środa, 19 sierpnia 2009
Ameryka - zdjęcia z dni 1-18
W końcu coś wrzucam, miłego oglądania: http://picasaweb.google.pl/harrier3/USA200902
Ameryka - dni 17-18
Kolejnym etapem wycieczki był w końcu Nowy York. W początkowych planach samochód mieliśmy mieć wypożyczony do ostatniego dnia. Ale jeszcze przed wyjazdem do stanów coś nas tknęło, że może lepiej oddać go od razu po przyjeździe do Nowego Yorku. I to był chyba jeden z lepszych pomysłów. Na sam Manhattan wjechaliśmy w miarę bezproblemowo - korków w zasadzie nie było. Za to to co zaczęło się potem można opisać tylko jednym słowem: horror. Absolutnie po żadnym, ale to żadnym mieście nie jeździło mi się tak źle. Myślałem, że po San Francisco jeździ się źle - bo mało miejsc do zaparkowania, bo ludzie jeżdzą po europejsku - wciskają się, trąbią itp. Otóż nie. San Francisco to raj kierowców. Tutaj jest miliardy razy gorzej. Absolutnie nikt nie używa kierunkowskazów. Zupełnie nie ma możliwości zmiany pasa, bo po prostu nikt Cie nie wpuści. Jedyną opcją jest wyczaić odrobinę przerwy i bezczelnie się wcisnąć, nie zwracając uwagi na trąbienie i to że w Ciebie wjeżdżają. Piesi zupełnie ignorują światła i lezą zarówno na zielonym jak i na czerwonym, do tego mając do Ciebie pretensje że w nich wjeżdżasz. Ulice są jednokierunkowe, więc jak się gdzieś zgubisz to pozamiatane i musisz nadrabiać sporo drogi. Zaparkować oczywiście nie ma gdzie.
No ale wjechaliśmy na ten Manhattan, i jedziemy zgodnie ze wskazówkami GPSa (nota bene sprawdzał się znakomicie). Wymyśliliśmy że hotel weźmiemy w centrum, bo był niewiele droższy a zaoszczędzimy zarówno czas jak i pieniądze na dojazdach. Tylko najpierw było trzeba do tego hotelu dojechać a GPS wprowadził nas w największy możliwy korek. Kombinowalśmy jak mogliśmy żeby go ominąć, nadłożyliśmy przy tym sporo drogi ale w końcu udało się dotrzeć pod hotel. I tu kolejna niespodziewajka. Parkować w okolicy w ogóle nie można: grozi odholowanie i min. $200 grzywny. Na szczęście udało się znaleźć niedaleko parking (lol: jedyne $10 za pół godziny) i szybko przerzucić rzeczy do hotelu. Hotel fajny, pokoje są świeżo wyremontowane, jedynie w hallu na dole renowacja cały czas trwa i ciężko się dostać do windy którą non-stop jeżdżą kafelki albo płyty kartonowo-gipsowe. Na szczęście udało się w to pół godziny wyrobić.
Pojechaliśmy zatem oddać samochód. Włączamy GPSa, wyliczamy ścieżke, całkiem niedaleko. I oczywiście na drugim zakręcie wjechaliśmy w wielki korek. A komputerek każe nim jechać przez kolejne 3 mile. Oczywiście postanowliśmy rozwiązać problem "na Polaka", skręcając w pierwszą poprzeczną ulicę. I zadziało znakomicie. GPS wyliczył nową drogę, kazał gdzieś skręcić. Jedziemy zadowoleni bo korka nie ma. Są jakieś samochody, ale w sumie jest ich niewiele a droga szeroka. Tknęło mnie coś dopiero po kilku przecznicach - jakieś 95% samochodów wokół to żółte, nowojorskie taksówki, a nieliczne inne pojazdy mają coś za przednią szybą. Chyba wpakowaliśmy się na jakąś drogę tylko dla taksówek i autobusów (dla swojego usprawiedliwienia napisze tylko, że naprawdę nie widziałam żadnych znaków na ten temat). Ale jechało się tak dobrze, że nie zamierzałem wracać w ten korek. Na szczęscie udało się dojechać do celu i nikt się nie przyczepił.
A w Herzu kolejna niespodzianka. Przy wynajmie, pani w Nowym Orleania zapowiedziała że nie płacimy za drugiego kierowce a tymczasem jej koleżanka w Nowym Yorku chciała nas za to zchargować. I była awanturka. Zrugałem panią za ladą, jej menagerkę przez telefon a potem jeszcze panią która nam wynajmowała samochód w Nowym Orleanie. A koniec okazało się że jednak wszystko jest ok, bo przy wynajmie odliczono nam tą opłatę za drugiego kierowcę z podstawowej sumy jaką mieliśmy zapłacić. Jako, że podczas kluczenia po Nowym Yorku nie za bardzo mieliśmy okazaję zatankować samochód przed oddaniem, Herz chciał nam jeszcze doliczyć opłatę za benzynę, ale jak usłyszeliśmy ile ona wynosi ($6 za galon, cena rynkowa - $2.5; na marginesie: do pełna tankowaliśmy za jakieś 70zł, ech...) to postanowiliśmy jednak tej stacji poszukać. Na szczęście była blisko, i dalej obyło się już bez przygód.
