że bak jest pełny, i że mają pierwszą wymianę oleju za darmo, i że jak gdzieś bedziemy lecieć (dealer jest zaraz obok lotniska) to samochód u nich kupiony można u nich zaparkować i oni podrzucają i odbierają z lotniska (to faktycznie fajna sprawa).
Stwierdziliśmy, że dobra, kit, damy te $19050, choć miałem nieodparte wrażenie, że ktoś próbuje mi coś wpychać w odbyt.
Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Panowie z salonu bo sprzedają auto, my, że widać światełko w tunelu, w końcu siedzieliśmy tam już od ponad półtorej godziny. Ale jak się później okazało mieliśmy jeszcze trochę posiedzieć.
Przeszliśmy teraz do kwestii płatności. Tutaj słowem-klucz jest "downpayment". Chodzi o to, że w Stanach chyba nikt niczego większego nie kupuje za gotówkę. Absolutnie wszystko jest na raty. Nikt nie myśli w kategoriach "ile coś kosztuje" tylko "ile za to będzie trzeba miesięcznie płacić" - i to do tego stopnia, że jak zaczyna się miesięczną ratę mnożyć przez okres kredytowania to patrzą na ciebie jak na kosmitę (choć może są jedynie pod wrażeniem, że tą skomplikowaną operację wykonujesz z wykorzystaniem jedynie kartki papieru i długopisu). Ów "downpayment" jest kwotą jaką wykłada się na początku z portfela i ma ona wpływ na to czy kredyt się dostanie i jak będzie on oprocentowany. My jesteśmy w dość nieszczęśliwej sytuacji, bo nie mamy żadnej historii kredytowej w Stanach. A mówi się, że tutaj lepiej historię kredytową mieć złą niż nie mieć jej w ogóle. Więc, mimo, że ten samochód bylibyśmy w stanie kupić za gotówkę postanowiliśmy wziąć go trochę na kredyt - żeby coś tam o nas w papierach zostało.
Na pytanie Willa o downpayment rzuciliśmy "sixteen", co zostało skwitowane jedynie głupim uśmieszkiem i komentarzem "sixteen hundred?" (bo, wbrew temu co próbuje się nam wmówić na lekcjach angielskiego, wartości typu 1600 to raczej sixteen hundred a nie one thousand six hundred) - ale jak powiedzieliśmy, że jednak chodzi nam o szesnaście tysięcy to Will zrobił już tylko wielkie oczy i po raz kolejny poszedł skonsultować się ze swoim managerem. Po standardowych pięciu minutach wrócił i stwierdził, że, uwaga: nie możemy zrobić takiego dużego downpaymentu bo bank nam nie da takiego małego kredytu - musimy wziąć większy. Wytłumaczyliśmy jednak panu jak wygląda sytuacja, że jesteśmy w nowi w kraju, nie mamy historii kredytowej itp i że możemy w sumie pokombinować i kupić go za gotówkę. Pan Will znów poszedł naradzić się ze swoim szefem ale kiedy wrócił dowiedzieliśmy się, że jak jesteśmu tutaj od niedawna to jednak bank łaskawie weźmie 16k downpaymentu i łaskawie da nam te $5k w kredycie na 2 lata.
Tylko, oczywiście będzie trzeba zrobić normalny credit check, ale to tylko formalność. A jak formalność to trzeba wypełnić milion papierków!
Oj, czego w tych formularzach nie było. Miejsca zamieszkania z 5 ostatnich lat, pracodawcy, jakieś osobiste referencje do przyjaciół (wtf? 4 lata temu braliśmy trochę więcej kredytu na mieszkanie i jakoś nikt nas nie pytał z kim gramy w Guitar Hero). No i oczywiście mój ulubiony Social Security Number którego nigdy nie pamiętam. Na szczęscie okazało się, że miałem go gdzieś na gmailu. I już po 2.5 godziny miły dyrektor finansowy z uśmiechem na ustach oznajmił, że wysyła do systemu nasz credit check.
Wysłał, a pięć minut później oznajmił, że jednak dostaliśmy odmowę. Odmowę cholernych 5 tysięcych dolarów kredytu którego nawet nie potrzebowaliśmy. Ale, że nie musimy się martwić, że tutaj wszystko jest w papierach znakomicie, że mam dobrą pracę, dobrze zarabiam i to tylko dlatego, że zrobił to automatyczny system i on tam zadzwoni i nie będzie problemu. A nawet jakby nie daj Boże był, to na 100% dostaniemy ten kredyt w innym banku. No dobrze, poprosiliśmy żeby do nich zadzwonił i pogadał z kimś żywym. No niestety się nie da :-) bo jest sobota, po południu. W banku o tej porze nikt nie pracuje. Trzeba czekać do poniedziałku. Albo możemy się zdecydować na ten inny bank, ale wtedy oprocentowanie nie będzie 2.9% tylko raczej 11%. No kuźwa. Ja rozumiem, że przy tej kwocie pożyczki to nie będzie duża różnica, ale do cholery mam już dość płacenia extra na każdym kroku.
W tym momencie byliśmy już na granicy naszej wytrzymałości nerwowej. Powiedzieliśmy jednak, że ok, niech będzie. No i wtedy się okazało, że potrzebujemy jeszcze zaświadczenia o zarobkach z kilku ostatnich miesięcy i jakiś rachunków z miejsca zamieszkania i wtedy, niech będzie, dadzą nam nawet samochód od ręki. Ja się oczywiście wsciekłem, bo w końcu mogli o tym wspomnieć 2 godziny wcześniej, ale Aneta mnie dzielnie uspokajała.
Pan zaczął wypełniać w komputerku swoje formularze, wpisał moje dane, zaczynamy dyktować dane Anety. A pan na nas patrzy i stwierdza "hmm, ale jak chcecie mieć samochód zarejestrowany na was oboje to to będzie bardziej skomplikowane i musi zaczekać do poniedziałku.
KURWA MAĆ.
Tutaj już nie wytrzymałem. Nawrzucałem im troche, że to wszystko to jakaś farsa i czy w końcu oni nam robią łachę, że nam to auto sprzedają. Pan dyrektor finansowy nagle przestał być miły i usłyszeliśmy, że przecież jak chcemy to nie nikt nam kredytu brać nie każe i możemy kupić ten samochód za gotówkę. Tak, kurwa, możemy, ale nie zasłużyliście. Siedzieliśmy tam 3 godziny, chcieliśmy zostawić wam, bądź co bądź całkiem sporą kasę, a nikt nawet nie zaproponował nam głupiej wody.
No to trzasnęliśmy drzwiami i wyszliśmy :)