Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

O pralinkach

Ha, myśleliście, że już nigdy nic nie napiszę? Niedoczekanie!

Co działo się przez ostatnich parę miesięcy? W sumie nic szczególnego. Samochód kupiliśmy (w końcu czerwoną Elantrę), pojeździlismy troche po okolicy, mieliśmy parę wizyt z zagranicy, na Boże narodzenie byliśmy w Polsce. W pracy zasuwam, w grudniu ujawniony został projekt nad którym siedzę - The Last Of Us - action-adventure-surviaval-horror z naciskiem na story w świecie opanowanym przez grzyba zamieniającego ludzi w (nie!!!)zombie. I to chyba tyle. Same nudy.

Dzisiejszy post będzie natomiast o moim nowym mini-hobby - pralinkach czekoladowych. Nie o ich jedzeniu (choć to oczywiście też jest fajne) ale o ich robieniu.
Wszystko zaczeło się jakoś w grudniu, kiedy zacząłem się zastanawiać co siedzi w środku typowych czekoladek. Wiadomo, w karmelowych siedzi karmel, w marcepanowych - marcepan, ale co właściwie jest w takich orzechowych? Co siedzi w środku np. pomarańczowych?

Orzechowe gnębiły mnie najbardziej (pewnie dlatego, że je najbardziej lubię). Po odrobinie szperania w internecie okazało się, że jest to prostsze niż mogłoby się wydawać - głównym składnikiem czekoladek orzechowych są (uwaga uwaga) ORZECHY!
Z orzechów i cukru (w proporcjach 1:1 - wagowo oczywiście, w kuchni nie uznajemy żadnych innych miar poza wagą) robi się najpierw pralinę - cukier wrzucamy do garnka (zdrówko Garnek i gratz), karmelizujemy (dla tych bardziej technicznych: podgrzewamy do jakiś 160 stopni Celsjusza) i wrzucamy do tego orzechy. Całość szybko mieszamy i wylewamy na papier do pieczenia (albo na taką silikonową matę jak ktoś ma). To co dostaniemy, kiedy mieszanina zastygnie, to własnie pralina. Oczywiście w tej formie nie nadaje się to do niczego, więc wrzucamy to do miksera i mielimy tak długo aż zamieni się w gładką pastę (orzechy w ok. 50-60% składają się z tłuszczu - jeśli mieli się je wystarczająco długo to ten tłuszcz się uwalnia - tak m.in. robi się masło orzechowe). Ten proces jest dość upierdliwy, bo mielenie orzechów na pastę to jakieś 20 minut ciągłej pracy robota, a domowe roboty nie przepadają za takim obciążeniem. Roboty komercyjne (np. RoboCoupe) potrafią to zrobić szybciej i lepiej, ale mój zdrowy rozsądek absolutnie nie pozwala mi na ich zakup (>$1000). Do tego, nawet po tych 20 minutach, pasta jest nadal odrobinę ziarnista. Może nie jest to problem, ale ja jestem perfekcjonistą i nie przepadam za takimi niedoróbkami. (mam taką koncepcję żeby skonstuować coś takiego: http://www.youtube.com/watch?v=bHNVdzdMvEk, ale to może kiedyś, na razie znalazłem rozwiązanie zastępcze)
Jak już mamy zmielnoną pralinę, to łączymy ją w jakiś magicznych proporcjach z czekoladą, masłem kakaowym, dorzucamy trochę orzechów i viola! Wystarczy to powlec czekoladą i pralinki jak marzenie. No prawie. Pierwszy test przeprowadziłem w Polsce, w czasie świąt. Czekoladki nie wyszły złe, ale do poziomu Lindta trochę im jeszcze brakowało.

Oczywiście na tym nie mogłem poprzestać. Po powrocie do Stanów (chciałem napisać "do domu", ale jakoś się wzdrygam...) ekperymentowałem dalej. Skarmelizowałem mnóstwo cukru, zmieliłem mnóstwo orzechów, stopiłem sporo czekolady i w końcu coś zaczęło z tego wychodzić. Żeby mieć trochę więcej podstaw teoretycznych zakupiłem znakomitą książkę "The Art of Chocolatier", opisująca absolutnie wszystko co o czekoladkach można chcieć wiedzieć. Odkryłem też Surfaca - sklep z zaopatrzeniem kuchennym w LA. Ale jaki. Te wszystkie DUKI i inne RTV-Euro-AGD wyglądają przy nim jak sklepy z zabawkami przy Castoramie. Jest tam wszystko i jeszcze więcej. Chcesz komercyjny ekspres do kawy - jest. Jakąś odjechana końcówka do kremów - znajdziesz tam każdą jaką wymyślisz. Potrzebna ci transglutaminaza (to taki klej do białek - można sobie np. przykleić kawałek łososia do plasteków bekonu)? Proszę bardzo, na końcu drugiej alejki. A jak zawsze marzyłeś o czapce kucharza, to są przy kasie. A w jednej z lodówek leży sobie spokojna pasta pralinowa - gotowa, zmielona tak drobno, że na języku nie wyczuwa się ziarnistości - znakomita do wszelkich eksperymentów, bo zaoszczędza sporo roboty.