Wróciliśmy na Times Sq. spotkać się z Natalią i Jackiem. Poszliśmy na fajne tajskie jedzenie, potem piwko a o wpól do pierwszej w nocy na slice'a pizzy za 99c - bombeczka, ale Brzezin wszystko już u siebie opisał (http://ogrodsopli.nephaarite.com/) więc nie będę powtarzał.
Dzisiaj Jacek i Natalia pojechali do Bostonu, więc my ruszyliśmy na zwiedzanie tego co oni widzieli podczas naszego pobytu w Waszyngtonie. Zaczęliśmy oczywiście od Statuy (Statui? jak to się właściwie odmienia? stuk stuk i już wiem: google mówi że można na oba sposoby :) Wolności. Trochę się naciąłem bo myślałem że jest dużo większa. We wszystkich filmach, na wszystkich zdjęciach robi wrażenie ogromnej, górującej nad Nowym Yorkiem. Tymczasem.... no może mała nie jest, ale przy tych wszystkich wieżowcach na Manhatanie (Statua stoi na osobnej wyspie - Liberty Island) to pchełka. Do tego monument na którym ją umieszczono jest prawie równie wielki jak ona sama, co tylko optycznie ją pomniejsza. Ale poza tym jest fajna. Całą zielona (pokrycie jest miedziane, i przez lata pokryło się zielonym tlenkiem miedzi). Na koronę nie udało się wejść (bilety są dopiero na jakiś koniec października) ale myśle że to nie tragedia. Z Libery Island i sąsiedniej Ellis Island jest fajny widok na Manhatan - i również dla niego warto jest pod Statuę popłynąć.
Rejsy odbywają się z samego południowego krańca Manhattanu, a stamtąd jest tylko rzut beretem do dzielnicy finansowej w której jest Wall Street (i giełda), Trinity Church (ten ze 'Skarbu Narodów'!) i gdzie kiedyś było World Trade Center. W miejcu tego ostatniego jest obecnie wielka dziura w ziemi i mnóstwo dźwigów. Trawa budowa kolejnego biurowca, mającego pokazać światu że terroryści nie wygrali. Nie wiem czy stawianie w miejscu katastrofy centrum biurowego ze sklepami na dole jest najlepszym sposobem na upamiętnienie ofiar, ale widać względy ekonomiczne przeważyły.
Potem pojechaliśmy metrem na Brooklin i wróciliśmy pieszo przez most Brookliński (jest na nim specjalna ścieżka dla pieszych/rowerzystów) o potem już do hotelu. Metro w tym mieście to jednak jest hardcorowe. Na większości linii jest kilka rodzajów pociągów - lokalne, ekspresowe i takie pośrednie. Ekspresowe zatrzymują się tylko na niektórych stacjach, więc trzeba dość uważać w co się wsiada, żeby móc wysiąć na swojej stacji. Do tego pełne jest różnych ewenementów - np. dzisiaj spotkaliśmy transseksualistów, którzy byli bardzo oburzeni że ludzie w wagonie się im przyglądają (w wyglądali naprawdę specyficznie.)
Jako że znowu skończyło mi się miejsce na karcie pamięci i musze przerzucić zdjęcia na komputer, chyba zacznę przy okazji wrzucać coś na picasse...
No ale wjechaliśmy na ten Manhattan, i jedziemy zgodnie ze wskazówkami GPSa (nota bene sprawdzał się znakomicie). Wymyśliliśmy że hotel weźmiemy w centrum, bo był niewiele droższy a zaoszczędzimy zarówno czas jak i pieniądze na dojazdach. Tylko najpierw było trzeba do tego hotelu dojechać a GPS wprowadził nas w największy możliwy korek. Kombinowalśmy jak mogliśmy żeby go ominąć, nadłożyliśmy przy tym sporo drogi ale w końcu udało się dotrzeć pod hotel. I tu kolejna niespodziewajka. Parkować w okolicy w ogóle nie można: grozi odholowanie i min. $200 grzywny. Na szczęście udało się znaleźć niedaleko parking (lol: jedyne $10 za pół godziny) i szybko przerzucić rzeczy do hotelu. Hotel fajny, pokoje są świeżo wyremontowane, jedynie w hallu na dole renowacja cały czas trwa i ciężko się dostać do windy którą non-stop jeżdżą kafelki albo płyty kartonowo-gipsowe. Na szczęście udało się w to pół godziny wyrobić.
Pojechaliśmy zatem oddać samochód. Włączamy GPSa, wyliczamy ścieżke, całkiem niedaleko. I oczywiście na drugim zakręcie wjechaliśmy w wielki korek. A komputerek każe nim jechać przez kolejne 3 mile. Oczywiście postanowliśmy rozwiązać problem "na Polaka", skręcając w pierwszą poprzeczną ulicę. I zadziało znakomicie. GPS wyliczył nową drogę, kazał gdzieś skręcić. Jedziemy zadowoleni bo korka nie ma. Są jakieś samochody, ale w sumie jest ich niewiele a droga szeroka. Tknęło mnie coś dopiero po kilku przecznicach - jakieś 95% samochodów wokół to żółte, nowojorskie taksówki, a nieliczne inne pojazdy mają coś za przednią szybą. Chyba wpakowaliśmy się na jakąś drogę tylko dla taksówek i autobusów (dla swojego usprawiedliwienia napisze tylko, że naprawdę nie widziałam żadnych znaków na ten temat). Ale jechało się tak dobrze, że nie zamierzałem wracać w ten korek. Na szczęscie udało się dojechać do celu i nikt się nie przyczepił.
