Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telewizja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telewizja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2009

Darren Brown i Dan Brown

Dzisiaj znowu nie będzie o okolicy. Do tego przydało by się wrzucić zdjęcia a te są na laptopie. A laptop na razie jest upośledzony bo nie ma połączenia z internetem. Więc będzie trochę o telewizji i o książkach.
Może zacznijmy od telewizji. Telewizja w UK jest (a to niespodzianka :). W sumie nic szczególnego, bo co da się w tej materii wymyśleć. Ale okazuje się, że się da. Ktoś tu wpadł na ciekawy patent jak w prosty sposób zwiększyć ilość kanałów w telewizji. Przecież wiadomo – im więcej tym lepiej – zwłaszcza w ulotkach reklamowych kablówek – 45 brzmi o niebo lepiej niż 22, 100 jest fajniejsze niż 50. Otóż wiele tutejszych programów jest zdublowanych. Oczywiście nie tak bezczelnie że po prostu leci to samo pod inną nazwą. W drugiej wersji kanału, wszystko jest przesunięte o godzinę do przodu – a sam kanał nazywa się „XXX+1” (XXX to nazwa kanału bazowego, nie jakiegoś z pornem). Dzięki temu jeśli chcemy coś obejrzeć, ale się spóźnimy to nie ma problemu bo za godzinę znowu będzie leciało od początku. Ciekawy substytut dla nagrywania.
Jak już jesteśmy przy nagrywaniu to nagrywarki cyfrowe i w ogóle telewizja cyfrowa bardzo się tu już rozpanoszyły. Do 2012 telewizji analogowej ma na wyspach już w ogóle nie być, a już teraz większość dostawców kablowych przesyła sygnał tylko cyfrowo. Na szczęscie Virgin Media z którego chce telewizje i internet dostarcza dekoder który mogę podłączyć do telewizora, ale niektóre inne sieci sugerują upgrade telewizora. Przy okazji kablówek – internet (jak już jest) to jest tu fajny. Minimalny bandwitdh jaki sobie można założyć to 10Mbitów – wolniej po prostu nie dają. I to faktycznie jest to 10Mbitów – jeszcze w B&B 30 megowe prezentacje ze stron Microsoftu ciągnęły się po kilkanaście sekund. A 50 Mbitów też podobno ciągnie po te kilka mega na sekundę.
Dobra, ale do rzeczy bo miało być o Brownach. Zacząłem od telewizji, bo w lokalnej, co tydzień występuje Darren Brown. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że pare miesięcy temu Browna pokazał mi w internecie brat. Darren Brown to taki magik. Pisze „magik” ale to nie jest typowy czarodziej. W zasadzie w ogóle nie jest czarodziejem, ale to co robi daje rade. Koleś zajmuje się badaniami w jaki sposób można na ludzi wpływać bez ich świadomości. Nie chodzi mu jednak o te słynne podprogowe przekazy w filmach (np. Pojedyncza ramka z napisem „pijcie coca-cole” w filmie, mająca zwiększać sprzedaz napoju) ale o to, że czasem ludziom można coś bardzo otwarcie pokazać a oni, mimo że na to nie zwracają uwagi, rejestrują to. I taki przekaz, zarejestrowany nieświadomie, może w bardzo znacząco wpływać na ich zachowanie. Brown potrafi to robić i robi z tego znakomity show. Przykładowo: bierze z ulicy jakąś babkę, wprowadza ją do wielkiego sklepu z zabawkami (wiecie, taki 5 pięter, jest tam wszystko). Prosi ją żeby po nim się przeszła, dokładnie pooglądała zabawki i wybrała coś dla kogoś na prezent. Oczywiście ma nie mówić co to jest, jedynie o tym pomyśleć. A po pół godziny chodzenia Darren Brown ją bierze i mówi „hmm, dla kogo wybierałaś tą zabawkę”, babka odpowiada „dla siostrzenicy”. I wtedy się zaczyna: „hmm.. dla siostrzenicy... to na pewno nie będzie robot, chodźmy do pluszaków, tak, to na pewno coś z nich... hmmm... na pewno jakieś zwierze... goryl albo żyrafa, nie na pewno żyrafa” po czym podnosi żyrafe i wręcza zdziwionej babce. Ta oczywiście potwierdza że chodziło jej o żyrafę. Brown pyta „a jak nazwiesz tą żyrafe?” – babka: „Vicky”. A Darren wyciąga z zza pazuchy kopertę, otwiera ją i pokazuje babce kartkę z napisem Vicky. I tak jeszcze pare różnych rzeczy, które babka potwierdza. A potem jest cięcie i Brown pokazuje jak to zrobił. Od samego wejścia do sklepu babka była bombardowana tą żyrafą. Dekoracje były w ciapki, gdzieniegdzie były porozkładane te żyrafy, od czasu do czasu był gdzieś napis „żyrafa to Vicky” itd. Nikt jej nie powiedział że ma wybrać żyrafę, ale zasypana jej wizerunkiem z każdej strony zrobiła to trochę nieświadomie. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Wiadomo, w telewizji można pokazać wszystko. Ale całość sprawia dość autentyczne wrażenie, głównie dlatego że autor nawet przez sekunde nie próbuje ukrywać w jaki sposób robi to co robi. Po każdym show jest objaśnienie o co chodziło, ze szczegółami. Na pewno nie na każdego takie tricki działają (na przykład na mnie chyba słabo - jeden program miał mnie przykleić do fotela co zupełnie nie wyszło :-/ ale tego zresztą Brown też nie ukrywa – czasem pokazuje jak próbuje coś zrobić na jednym, drugim, trzecim przechodniu – a działa dopiero za czwartym razem) ale nawet jeśli podatne jest na to 50% społeczeństwa to i tak dużo. Co zresztą też pokazał, dekorując jakieś centrum handlowe dekoracjami zachęcającymi do dawania pieniędzy (manekiny przekazywały sobie gotówkę, były napisy itp). Potem przebrał się za żebraka i usiadł w kącie. Po godzinie uzbierał 300 funtów, a na koniec podszedł do niego jakiś koleś i oddał mu własne buty. W zeszłym tygodniu był eksperyment w którym widzowie mieli narysować coś co wcześniej narysowała jakaś kobieta, która podczas programu miała o tym intenstywnie myśleć (co to jest wiedziała tylko ona). No i jakieś 30% ludzi narysowało koncentryczne okręgi a kolejne 10% Stonehenge. Oczywiście tym co narysowała wcześniej ta babka (podczas emisji gdzieś zamknięta) też były te okręgi. A potem okazało się że zanim zaczęła rysować sugerowano jej właśnie te kółka i Stonehenge (przy którym nota bene na czas emisji programu ją zamknięto) a tego dnia, w gazetach w całym kraju były małe napisy „narysuj koncentryczne okręgi”. Niezłe, polecam. Na youtubie trochę tego jest. Tu np. filmik jak urabiał ludzi z agencji reklamowych: http://www.youtube.com/watch?v=1UpUcgPP-YY
Drugim z dzisiejszych Brownów jest Dan Brown. Jak ktoś nie kojarzy to autor „Kodu Leonarda DaVinci” i „Aniołów i Demonów”. Ostatnio wysmażył on kolejną książkę – „The Lost Symbol”, którą właśnie skończyłem czytać. Przy okazji jej zakupu poznałem granice słowa „promocja” w UK (a raczej ich brak). Książka w detalu kosztuje niecałe 19 funtów. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie, ale nadal, prawie 20 funtów to nie tak mało za czytadło do poduszki. Niektóre księgarnie prowadziły przedsprzedaż w której książka kosztowała 15 funtów. Ale spojrzałem na Amazona – oni mieli 50% obniżki (książka za 9.5 funta ) i do tego darmową przesyłkę – więc skorzystałem. I byłem bardzo dumny z poczynionych oszczędności, ale tylko do dnia premiery książki, kiedy to Sainsbury (taki supermarket) zaczął ją sprzedawać za 6 funtów. A dzień później zobaczyłem ją jeszcze w Tesco za 5... I byłem tym już bardzo niepocieszony, ale okazało się że Amazon w dniu premiery też zaczął ją sprzedawać za 5 i tym co kupili ją wcześniej postanowił różnicę zwrócić. Fajnie z ich strony.
Sama książka jest...hmmm... nie wiem w sumie... Tym razem jest o Masonach, dzieje się w Waszyngtonie (jako że ostatnio tam byliśmy, przynajmniej wiedziałem o jakich budynkach czytam) i w sumie nie jest zła. Jest jakaś starożytna tajemnica, jest tajne bractwo które jej chroni i jest główny zły który chce ją posiąść i zawładnąć światem. Co, brzmi znajomo? Nic dziwnego. „The Lost Symbol” jest właściwie kalką dwóch poprzednich powieści Dana Browna. Konstrukcja jest właściwie identyczna, intryga prowadzona tak samo, zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów i nazwy tajnych organizacji. I jeśli ktoś nie czytał poprzednich części to książka pewnie mu się spodoba (o ile oczywiście lubi takie klimaty), ale jeśli zna się „Anioły i Demony” i „Kod Leonarda” to „The Lost Symbol” może być trochę rozczarowujący. Brown próbuje wprowadzić troche nowości przesuwając się trochę bardziej w stronę (pseudo)nauki i mistycyzmu ale robi to na tyle nieśmiale, że jego wysiłki biorą w łeb. A szkoda, bo w np. Micheal Cordy w „Messiah Code” i „Lucifer” poszedł w tą stronę na maxa i z połączenia science-fiction z tematami mistyczno-religijnymi wyszło coś naprawdę fajnego. Reasumując nie jest to książka zła, można ją przeczytać i nawet się nieźle przy tym bawić, ale jak na kilka lat które autorowi zabrało jej napisanie to jednak trochę mało. Ale może jeszcze z raz dam mu szansę i kupię następną jego powieść (przy okazji nie radzę kupować następnych książek wspomnianego Micheala Cordy’ego – wpadł on w dokładnie tą samą pułapkę i co Brown jego następne książki są jeszcze bardziej brutalnym powieleniem poprzednich)