Dalsze ekperymenty pokazały, że najlepiej jako "nadzienie orzechowe" sprawdza się tzw. gianduja - mieszanina pasty pralinowej i czekolady w proporcjach 2:1 (czyli orzechy-cukier-czekolada w proporcjach 1:1:1). Czekoladę roztapiamy, mieszamy z praliną i gotowe. Najlepiej użyć do tego czekolady mlecznej albo białej (jak używamy białej to dobrze jest zastąpić trochę czekolady masłem kakowym - oczywiście do kupienia w Surfasie) - ciemna ma wg mnie troche za intensywny smak i gotowa gianduja nie jest tak bardzo orzechowa (chociaż też niezła). Można kombinować i coś tam jeszcze dorzucać, ale ja lubie jak coś jest dobre w podstawowej formie, przy minimalnej ilości składników, więc zazwyczaj pozostaje przy czystej gianduji.
Oczywiście dobre nadzienie do podstawa, ale trzeba je jeszcze jakoś wcisnąć do czekoladowej skorupki. Najprościej jest zrobić nadzienie dość twarde (trochę więcej czekolady), wsadzić do lodówki a jak stwardnieje to powlec czekoladą. Tak zrobiłem za pierwszym razem, ale czekoladki uzyskane tą metodą nie są zazwyczaj jednakowe. Profesjonaliści mają specjalne urządzenia do cięcia pralin (taką gitarę) ale jak w domu tnie się to nożem to efekty są hmmm średnie. Dużo lepsze wydawało mi się robienie pralin w formach - najpiew robi się czekoladową skorupkę, potem wprowadza do niej nadzienie a na koniec przykrywa czekoladą. Takie czekoladki są eleganckie, jednakowe a do tego mogą mieć fajne kształty. Foremki do czekolad są oczywiście kilku rodzajów. Najprostsze, z cieniutkiego plastiku, silikonowe albo twarde, poliwęglowe. Te pierwsze można sobie własciwie darować - czekoladki może nie wychodzą złe, niestety zabójcza jest dla nich wizyta w zmywarce. Foremki poliweglanowe są znakomite - twarde, wytrzymałe. Czekolada odchodzi od nich bez żadnych problemów, zwłaszcza po włożeniu ich na pare minut to lodówki - czekolada kurczy się bardziej niż foremka i po prostu się odkleja. Niestety są dużo droższe, bo zamiast jednego-dwóch dolców trzeba za nie zapłacić $25-$50. Różnica spora, ale moim zdaniem warto. Lepiej mieć jedną porządną foremkę niż 10 plastikowych z którymi się będziemy męczyć.

Jeszcze parę słów o czekoladzie. To wbrew pozorom dość skomplikowana w obróbce substancja. Czekolada ma to do siebie (własciwie to nie czekolada, ale masło kakaowe, które jest głównym składnikiem czekolady) że krystalizuje w pięciu różnych formach - różniących się temperaturą topnienia i innymi właściwościami. Jeśli czekoladę po prostu roztopimy i pozwolimy jej zastygnąć, to skrystalizuje ona w pierwszej, naprostszej. Problem jest taki, że ta topi się już w 18 stopniach, jest miękka, nie ma połysku i w ogóle jest mało apetyczna. To własnie dzieje się kiedy czekoladę zostawi się na słońcu - nawet jak potem się ją ochłodzi, nie jest już taka sama jak na początku. Da się jednak proces roztapiania czekolady przeprowadzić w ten sposób, żeby krystalizowała ona tylko do porządanej, piątej formy - tej znanej z tabliczek - twardej, topniejącej przy ok. 33 stopniach, ładnie błyszczącej. Nazywa się to temperowaniem i profesjonaliści mają do tego specjalne maszyny (znów, raczej >$500), ale w warunkach domowych trzeba się bawić w robienie tego ręczenie. Jest to dość upierdliwe, sprowadza się do podgrzewania i chłodzenia czekolady do bardzo okreslonych temperatur i ciągłego jej mieszania. Przy domowej produkcji pralinek właśnie to zajmuje najwięcej czasu.