A w Herzu kolejna niespodzianka. Przy wynajmie, pani w Nowym Orleania zapowiedziała że nie płacimy za drugiego kierowce a tymczasem jej koleżanka w Nowym Yorku chciała nas za to zchargować. I była awanturka. Zrugałem panią za ladą, jej menagerkę przez telefon a potem jeszcze panią która nam wynajmowała samochód w Nowym Orleanie. A koniec okazało się że jednak wszystko jest ok, bo przy wynajmie odliczono nam tą opłatę za drugiego kierowcę z podstawowej sumy jaką mieliśmy zapłacić. Jako, że podczas kluczenia po Nowym Yorku nie za bardzo mieliśmy okazaję zatankować samochód przed oddaniem, Herz chciał nam jeszcze doliczyć opłatę za benzynę, ale jak usłyszeliśmy ile ona wynosi ($6 za galon, cena rynkowa - $2.5; na marginesie: do pełna tankowaliśmy za jakieś 70zł, ech...) to postanowiliśmy jednak tej stacji poszukać. Na szczęście była blisko, i dalej obyło się już bez przygód.
Wróciliśmy na Times Sq. spotkać się z Natalią i Jackiem. Poszliśmy na fajne tajskie jedzenie, potem piwko a o wpól do pierwszej w nocy na slice'a pizzy za 99c - bombeczka, ale Brzezin wszystko już u siebie opisał (http://ogrodsopli.nephaarite.com/) więc nie będę powtarzał.
Dzisiaj Jacek i Natalia pojechali do Bostonu, więc my ruszyliśmy na zwiedzanie tego co oni widzieli podczas naszego pobytu w Waszyngtonie. Zaczęliśmy oczywiście od Statuy (Statui? jak to się właściwie odmienia? stuk stuk i już wiem: google mówi że można na oba sposoby :) Wolności. Trochę się naciąłem bo myślałem że jest dużo większa. We wszystkich filmach, na wszystkich zdjęciach robi wrażenie ogromnej, górującej nad Nowym Yorkiem. Tymczasem.... no może mała nie jest, ale przy tych wszystkich wieżowcach na Manhatanie (Statua stoi na osobnej wyspie - Liberty Island) to pchełka. Do tego monument na którym ją umieszczono jest prawie równie wielki jak ona sama, co tylko optycznie ją pomniejsza. Ale poza tym jest fajna. Całą zielona (pokrycie jest miedziane, i przez lata pokryło się zielonym tlenkiem miedzi). Na koronę nie udało się wejść (bilety są dopiero na jakiś koniec października) ale myśle że to nie tragedia. Z Libery Island i sąsiedniej Ellis Island jest fajny widok na Manhatan - i również dla niego warto jest pod Statuę popłynąć.
Rejsy odbywają się z samego południowego krańca Manhattanu, a stamtąd jest tylko rzut beretem do dzielnicy finansowej w której jest Wall Street (i giełda), Trinity Church (ten ze 'Skarbu Narodów'!) i gdzie kiedyś było World Trade Center. W miejcu tego ostatniego jest obecnie wielka dziura w ziemi i mnóstwo dźwigów. Trawa budowa kolejnego biurowca, mającego pokazać światu że terroryści nie wygrali. Nie wiem czy stawianie w miejscu katastrofy centrum biurowego ze sklepami na dole jest najlepszym sposobem na upamiętnienie ofiar, ale widać względy ekonomiczne przeważyły.
Potem pojechaliśmy metrem na Brooklin i wróciliśmy pieszo przez most Brookliński (jest na nim specjalna ścieżka dla pieszych/rowerzystów) o potem już do hotelu. Metro w tym mieście to jednak jest hardcorowe. Na większości linii jest kilka rodzajów pociągów - lokalne, ekspresowe i takie pośrednie. Ekspresowe zatrzymują się tylko na niektórych stacjach, więc trzeba dość uważać w co się wsiada, żeby móc wysiąć na swojej stacji. Do tego pełne jest różnych ewenementów - np. dzisiaj spotkaliśmy transseksualistów, którzy byli bardzo oburzeni że ludzie w wagonie się im przyglądają (w wyglądali naprawdę specyficznie.)
Jako że znowu skończyło mi się miejsce na karcie pamięci i musze przerzucić zdjęcia na komputer, chyba zacznę przy okazji wrzucać coś na picasse...
Ameryka - dni 14-16
No i poszedłem na te rollercoastry. Konkretnie do Universal's Islands of Adventures (http://www.universalorlando.com/amusement-parks/islands-of-adventure.html). Zajebiste :) Incredible Hulk wywraca żołądek do góry nogami, bardzo fajne są też Duelling Dragons - dwie kolejki specione ze sobą, tak że podczas jazdy często mija się wagoniki z tej drugiej. Do tego jedzie się z nogami dyndającymi w powietrzu (do tego często do góry). Szkoda że w Polsce nie ma czegoś takiego (choć z drugiej strony pewnie i tak przez 80% roku musiało by być zamknięte z powodu pogody).
