Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lutego 2011

Pierwszy tydzień

Ten wpis to właściwie miał być w środe. Bo okazało się, że w środy (troche liczę, że we wszystkie) Naughty Dog serwuje pracownikom obiad (tzn angielsko-amerykański "dinner") więc oszczędzono mi konieczności przygotowywania kolacji. A wbrew pozorom nie jest to takie proste - moja lodówka tutaj albo mrozi na maxa albo nie chłodzi w ogóle. Z dwojga złego wolę jednak pierwszą opcję, więc przed każdym posiłkiem zmuszony jestem przeprowadzać sesję rozmrażania. Przy okazji może sie nasuwać pytanie czy po tak podanym pracownikom posiłku firma nie oczekuje że będą oni siedzieć w pracy dłużej. Otóż nie! Obiad podano o godzinie 7 a już o 8-8:30 wszyscy zaczęli się normalnie (bo przecież crunchu nie ma) rozchodzić do domów. Brzmi intrygująco? Niestety, aby poznać szczegóły należy przeczytać jeszcze kilka akapitów.

To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.

W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.

Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)

W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.

Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)

Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.

I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.

Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.

Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...

czwartek, 10 lutego 2011

Back in business

No widzę nie ma wyjścia - musze pisać. Co prawda reaktywacja miała być z nienacka, ale Sokół mnie uprzedził na facebooku. No to jedziemy z koksem.
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...

czwartek, 24 września 2009

Trochę o pracy

Jako że dojazd do UK'a i pierwsze dni już opisałem, to teraz będzie trochę ogólnie. Może najpierw o pracy. Oczywiście za dużo nie mogę napisać bo będę musiał oddać nerkę i prawe płuco, ale może za trochę ogólników nikt mnie ścigać nie będzie. Lionhead jest częścią Microsoftu. Niby ma swoją nazwę, swoich szefów, ale tak de facto wszyscy tutaj podlegają pod Steve'a Ballmera. Maile są w domenie microsoft.com (jak ktoś ma ochotę napisać do mnie to trzeba na miciwan w tej domenie) Jako że wszyscy jesteśmy tu jedną wielką rodziną, trzeba w związku z tym przejść on-linowe szkolenie z tego jak należy się zachowywać w stosunku do współpracowników, jak należy dbać o bezpieczeństwo i tak dalej. Trzeba wyznaczać sobie oficjalne cele na kolejne lata pracy i się z nich przed sobą rozliczać. I jeszcze troche takich różnych rzeczy. No ale nic, takie życie :) Z drugiej strony bardzo dużo korzyści płynie z infrastruktury microsoftu. Widać te tony pieniędzy pompowane w to żeby wszystko sprawnie działało. Na kompie wszystko dzieje się automatycznie. Włączyłem pierwszy raz Outlooka - a on coś pomrugał, kliknąłem 'Next', po czym moje konto skonfigurowało się samo, zostałem dodany do różnych grup mailowych, dostałem poradnik nowego pracownika. Jak zacznę chodzić po wewnętrznych stronach to też wszędzie mnie poznaje, wie do czego powinienem mieć dostęp, wyświeta mi jakieś szkolenia w których mogę wziąć udział. Jest sklepik firmowy w którym produkty Microsoftu są dostępne po znacznie obniżonych cenach (poza sprzętem, ten kosztuje tyle co w sklepie) i takie tam duperele. Są soft drinki, ciastka, owoce a mała kantynka na dole jest dotowane, dzięki czemu obiad którym się najadam kosztuje mniej więcej tyle ile u fryzjera.
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...