I tak ekperymenutuje sobie od początku roku. Czekoladki orzechowe mam już opanowane. Po drodze były jeszcze malinowe w białej czekoladzie (niezłe, ale na bazę do nadzienia wybrałem zbyt intensywną w smaku czekoladę i trochę przyćmiła smak malin - kiedyś pewnie z tym pokombinuje), kokosowe (z nadzieniem z białej czekolady, mleka kokosowego i wiórków - wyszły podobne w smaku do Bounty - dobre, ale też jeszcze do nich wróce, miały jakiś delikatny posmak surowego mleka kokosowego, który chciałbym wyeliminować) były kawowe w białej czekoladzie (te wyszły dokładnie takie jak powinny). Dzisiaj postanowiłem zrobić pomarańczowe a do tego cały proces opisać i obfotografować.

No to lecimy z koksem.

Zaczynamy od tego że musimy opracować recepturę czekoladki. Bazować będziemy na przepisie z "Art of Chocolatier", ale trochę go podtweakujemy.

Dla mnie czekoladki pomarańczowe powinny mieć ciemne, mocno pomarańczowe nadzienie i powleczone być ciemną czekoladą. Jako nadzienie bardzo często wykorzystuje się ganache (gdzieś spotkałem się z polskim określeniem "ganasz") - jest to mieszanina czekolady i śmietany - śmietanę doprowadza się do wrzenia i zalewa nią poszatkowaną drobno czekolade. Po jakiejś minucie, delikatnie się to miesza, zostawia do przestygnięcia i gotowe - można nadziewać czekoladki. W podstawowej formie ganache jest po prostu czekoladowy, ale zazwyczaj stanowi tylko bazę, która przenosi inne smaki. Wystarczy zamienić cześć śmietany np. puree z malin, zaparzyć w tej śmietanie kawę albo zamiast śmietany użyć mleka kokosowego, żeby otrzymać coś ciekawszego. Dzisiaj część smietany zamienimy na sok pomarańczowy (swieżo wyciskany oczywiście ;-). Nasz ganache będzie miał konstystencję zależną od proporcji w jakich zmieszamy czekoladę i śmietanę. Ja lubię jak nadzienie jest dosyć sztywne wieć użyjemy 2 częsci czekolady do 1 częsci płynu (śmietany i soku pomarańczowego). Użyjemy ciemnej czekolady Barry Callebaut. Jest dość delikatna w smaku więc nie powinna dominować.

Jeszcze trochę o czekoladzie. Do celów kulinarnych w zasadzie nie używa się czekolady z tabliczek. Mimo, że producenci często chwalą się że w ich produktach tyle i tyle procent kakao nie ma w tym całej prawdy. Ziarno kakaowca składa się z tłuszczu kakaowego i całej reszty - cząstek suchych które mieli sie na kakao w proszku. Czekoladę która ma 70% kakao (resztę stanowi cukier) można zrobić zarówno tak, że masło kakowe będzie stanowić 20% całości, ale także tak, że będzie go 35% całości. A właśnie od ilości masła kakaowego zależy jakość - kiedy jest go więcej, czekolada jest delikatniejsza w smaku, lepiej się rozpuszcza i jest po prostu lepsza. Przy produkcji pralinek wykorzystuje się tzw. kuwerturę - czekoladę w której jest co najmniej 32% masła kakowego. W Surfasie można kupić kuwertury Barry Callebauta i Valrhony. Te pierwsze sa trochę gorszej jakości - mają mniej masła kakaowego i jak na moj język są trochę ziarniste. Do tego, każdy typ (biała, mleczna, ciemną) jest tylko w jednej odmianie. Valrhona każdy rodzaj czekolady ma w kilku odmianach - z różnych ziaren kakaowca, inaczej prażone, o różnym stopniu kwaskowośći itp. Niestety kuwertury Valrhony są jakieś 2x droższe niż Callebauta (jakieś $30 za kilogram, a kupuje się tego co najmniej po pół kilo). Dlatego do skorupek używam Valrhony a do nadziewania - Callebauta.

Skorupka też będzie ciemna - użyjemy do niej 'Extra Bitter' Valrhony, która mimo nazwy wcale szczególnie gorzka nie jest.