Potem ruszyliśmy w stronę Waszyngtonu. Jako że przez połowe dnia, jak i prawie cały następny nic się nie działo (jechaliśmy i jechaliśmy), pozwolę sobie wrócić do mojego ulubionego tematu pt. "dlaczego ameryka mnie irytuje". Z jednek strony jest fajnie. Właściwie nikt nie cwaniaczy, nie próbuje się wciskać przed ciebie w kolejce, wszyscy są mili (przynajmniej na pokaz) i w ogóle. Cały kraj jest zrobiony pod ludzi i przyjazny dla użytkownika. To jest super. Tylko tak po prostu powinno być. Takie podejście zwalnia trochę ludzi z myślenia, i tu pojawia się problem bo niestety 80% ludzi tutaj to myślenie wyłącza doszczętnie. Piszę to akurat teraz bo na drodzę z Orlando do Waszyngtonu widać to było na każdym zakręcie. Wszyscy jadą mniej więcej zgodnie z przepisami - właściwie nie przekraczają prędkości więcej niż 10 mph, nikt nie wjeżdża na zderzak i nie daje po oczach długimi bo akurat mu się spieszy. Ale z drugiej strony ludzie nie widzą absolutnie niczego poza 10 metrami drogi przed sobą. Nie patrzą w lusterka, zmieniają pasy bez zastanowienia. Często blokują kilka równoległych pasów, wszyscy jadą prawie równo, nie sposób ich ominąć. Nie to że jestem zwolennikiem polskiego modelu, ale wytre(n/s)owany w polsce, mam zwyczaj wyprzedzać i zmieniać pas na prawy, tak żeby ktoś jadący szybciej mógł z lewego skorzystać. Tutaj absolutnie nikt tak nie robi. Droga jest ich, i przecież nie ma powodu ustępować jej komuś. Wrrrrrrr.
No ale do Waszyngtonu dojechaliśmy w miarę spokojnie. No prawie. Była mała przygoda w wielkim mallu pod Waszyngtonem. Robimy jakieś zakupy, płacimy oczywiście kartą i nagle w jedym sklepie pan mówi "o coś jest nie tak, wypisuje mi tu że gdzieś musze zadzwonić". My lekko panikujemy, bo przecież płaciliśmy tą kartą często i nigdy nie było problemów. Ale koleś zadzownił, i po kilku przełączeniach Aneta miała okazję pogadać z CityBankiem w Polsce (nota bene, dotarło do mnie że jednak mamy XXI wiek - była niedziela rano (tutaj) a po kilku przełączeniach koleś ze sklepu połączył się z polskim bankiem, w którym, o dziwo, ktoś był!). Okazało się że karta została zeskanowana i nalepiej od razu ją zablokować. Potem wyszło że może niekoniecznie (użyliśmy jej w miejscu gdzie kiedyś komuś karte skopiowali i Visa troche dmucha na takie przypadki). Tak czy owak karte zastrzegliśmy i pojechaliśmy do stolicy.
Waszyngton przywitał nas ogromnym upałem (podobno to standard, w sierpniu wszyscy starają się z tego miasta uciekać). Zaczęliśmy od Kapitolu (niestety tylko z zewnątrz, w niedziele zamknięty, a w pozostałe dni trzeba się zgadać ze swoim kongresmenem i załatwić wejście - jakoś do swojego nie mogłem się dodzwonić). Zobaczyliśmy (też z zewnątrz) bibliotekę kongresu, monument Waszyngtona (taki wielki obelisk - podobno krążą żarty na temat elementu Waszyngtona na podstawie którego został wykonany), memoriał Lincolna (ten charakretystyczny marmurowy pomnik z siedzącym Lincolnem) i Jeffersona (też charakterystyczny okrągły budyneczek). Z mniej formalnych rzeczy widzieliśmy rewelacyjne International Spy Museum - muzeum szpiegostwa. Masa eksponatów - strzelające szminy, pistolety w parasolkach, kamery w guzikach od płaszcza - wszystko od prawdziwych agencji wywiadowczych. Była też masa elementów interaktywnych. Można było analizować zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu obozów terrorystów, podsłuchiwać rozmowę z użyciem podłożonej pluskwy, można było nawet przeczołgać się prawdziwym kanałem wentylacyjnym - rewelacja, dawno nie widziałem tak wciągającego muzeum.
Był też oczywiście 'Ben's Chili Bowl' - mała knajpka z rewelacyjnym chili, chili-dogami i chili-hamburgerami, w której stołuje się Bill Cosby i Barack Obama (hmmm, smakowe...)
Szwędaliśmy się tak do ok. 21. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Otóż w Waszyngtonie dość trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. My po jakiś 15 minutach szukania zdecydowaliśmy się na jakiś public parking w okolicach Kongresu. I wszystko byłoby super, gdyby projektańci parkingu wpadli na pomysł, żeby informacje o godzinie zamknięcia umieścić gdzieś w bardziej widocznym miejscu niż na szlabanie zagradzającym wjazd (oczywiście podniesionym). No i o tej 9 wieczorem pocałowaliśmy przysłowiową klamkę (właściwie wielką, opuszczaną kratę). I po chwili załamania już mieliśmy kombinować gdzie iść spać (pal licho wszystkie torby z bagażnika) albo jak się dodzwonić do kogoś kto zarządza parkingiem (oczywiście na widoku żadnych numerów telefonów nie było) ale oto przed wjazdem pojawiła się pani i przyłożeniem karty otworzyła kratę! Okazało się że właśnie przyjechała pilnować parkingu w nocy i może nas wypuścić. Wyjechaliśmy z Waszyngtonu, zanocowaliśmy gdzieś zaraz pod.
