I w końcu te wakacje zaczynają przypominać wakacje.
W środę nocowaliśmy na Key West. Rano chceliśmy popływać trochę w oceanie, pooglądać rafę i polenić się na plaży, ale okazało się, że Key West nie jest chyba do tego najlepszym miejscem. Plaż właściwie nie ma, jakiś sprzęt pływający można niby wynająć ale już zupełnie nie ma infrastruktury żeby się np. umyć z soli. Wyspa bardziej przypomina raczej deptak w Sopocie niż plażę. Rzut oka do przewodnika i pojechaliśmy na Bahia Honda Key - wyspę trochę wcześniejszą w łańcuchu na której są właśnie plaże, dostęp do rafy itd.
Co tu pisać, jest tam ładnie. Plaża wygląda jak z pocztówki, woda jest niebieska. Popłyneliśmy na pływanie z rurką do rafy koralowej. Szkoda, że nie miałem wodoodpornego aparatu (albo bajery który widziałem w katalogu w samolocie - maski z wbudowanym aparatem!), widoki pod wodą są bombowe. Całość trwała może odrobinę za długo (jakieś 3 godziny) i oczywiście zdążyłem się w tym czasie trochę zjarać na słońcu (ale tylko trochę, przecież "50" jest dla mięczaków).
Następnego dnia pojechaliśmy na Cape Canaveral, do Kennedy Space Center. To tutaj Amerykanie zaczynają swoje loty w kosmos. Wycieczka po ośrodku składa się z objazdu z kilkoma przystankami. Można zobaczyć hangary w których przygotowują promy do kolejnych startów, łazik którym transportują prom z hangarów na launch-pady (porusza się max. milę na godzinę a spala przy tym 35 galonów ropy). Wszystko niestety z bardzo daleka. Na jednej z platform startowych stał nawet prom (start zaplanowany jest za kilka tygodni, a prom musi stać tam odpowiednio wcześnie), ale ogląda się to z tak dużej odległości, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Szkoda, że nie podjeżdża się odrobinę bliżej, bo oprócz tego Kennedy Space Center oferuje tylko trochę amerykańskich filmów propagandowych (słabe), symulator startu wahadłowca (średni) i park w którym stoją stare rakiety (fajne).
Kawałek od Kennedy Space Center jest jeszcze Astronaut Hall of Fame - w którym jest dalsza część propagandy i dostępna dla publiki wirówka! Taka jak na filmach, tyle że mniejsza. Można sobie wsiąść do środka, rozkręcają i wciska w fotel (jest nawet czerwony przycisk do zatrzymywania). Rozkręca się tylko do 4G ale to już całkiem konkretnie przygniata. A do tego w pewnym momencie kabina się odrobinę przechyla a podczas tego manewru błędnik zaczyna już totalnie szaleć (taki sam efekt uzyskałem próbując poruszać głową - zasadniczo nie należy tego robić podczas kręcenia się w kółko ;-)
Dzisiaj kończymy Florydę. Ja ide na jakieś roller-costery, Aneta na shopping. Potem ruszamy do Waszyngtonu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floryda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floryda. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 sierpnia 2009
środa, 12 sierpnia 2009
Ameryka - dni 10-11
W Polsce do "dobranoc" dodaje się czasem "pchły na noc, karaluchy pod poduchy". Amerykańskie dzieci słyszą "Good night, sleep tight, don't let the bed bugs bite". Karalucha kiedyś widziałem (co prawda nie pod poduszką, ale zawsze). A dwie noce temu miałem okazję przekonać się czym są owe "bed bugs" z amerykańskiej wersji powiedzonka.
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Ameryka - dni 8-9
...i jak ostatnio skończyłem pisać to szliśmy wypożyczyć samochód. Było z tym trochę zamieszania, ale udało się, a do tego dzięki spędzeniu przez Anete 6 godzin przy komputerze zaoszczędziliśmy na tym samochodzie jakieś 300$.
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)