Proces zaczynamy od temperowania czekolady. Bierzemy jakieś 300g, 2/3 siekamy i wrzucamy do miski. Gotujemy trochę wody i jak tylko zacznie wrzeć, zdejmujemy garnek z gazu i stawiamy na nim miskę z czekoladą. Ciągle mieszając doprowadzamy ją do temperatury 115F.











Temperatury do temperowania czekolady to chyba jedyne wartości jakie znam w stopniach Farenheita a nie Celsjusza. Informacje o temperowaniu brałem głównie z amerykańskich stron i tak mi jakoś zostało. Jeśli temperujemy czekoladę białą albo mleczną to wystarczy doprowadzić ją do 110F. Tu mała uwaga: narzędziem absolutnie niezbędnym jest tu termometr elektroniczny. Czekolada jest bardzo wrażliwa na zmiany temperatury i trzeba ją dość uważnie kontrolować - podgrzanie jest zbyt mocno powoduje że się skawala i nadaje się wtedy jedynie do wyrzucenia.

Istotne jest też, żeby nawet odrobina wody nie dostała sie do czekolady. Nawet kropelka potrafi zniszczyć 100-200g (czekolada brzydko się wtedy skawala)

Jak już czekolada osiągnie odpowiednią temperaturę, dorzucamy do niej pozostałe 100g - w jednym kawałku. Niektórzy siekają tą drugą porcję, ale ja zauważyłem, że wygodniej temperuje się kiedy jest ona dodana w całości. I teraz zaczyna się zabawa - mieszamy to tak długo aż temperatura spadnie do 90F (88 w przypadku temperowania mlecznej czekolady, 86F w przypadku temperowania białej). Chodzi o to, że przy początkowym rozpuszczaniu czekolady niszczymy wszystkie kryształki masła kakaowego. Dorzucając kawał stemperowanej czekolady i intensywnie mieszając powodujemy, że nowotworzące się kryształy będą tylko pożądanego typu. Mieszać należy w sposób ciągły ale niezbyt szybki, tak, żeby nie wprowadzić do czekolady zbyt dużo pęcherzyków powietrza. Czekolada ciemna temperuje się w zasadzie dość szybko i bezproblemowo. Z mleczną jest gorzej, natomiast temperowanie białej to mordęga - wszystko przez dodatkowy tłuszcz mleczny obecny w tych dwóch ostatnich typach czekolad. Powoduje on, że masło kakaowe krystalizuje dużo wolniej - i trzeba mieszać dłużej :-/








Jak czekolada osiągnie już dobrą temperaturę to można jeszcze sprawdzić czy zatemeperowała się poprawnie - nakładamy odrobinę na papier do pieczenia i wkładamy na chwilkę do lodówki. Jak zastyga w minutę-dwie to znaczy że wszystko w porządku. Ja jestem leniwy i pomijam ten krok :)

Teraz wlewamy czekoladę do foremek. Wlewamy ją do samego końca, tak żeby foremka była wypełniona w całości. To fajna sztuczka - jak foremkę zalejemy to odczekujemy chwilkę (w przypadku białej czekolady raczej dłuższą chwilkę) po czym odwracamy foremkę do góry dnem i wylewamy nadmiar czekolady. Zostanie jej w zagłębieniach jedynie troszkę, akurat tyle żeby zrobić skorupkę. Jak już wytrząśniemy czekoladę to kładziemy odwórconą foremkę na papierze do pieczenia i czekamy jeszcze chwilę. W tym czasie z foremki wyleje się jeszcze odrobina czekolady - zbieramy ją do miseczki, a foremkę kładziemy na nowym kawałku papieru do pieczenia i wkładamy do lodówki. W zimnie czekolada szybko skrystalizuje i trochę się skurczy. Foremka kurczy się mniej, i skurupki się od niej odklejają - można to nawet zobaczyć jak uważnie przyjrzymy się foremce. Po kilku minuatach wyjmujemy foremkę z lodówki (nie chcemy żeby na czekoladzie zaczęła się skraplać woda) i odkładamy w chłodne miejsce.








Teraz czas na nadzienie. Tutaj konieczna będzie waga - żeby ganache wyszedł odpowiedniej konsystencji wszystkie składniki musimy zmieszać w odpowiednich proporcjach. Wszystko ważymy bo kuchenne miary takie jak "łyżka", "łyżeczka" i "kubek" ew. "szklanka" do niczego się nie nadają. Pomijam fakt, że polska szklanka ma 250ml a amerykański cup juz tylko 236ml ale odmierzona w szklankach ilość składników sypkich (tu ich akurat nie będzie ale uznałem to za dobrą okazję żeby pomarudzić) może być rózna nawet o 50%, w zależności od stopnia ubicia!