Potem ruszyliśmy w stronę Waszyngtonu. Jako że przez połowe dnia, jak i prawie cały następny nic się nie działo (jechaliśmy i jechaliśmy), pozwolę sobie wrócić do mojego ulubionego tematu pt. "dlaczego ameryka mnie irytuje". Z jednek strony jest fajnie. Właściwie nikt nie cwaniaczy, nie próbuje się wciskać przed ciebie w kolejce, wszyscy są mili (przynajmniej na pokaz) i w ogóle. Cały kraj jest zrobiony pod ludzi i przyjazny dla użytkownika. To jest super. Tylko tak po prostu powinno być. Takie podejście zwalnia trochę ludzi z myślenia, i tu pojawia się problem bo niestety 80% ludzi tutaj to myślenie wyłącza doszczętnie. Piszę to akurat teraz bo na drodzę z Orlando do Waszyngtonu widać to było na każdym zakręcie. Wszyscy jadą mniej więcej zgodnie z przepisami - właściwie nie przekraczają prędkości więcej niż 10 mph, nikt nie wjeżdża na zderzak i nie daje po oczach długimi bo akurat mu się spieszy. Ale z drugiej strony ludzie nie widzą absolutnie niczego poza 10 metrami drogi przed sobą. Nie patrzą w lusterka, zmieniają pasy bez zastanowienia. Często blokują kilka równoległych pasów, wszyscy jadą prawie równo, nie sposób ich ominąć. Nie to że jestem zwolennikiem polskiego modelu, ale wytre(n/s)owany w polsce, mam zwyczaj wyprzedzać i zmieniać pas na prawy, tak żeby ktoś jadący szybciej mógł z lewego skorzystać. Tutaj absolutnie nikt tak nie robi. Droga jest ich, i przecież nie ma powodu ustępować jej komuś. Wrrrrrrr.
No ale do Waszyngtonu dojechaliśmy w miarę spokojnie. No prawie. Była mała przygoda w wielkim mallu pod Waszyngtonem. Robimy jakieś zakupy, płacimy oczywiście kartą i nagle w jedym sklepie pan mówi "o coś jest nie tak, wypisuje mi tu że gdzieś musze zadzwonić". My lekko panikujemy, bo przecież płaciliśmy tą kartą często i nigdy nie było problemów. Ale koleś zadzownił, i po kilku przełączeniach Aneta miała okazję pogadać z CityBankiem w Polsce (nota bene, dotarło do mnie że jednak mamy XXI wiek - była niedziela rano (tutaj) a po kilku przełączeniach koleś ze sklepu połączył się z polskim bankiem, w którym, o dziwo, ktoś był!). Okazało się że karta została zeskanowana i nalepiej od razu ją zablokować. Potem wyszło że może niekoniecznie (użyliśmy jej w miejscu gdzie kiedyś komuś karte skopiowali i Visa troche dmucha na takie przypadki). Tak czy owak karte zastrzegliśmy i pojechaliśmy do stolicy.
Waszyngton przywitał nas ogromnym upałem (podobno to standard, w sierpniu wszyscy starają się z tego miasta uciekać). Zaczęliśmy od Kapitolu (niestety tylko z zewnątrz, w niedziele zamknięty, a w pozostałe dni trzeba się zgadać ze swoim kongresmenem i załatwić wejście - jakoś do swojego nie mogłem się dodzwonić). Zobaczyliśmy (też z zewnątrz) bibliotekę kongresu, monument Waszyngtona (taki wielki obelisk - podobno krążą żarty na temat elementu Waszyngtona na podstawie którego został wykonany), memoriał Lincolna (ten charakretystyczny marmurowy pomnik z siedzącym Lincolnem) i Jeffersona (też charakterystyczny okrągły budyneczek). Z mniej formalnych rzeczy widzieliśmy rewelacyjne International Spy Museum - muzeum szpiegostwa. Masa eksponatów - strzelające szminy, pistolety w parasolkach, kamery w guzikach od płaszcza - wszystko od prawdziwych agencji wywiadowczych. Była też masa elementów interaktywnych. Można było analizować zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu obozów terrorystów, podsłuchiwać rozmowę z użyciem podłożonej pluskwy, można było nawet przeczołgać się prawdziwym kanałem wentylacyjnym - rewelacja, dawno nie widziałem tak wciągającego muzeum.
Był też oczywiście 'Ben's Chili Bowl' - mała knajpka z rewelacyjnym chili, chili-dogami i chili-hamburgerami, w której stołuje się Bill Cosby i Barack Obama (hmmm, smakowe...)
Szwędaliśmy się tak do ok. 21. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Otóż w Waszyngtonie dość trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. My po jakiś 15 minutach szukania zdecydowaliśmy się na jakiś public parking w okolicach Kongresu. I wszystko byłoby super, gdyby projektańci parkingu wpadli na pomysł, żeby informacje o godzinie zamknięcia umieścić gdzieś w bardziej widocznym miejscu niż na szlabanie zagradzającym wjazd (oczywiście podniesionym). No i o tej 9 wieczorem pocałowaliśmy przysłowiową klamkę (właściwie wielką, opuszczaną kratę). I po chwili załamania już mieliśmy kombinować gdzie iść spać (pal licho wszystkie torby z bagażnika) albo jak się dodzwonić do kogoś kto zarządza parkingiem (oczywiście na widoku żadnych numerów telefonów nie było) ale oto przed wjazdem pojawiła się pani i przyłożeniem karty otworzyła kratę! Okazało się że właśnie przyjechała pilnować parkingu w nocy i może nas wypuścić. Wyjechaliśmy z Waszyngtonu, zanocowaliśmy gdzieś zaraz pod.
piątek, 14 sierpnia 2009
Ameryka - dni 12-13
I w końcu te wakacje zaczynają przypominać wakacje.