Zaczynamy od wyciśnięcia soku z pomarańczy i starcia odrobiny skórki pomarańczowej. Skórkę zostawiamy na później, a sok pomarańcowy redukujemy na niewielkim ogniu - mnie ze 120 ml soku (sok można podawać w ml bo jest nieściśliwy, a do tego można przyjąć że ma gęstość taką jak woda - 1 g/ml) wyszło go finalni jakieś 85ml. Teraz do soku dodajemy śmietany - najtłustszej możliwej - ja dolałem 60 g (śmietana jest trochę gęstsza od wody, dlatego juz sie przerzucam na gramy ;-). Jak tylko to wymieszałem w garnku, zaraz przyszło mi do głowy, że śmietana się zważy - sok z pomarańczy jest przecież całkiem kwaśny. Nie zważyła się, ale w sumie nie wiem dlaczego. Mieszaninę soku i śmietany doprowadzamy do wrzenia.

Tymczasem z boku przygotowujemy czekoladę - tym razem też ciemną ale Callebauta, 150g bardzo drobno posiekanej. Do czekolady dokładamy 18 gramów cukru inwertowanego. Zwykły cukier to sacharoza, która składa się z glukozy i fruktozy. W czekoladnictwie jest o tyle kłopotliwy, że krystalizuje, a przecież nikt nie lubi chrupiących kryształków w swoich czekoladkach. Cukier inwertowany to sacharoza rozbita na fruktoze i glukozę - ma płynną konsystencję i nie krystalizuje. Cukier jest potrzebny po to żeby zniwelować kwaskowatość soku pomarańczowego i ograniczyć aktywność wody w gotowych czekoladkach - im jest niższa tym czekoladki dłużej nadają się do konsumpcji (choć nie wiem czy w przypadku moich produkcji ma to jakiekolwiek znaczenie, zazwyczaj nie leżą dłużej niż kilka dni).





Czekoladę i cukier posypujemy startą skórką z pomarańczy i zalewamy 75g wrzącej mieszaniny (nie całą, ale zawsze gotuje trochę wiecej śmietany bo odrobina zawsze odparuje, troche osadzi sie na ściankach garnka itp). Zalaną śmietaną czekoladę zostawiamy na minutę. Potem powoli i delikatnie mieszamy, tak żeby wszystkie składniki sie połączyły i utworzyły gładką emulsję. Tu wychodzi dlaczego chwilę wcześniej czekoladę trzeba było drobno posiekać. Jak zostaną jakieś wieksze kawałki to nie będą się ona chciały rozpuścić. Nie jest to oczywiście tragedia, wystarczy ganache trochę podgrzać (na parze) i rozpuścić grudy.

W tym momencie nie wytrzymałem i spróbowałem co wyszło. Było znakomite, dokładnie takie jak oczekiwałem. Niby kolejnym krokiem było dodanie odrobiny masła (jak śmietanę w ganachu zastępuje sie nie-tłustym płynem, to należy pod koniec dodać trochę masła, żeby ganache był bardziej gładki), ale smak był taki fajny i wyrazisty, że nie chciałem tego psuć. Koniec końców, podzieliłem ganache na 2 części i masło (10g) dodałem tylko do jednej z nich.







Ganache musi ostygnąć. Gdybyśmy w aktualnej temperaturze wlali go do skorupek mogłyby sie one roztopić. Czekamy więc tak długo aż temperatura ganacha spadnie poniżej temperatury topnienia czekolady z której zrobiliśmy skorupki - w przypadku ciemnej czekolady to ok 88F.

Jak już ganache nam ostygnie to pakujemy go do takiej torebki do nadziewania. Ja takich nie mam (są w Surfasie, ale drogie) więc korzystam z takich zwykłych torebek śniadaniowych. Wystarczy w takiej odciąć rożek i można zacząć delikatnie wypełniać skorupki. Ważne jest żeby nie wypełniać ich do samego brzegu. Trzeba zostawić jakiś 1-2mm żeby potem można było nadzienie przykryć warstwą czekolady.






Nadziane czekoladki zostawiamy do zastygniecia przez noc. Rano temperujemy kolejną partię czekolady i przykrywamy nadzienie. Foremkę pakujemy jeszcze na chwilę do lodówki, potem delikatnie opukujemy, odwracamy i viola! Czekoladki elegancko wypadają na blat.