W środę nocowaliśmy na Key West. Rano chceliśmy popływać trochę w oceanie, pooglądać rafę i polenić się na plaży, ale okazało się, że Key West nie jest chyba do tego najlepszym miejscem. Plaż właściwie nie ma, jakiś sprzęt pływający można niby wynająć ale już zupełnie nie ma infrastruktury żeby się np. umyć z soli. Wyspa bardziej przypomina raczej deptak w Sopocie niż plażę. Rzut oka do przewodnika i pojechaliśmy na Bahia Honda Key - wyspę trochę wcześniejszą w łańcuchu na której są właśnie plaże, dostęp do rafy itd.
Co tu pisać, jest tam ładnie. Plaża wygląda jak z pocztówki, woda jest niebieska. Popłyneliśmy na pływanie z rurką do rafy koralowej. Szkoda, że nie miałem wodoodpornego aparatu (albo bajery który widziałem w katalogu w samolocie - maski z wbudowanym aparatem!), widoki pod wodą są bombowe. Całość trwała może odrobinę za długo (jakieś 3 godziny) i oczywiście zdążyłem się w tym czasie trochę zjarać na słońcu (ale tylko trochę, przecież "50" jest dla mięczaków).
Następnego dnia pojechaliśmy na Cape Canaveral, do Kennedy Space Center. To tutaj Amerykanie zaczynają swoje loty w kosmos. Wycieczka po ośrodku składa się z objazdu z kilkoma przystankami. Można zobaczyć hangary w których przygotowują promy do kolejnych startów, łazik którym transportują prom z hangarów na launch-pady (porusza się max. milę na godzinę a spala przy tym 35 galonów ropy). Wszystko niestety z bardzo daleka. Na jednej z platform startowych stał nawet prom (start zaplanowany jest za kilka tygodni, a prom musi stać tam odpowiednio wcześnie), ale ogląda się to z tak dużej odległości, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Szkoda, że nie podjeżdża się odrobinę bliżej, bo oprócz tego Kennedy Space Center oferuje tylko trochę amerykańskich filmów propagandowych (słabe), symulator startu wahadłowca (średni) i park w którym stoją stare rakiety (fajne).
Kawałek od Kennedy Space Center jest jeszcze Astronaut Hall of Fame - w którym jest dalsza część propagandy i dostępna dla publiki wirówka! Taka jak na filmach, tyle że mniejsza. Można sobie wsiąść do środka, rozkręcają i wciska w fotel (jest nawet czerwony przycisk do zatrzymywania). Rozkręca się tylko do 4G ale to już całkiem konkretnie przygniata. A do tego w pewnym momencie kabina się odrobinę przechyla a podczas tego manewru błędnik zaczyna już totalnie szaleć (taki sam efekt uzyskałem próbując poruszać głową - zasadniczo nie należy tego robić podczas kręcenia się w kółko ;-)
Dzisiaj kończymy Florydę. Ja ide na jakieś roller-costery, Aneta na shopping. Potem ruszamy do Waszyngtonu.
W środę nocowaliśmy na Key West. Rano chceliśmy popływać trochę w oceanie, pooglądać rafę i polenić się na plaży, ale okazało się, że Key West nie jest chyba do tego najlepszym miejscem. Plaż właściwie nie ma, jakiś sprzęt pływający można niby wynająć ale już zupełnie nie ma infrastruktury żeby się np. umyć z soli. Wyspa bardziej przypomina raczej deptak w Sopocie niż plażę. Rzut oka do przewodnika i pojechaliśmy na Bahia Honda Key - wyspę trochę wcześniejszą w łańcuchu na której są właśnie plaże, dostęp do rafy itd.
Co tu pisać, jest tam ładnie. Plaża wygląda jak z pocztówki, woda jest niebieska. Popłyneliśmy na pływanie z rurką do rafy koralowej. Szkoda, że nie miałem wodoodpornego aparatu (albo bajery który widziałem w katalogu w samolocie - maski z wbudowanym aparatem!), widoki pod wodą są bombowe. Całość trwała może odrobinę za długo (jakieś 3 godziny) i oczywiście zdążyłem się w tym czasie trochę zjarać na słońcu (ale tylko trochę, przecież "50" jest dla mięczaków).
Następnego dnia pojechaliśmy na Cape Canaveral, do Kennedy Space Center. To tutaj Amerykanie zaczynają swoje loty w kosmos. Wycieczka po ośrodku składa się z objazdu z kilkoma przystankami. Można zobaczyć hangary w których przygotowują promy do kolejnych startów, łazik którym transportują prom z hangarów na launch-pady (porusza się max. milę na godzinę a spala przy tym 35 galonów ropy). Wszystko niestety z bardzo daleka. Na jednej z platform startowych stał nawet prom (start zaplanowany jest za kilka tygodni, a prom musi stać tam odpowiednio wcześnie), ale ogląda się to z tak dużej odległości, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Szkoda, że nie podjeżdża się odrobinę bliżej, bo oprócz tego Kennedy Space Center oferuje tylko trochę amerykańskich filmów propagandowych (słabe), symulator startu wahadłowca (średni) i park w którym stoją stare rakiety (fajne).
Kawałek od Kennedy Space Center jest jeszcze Astronaut Hall of Fame - w którym jest dalsza część propagandy i dostępna dla publiki wirówka! Taka jak na filmach, tyle że mniejsza. Można sobie wsiąść do środka, rozkręcają i wciska w fotel (jest nawet czerwony przycisk do zatrzymywania). Rozkręca się tylko do 4G ale to już całkiem konkretnie przygniata. A do tego w pewnym momencie kabina się odrobinę przechyla a podczas tego manewru błędnik zaczyna już totalnie szaleć (taki sam efekt uzyskałem próbując poruszać głową - zasadniczo nie należy tego robić podczas kręcenia się w kółko ;-)
Dzisiaj kończymy Florydę. Ja ide na jakieś roller-costery, Aneta na shopping. Potem ruszamy do Waszyngtonu.
środa, 12 sierpnia 2009
Ameryka - dni 10-11
W Polsce do "dobranoc" dodaje się czasem "pchły na noc, karaluchy pod poduchy". Amerykańskie dzieci słyszą "Good night, sleep tight, don't let the bed bugs bite". Karalucha kiedyś widziałem (co prawda nie pod poduszką, ale zawsze). A dwie noce temu miałem okazję przekonać się czym są owe "bed bugs" z amerykańskiej wersji powiedzonka.
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Ameryka - dni 8-9
...i jak ostatnio skończyłem pisać to szliśmy wypożyczyć samochód. Było z tym trochę zamieszania, ale udało się, a do tego dzięki spędzeniu przez Anete 6 godzin przy komputerze zaoszczędziliśmy na tym samochodzie jakieś 300$.
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)
sobota, 8 sierpnia 2009
Ameryka - dni 6-7
W końcu udało mi się usiąść przy kompie więc lecimy dalej.
Czwartek zaczął sie od bardzo fajnego kursu "Beyond Programmable Shading". Całość dotyczyła wykorzystania GPU w celach innych niż tradycyjny rendering. To właśnie na tym kursie w zeszłym roku John Olick opowiadał o prototypie renderera wykorzystującego Sparse Voxel Octree. W tym roku też było kilka fajnych rzeczy. Koleś z Uniwersytetu Stanford opowiadał trochę o wewnetrzenej architekturze kart graficznych na jakich poziomach odbywa się zrównoleglanie obliczeń - dobry wykład podsumowujący - potem o ich zmaganiach z renderingiem z wykorzystaniem micropolygonów na obecnej architekturze. Ja jednak najbardziej czekałem na to co powie Johan Andersson z DICE'a i J.M.P. van Waveren z idSoftware. Programista z DICE'a opowiadał jak zrównolegali silnik i jak eksperymentują z DX11 i wykorzystaniem compute shaderów. Pokazywał prototyp deferowanego renderera który właśnie z pomocą CS robi klasyfikacje świateł do tile'i na które podzielony jest ekran i od razu liczy oświetlenie. Bombeczka. ID Software oczywiście zarządziło. Nie wiem czy van Waveren zrobił to celowo czy akurat tak wyszło, ale w końcu podzielili się ze światem tym co dręczyło nas od dłuższego czasu: w jaki sposób znajdują potrzebne strony w virtual texture: mają magiczną metodę analityczną czy robią analize wyrenderowanego w false colorze obrazu. No niestety trochę się na Carmacu zawiodłem (i chyba nie je jeden): nie ma żadnej magii - robią rendering w mniejszej rozdziałce i analizują go :-/
Gdyby ktoś był zainteresowany course notami (pewnie ktoś jest :) a jeszcze ich nie znalazł to tu jest link: http://s09.idav.ucdavis.edu/
Na drugiej części nie za bardzo wytrzymałem, zwłaszcza że jeden wykład (kolesia z ATi/AMD) okazał sie powtórką poniedziałkowego. Także koło 15 poszedłem na korytarz i zacząłem poprawiać prezentację (przy okazji odbyłem pare wideo-konferencji ;-) O 18 miałem zarezerwowany rehearsal room (taki pokój do prób - skonfigurowany tak samo jak sale prezentacyjne - rzutnik, komputery, sprzet nagrywający), więc pomyślałem że może warto się do tego przygotować. Oczywiście szło to jak krew z nosa. No i jak tam poszedłem o 18 to była tragedia. Najpierw przez pół godziny próbowaliśmy z Peterm-Pikiem podłączyć jego laptopa do sprzetu video (miał szybszą kartę graficzną, więc chcieliśmy zrobić demonstrację na jego sprzecie) - niestety bez powodzenia. W końcu udało się podłączyć i tak już zostało do końca (dlatego właśnie nie dało sie zrobić żadnego live-feeda z prezentacji - liczyłem że mój komp bedzię wolny, ale niestety sie przeliczyłem). Sama próba była totalną porażką. Trząsł mi sie głos, gubiłem sie w tym co mówie. Oczywiście Peter-Pike stwierdził "no, no, it was ok" ale jakoś nie bardzo mu uwierzyłem.