I jeszcze pare uwag. Podczas produkcji pralinek zauważyłem 2 główne problemy. Po pierwsze trzeba temperować czekoladę. Jest to upierdliwe, męczące i zajmuje czas. Do tego przy ręcznym temperowaniu wprowadza się do czekolady pęcherzyki powietrza które czasem potem widać na pralinkach (na przykład na tych na zdjęciu powyżej). Myślę że trzeba zrobić maszynę do temperowania. Nie powinno być to bardziej skomplikowane niż zrobinie tej do sous vide, trzeba tylko pomyśleć nad innym elementem mieszającym. Profesjonalne maszyny mają takie plastikowe koła, może pokombinuje z czymś takim. Drugi kłopot to konieczność opanowania odruchów oblizywania sprzętu - jest to cholernie silne. Takie ilości roztopionej czekolady wyglądaja bardzo smakowo i trzeba się mocno pilnować, żeby np. łyżki którą mieszamy czekoladę nie wpakować sobie do ust. To na szczęście przechodzi po zrobieniu jakiś 3-4 partii ;-)

Czekoladki pomarańczowe wyszły znakomite - tu w przekroju. Wpadajcie, jest jeszcze kilka...



PS. Tutaj jest cała galeria.

poniedziałek, 28 marca 2011

O sous-vide, c.d.

No i po steku! Zrobiłem, zjadłem i był znakomity!
Stek który wczoraj zakupiłem, przy bliższej inspekcji okazał się być New Yorkiem a nie rib-eyem, ale nic to, New Yorki też są dobre.
Maszynę ustawiłem na 57 stopni. W sumie mogłem trochę niżej, bo 57 stopni to już raczej medium niż medium rare.
Przed włożeniem do woreczka sowicie go posoliłem i popieprzyłem. Wydaje mi się, że jest to jedna z tych rzeczy które do tej pory robiłem źle. Zawsze soliłem troszkę, ale ostatnio widziałem jakiś filmik na którym gość wział stek i walnął na niego całkiem konkretną ilość soli. Zrobiłem tak samo, po czym wpakowałem mięso do torebeczki, wspomnianym trickiem z wodą pozbyłem się wiekszości powietrza ze środka i wsadziłem do maszyny.
Po ok. godzince wyciągnąłem woreczek. Rozgrzałem na maxa patelnie - kupiłem sobie ostatnio taką fajną, ze stali nierdzewnej z grubym dnem. To też okazało się być pomocne - przy lekkiej patelni, włożenie steka znacznie obniża jej temperaturę i żeby ładnie go przypiec z wierzchu trzeba dłużej go smażyć. Nowa patelnia sprawiła się znakomicie i po chwili stek był elegancko przyrumieniony.
Nie bawiłem się w żadne odczekiwanie, tylko od razu wziąłem sie za konsumpcję.
Był znakomity. W środku różowy, choć mógłby być troszkę bardziej - choć to akurat wynik ustawienia zbyt wysokiej temperatury. Był soczysty i miękki, w smaku bardzo zbliżony do tych steak-housowych - widać dużo soli i pieprzu > mało soli i pieprzu. Tłuszcz z brzegu był jednak twardawy i koniec końców zjadł go Pan Śmietnik. Następnym razem spróbuje potrzymać stek dłużej - ze 2-3 godzinki zamiast jednej.
Ale generalnie maszyna spisuje się na piątkę. Musze wypróbować inne przepisy - strasznie korci mnie ten na short-ribs (jakiś rodzaj żeberek) które siedzą w maszynie przez 3 dni.
I jeszcze foto-story:












niedziela, 27 marca 2011

O sous-vide

Chyba w końcu nadeszła pora na post o jedzeniu. Nie będzie jednak standardowego narzekania o tym jak beznadziejny jest chleb w Stanach. Dzisiaj będzie o sous vide. Bo w końcu przyszła MASZYNA - jeden z naszych ślubnych prezentów.
Pierwszy raz usłyszałem o tej metodzie gotowania jakieś półtora roku temu. Maciek M. podesłał mi link do znakomitego artykułu o kolesiu który rewersował frytki z McDonalda. I gdzieś tam w odnośnikach z tego artykułu był link do innego, gdzie ten sam człowiek opisywał metode na zrobienie perfekcyjnego steka (a może Maciek podesłał mi link bezpośrednio do tego artykułu... hmm.. nie pamietam, ale to szczegóły)
Polegało to na tym, że stek pakował próżniowo w torebce strunowej (takiej z "suwakiem"). "próżniowo" to może duże słowo - nie domkniętą torebkę ze stekim zanurza się powoli w wodzie, tak żeby ściskająca torebkę woda wypchneła z niej całe powietrze, jednocześnie uważając żeby woda nie nalała się do środka. Jak już prawie w ogole nie ma w środku powietrza to torebkę się zamyka i dostajemy szczelnie zapakowany stek.
Tak przygotowany pakunek wkładał następnie do przenośnej lodówki (!) wypełnionej wodą w określonej temperaturze. A po godzinie wychodził z tego idealny "medium-rare".
Metoda zaintrygowała mnie na tyle, że zacząłem czytać dalej i zgłębiać szczegóły.
"Sous vide" znaczy po francusku "w próżni" - i odnosi się do tego, że nasze jedzenie trzeba najpierw zapakować próżniowo. Potem, tak jak w chałupniczej metodzie, opisanej przez wspomnianego Kenji Alt-Lopeza, umieszcza się je w kąpieli wodnej o ściśle określonej temperaturze - takiej do jakiej chcemy doprowadzić nasze danie. Dalej, sprawę załatwia już urządzenie. W normalnych warunkach jest to taki cyrkulator, połączony z grzałką i czujnikiem. Kenji pokazywał, że do pewnych dań całkiem nieźle sprawdza się wspomniana lodówka turystyczna (bo cyrkulatory są pieruńsko drogie).
Cały czas pozostaje jednak jedno pytanie: po jaką cholerę?? Chodzi o to, że gotowanie to jednak dość skomplikowany proces fizyko-chemiczny. tam, jak wiadomo, pewne rzeczy dzieją się w określonych temperaturach. Np. kolagen (przez który mięso jest twarde) zaczyna się rozkładać się do żelatyny (która jest już miękka) przy ok. piędziesięciu stopniach, choć im wyższa temperatura tym proces jest szybszy. Ale już mioglobina (czerwone w steku) rozklada się w sześciedzięciu kilku. Także pasteryzacja (czyli wybijanie wszelkiego paskudztwa które może siedzieć w naszym mięsie) zajmuje różna ilość czasu w zależności od temperatury. I tu jest pies pogrzebany: chcemy mieć stek "medium-rare" - czyli ok. 55 stopni, ale jednocześnie musimy go jakoś przygotować (najczęściej na patelni - która rozgrzana ma pewnie koło dwustu-kilkudziesięciu stopni) i do tego fajnie by było gdyby nie miał w sobie wszystkich tych salmonelli i innych. Smażac stek na patelni, owszem wybijamy te wszystkie patogeny, ale przy okazji doprowadzamy mięso, zwłaszcza na zewnatrz do dużo wyższej temperatury - i brzeg steka jest szary i suchy. A jeśli chwilę się zagapimy, albo nie mamy wyczucia, ew. cyfrowego termometru to z naszego medium-rare'a może wyjść well-done.
I tu sous-vide pokazuje swoją siłę. Jako, że mamy bardzo dokładną kontrolę nad temperaturą, możemy mieć cały stek dokładnie taki jaki chcemy. A trzymając mięso w kąpieli odpowiednio długo, dostajemy pewność, że wszystkie zarazki zostaną wybite. A ponieważ jedzenie jest w plastikowej torebce, wszystko co jest w nim dobre zostaje w środku a nie wycieka do garnka. Jedynym mankamentem jest to, że po wyjęciu steka z torebki wyglada jak ugotowany - czyli średnio apetycznie. Ale akurat na to jest proste rozwiązanie - wkładamy go na moment na bardzo rozgrzaną patelnie, tylko tak żeby przysmażyć go z wierzchu.
I przestajemy być ograniczeni do kawałków mięsa z których zazwyczaj robi się steki. Bo rostbef/antrykot/polędwica (NewYork/RibEye/Filet Mignon) nie są wybierane dlatego, że są przesadnie pełne smaku, tylko dlatego, że te mięśnie stosunkowo mało pracują i po usmażeniu są miekkie. Ale dzięki sous vide możemy doprowadzić do miękkości każdy kawałek mięsa i przez cały czas zachować jego medium-rare'owatość! Na porządku dziennym są przepisy gdzie jakiś egzotyczny kawałek krowy trzyma się w wodzie przez 72 godziny (tak - trzy dni).
Swoje eksperymenty z tą metodą zacząłem jeszcze w Wielkiej Brytanii. Jako, że pomysł z wykorzystaniem lodówki turystycznej nie za bardzo przypadł mi do gustu, szukałem dalej. Profesjonalne kontrolery temperatury odpadły w przedbiegach (zazwyczaj produkują je firmy które zajmują się wyrobem sprzętu laboratoryjnego, ich ceny zaczynają się w okolicach tysiąca dolarów) ale okazało się, że za jakieś kilkadziesiąt dolarów da się kupić na ebayu kontroler temperatury (gdzieś w Singapurze), termorezystor (gdzieś w Hong Kongu), grzałkę (to akurat kupił mój tata w Polsce), elektroniczny przekaźnik (ze Stanów), małą pompkę do wysokich temperatur (z UK) i poskładać wszystko w dziającą całość. Na początku przezentowało się to dosyć przerażająco - poskręcane "na pająka", na przekaźniku było nie izolowane 220V, a grzałka leżała w zlewie, bo okazało się że nie mam żadnego garnka do którego by się zmieściła.


Ale całość działała! I to całkiem nieźle, bo różnice w temperaturze wewnątrz zlewu nie przekraczały 0.1 stopnia. Co prawda mój ręczny termometr pokazywał odrobinę inną temperaturę, ale wystarczyło wziąć na to poprawkę przy ustawianiu maszyny.
Steki wychodziły faktycznie idealnie "medium-rare". Niestety, żeby odpalić maszynę trzeba było najpierw poświęcić pół godziny na jej złożenie i zainstalowanie w zlewie. Miałem też ciekawą przygodę podczas jednej podróży do Polski. Wziąłem ją ze sobą, żeby odpalić w naszym "stek-klubie". Jako, że leciałem tylko na pare dni, wszystkie potrzebne rzeczy wpakowałem do bagażu podręcznego. Dopiero na lotnisku zorientowałem się, że to wszystko może dość podejrzanie wyglądać na prześwietleniu. I oczywiście się nie pomyliłem - zostałem wzięty na szczegółową kontrolę bagażu, gdzie pan starannie przyjrzał się każdemu elementowi po czym spytał czy aby nie jestem hydraulikiem (?!?). Na szczeście kiedy wyjaśniłem mu do czego służą poszczególne elementy, nie robił problemów i mnie puścił. Co ciekawe, na lotnisku w Łodzi, nikt sie nie zainteresował tymi dziwnościami.
W końcu, już w Polsce, maszyna doczekała się eleganckiego pudełka z plexi i własnego pojemnika, tak że nie trzeba jej już wkładać do zlewu.
Niestety do Stanów nie było sensu jej zabierać. O ile sam kontroler temperatury potrafi działać przy 110V o tyle grzałka jest przystosowana do 220V.
Z pomocą przyszli przyjaciele :) Jako jeden ze ślubnych prezentów dostaliśmy od nich "Sous Vide Supreme" - maszynę do sous vide kierowaną do zwykłych śmiertelników. Została ona zamówiona w Stanach, jest przystosowana do lokalnego napięcia i kiedy się w końcu zadomowiliśmy lokalny kontakt chłopaków nam ją tu przysłał. I w piątek właśnie doszła! Jest śliczna, czerwona i właśnie czeka ją pierwszy sprawdzian!
W piątek nie było mi dane jej wypróbować (wieczorem byliśmy na kabarecie), w sobotę też sie nie udało (mieliśmy kolejną wyprawę do Ikei - okazało się, że jednak nie kupiłem wszystkiego...) ale niedzielny obiad wydaje się być znakomitym pretekstem do przygotowania rib-eye'a.


Mięsko już zakupione, czeka spokojnie. Swoją drogą ciekawie przedstawiają się tu ceny mięsa - rib-eye z kategorii choice (druga od góry, cały czas bardzo dobra) kosztuje mniej (za kilogram) niż piersi z kurczaka. Ciekawe proporcje, bo jednak u nas wołowina (mimo jej jakości, która jest, łagodnie mówiąc, mizerna) jest jednak wyraźnie droższa od kurczaka. Co kraj to obyczaj.
Zaraz będę nalewał wody do maszyny! Wyniki będą w kolejnych wpisach.

niedziela, 27 lutego 2011

Steki i Czeki

Dzisiaj nie ma wstępu. Był, ale był głupi więc go skasowałem. Od razu lecę z koksem.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.

niedziela, 20 lutego 2011

O Kalifornii, jedzeniu i wynajmowaniu mieszkania

No to lecimy dalej.

Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)

Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.

Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.

W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.

Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).

Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!

Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.

W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.

Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.

Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).

Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...

środa, 16 grudnia 2009

JEDZENIE

Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)