W czwartkowy wieczór odbywała sie ogólnokonferencyjna "mini-parada-mardi-gras" (w Nowym Orleanie, we wtorek przez Środą Popielcową - w jak to nazywają Tłusty Wtorek - są słynne parady; ktoś wyczaił jednak że można zrobić na tym biznes i zrobił "MardiGrasWorld" który organizuje małe parady przez cały rok). Ja byłem tak zdenerwowany, że na paradę i party po-paradowe wysłałem Anetę, natomiast sam usiadłem i wziąłem się za poprawianie prezentacji (jakoś podczas próby cały czas miałem wrażenie, że walczę z napisanym wcześniej tekstem). W sumie zajęło mi to czas do pierwszej w nocy ale w końcu byłem z tego w miarę zadowolony. Powtórzyłem to ze 2 razy i spróbowałem pójść spać. Spanie szło średnio, ale jakoś dotrwałem do rana.
Pod przysznicem powtórzyłem prezntacje jeszcze raz, potem jeszcze raz idąć do centrum konferencyjnego, potem jeszcze raz i jeszcze raz. I na koniec jeszcze pół raza bo przyszedł Peter-Pike i poszliśmy pod salę w której miał być mój talk. Spotkaliśmy Dana Wexlera z NVIDII który był session chairem tego bloku w którym ja występowałem. Niesamowicie sympatyczny kolo, bardzo spokojny, uśmiechnięty. Zapisał sobie jak wymówić moje nazwisko (do tej pory wszyscy, z uporem maniaka mówili "Ajłaniki") i weszliśmy do środka. Nie było żadnych problemów żeby Aneta ze swoim basic passem weszła do środka (Amerykanie pilnujący wejścia okazali się być całkiem elastyczni, do tego Dan stwierdził że jakby robili problemy to on jest tutaj "Pass-Master" i wprowadzi ją bez problemu). Występowałem w Audytorium C. Wygląda to trochę jak sala kinowa - pochyła podłoga, uchylane foteliki. Ludzi zebrało się całkiem sporo - był Wolfgang Engel z którym chwilę pogadałem przed przezentacją, byli ludzie z Microsoftu których poznaliśmy w poniedziałek na lunchu, było trochę ludzi z NVIDII, była Corrinne Yu z Halo Team.
Występowałem jako czawrty (ostatni), co oczywiście przysporzyło mi jeszcz trochę nerwów. Zwłaszcza że Chińczyk który miał wystąpić jako drugi zupełnie sie nie przygotował. Najpierw podszedł do pulpitu bez komputera, potem, jak go już przyniósł, to nie mógł go podłączyć. W konću prowadzący zmienił kolejnośc wystąpień i Chińczyka przesunął na 3 pozycję, ale trochę sie denerwowałem, że Chinczyk zużywa czas mojej prezentacji. Dan Wexler zachował sie całkiem sympatycznie, bo zamiast zrugać Chińczyka, zapewniał go ciągle, że jest ok, że nic się nie stało (to jednak Ameryka :) No i w końcu przyszła pora na mnie. Podszedłem, podłączyłem kompa, odpaliłem prezentację i jakoś poszło. Chyba nawet za bardzo się nie zacinałem, jak miałem jakiś problem to po prostu przerzucałem się na czytanie skryptu (nie wiem czy wiecie - ja nie wiedziełem, ludzie prezentujący przede mną też nie - ale PowerPoint ma taki zarąbisty "Presenter mode"; jak podłączy się dwa monitory to na jednym wyświetla się normalna prezentacja, a na drugim slajd + komentarz + miniaturki kolejnych slajdów, czas i jeszcze jakieś inne, przydatne duperele). Aneta mówi że poszło nieźle, mnie też wyjade się że całkiem fajnie. Zobaczymy jeszcze jak będą "firmowe" nagrania. Póki co mam trochę zdjęć. Pytanie na koniec było jedno (nie za bardzo sensowne, ale zawsze), a potem podeszło jeszcze do mnie kilka osób pogadać (Corrinne Yu - tym razem mam zdjęcie ;-) I to było na tyle. Pożegnaliśmy sie z Danem, Peterem-Pike'iem i poszliśmy na obiad (oczywiście jeszcze mało co mogłem przełknąć).
Po obiedzie były jeszcze 2 fajne wykłady - jeden o wykorzystaniu GPU do liczenia "normalnego" GI (sponsorowany w części przez Bungie, chcą wykorzystywać ich tech do liczenia lightmap) oraz "Adaptive Visibility Sampling" o innowacyjnym sposobie na liczenie PVSów. I właściwie na tym SIGGRAPH 2009 się skończył.
Jako że było jeszcze przed 17, poszliśmy w końcu zobaczyć Aquarium (fajne rekiny!) a potem coś zjeść. Wracając do hotelu zdarzyła się natomiast ciekawa rzecz. Idziemy sobie wzdłuż Missisipi, aż nagle obok nas przebiega facet w czerwonej, damskiej bieliźnie. WTF?!? No ale idziemy dalej. I biegnie kolejny, tym razem w czerwonych bokserkach. I znowu zdziwka, ale spoko, to w końcu Ameryka, tu jest dużo freaków. Ale za 10 metrów przebiega obok nas jakaś starsza pani w czerwonej koszuli nocnej. I tych ludzi w czerwonej bieliźnie (w różncyh konfiguracjach - faceci w damskiej, babki w męskiej) biegnie coraz więcej. Aneta zaczepiła jedną babkę i dowiedziała się o co chodzi. Okazuje się, że co roku jest tu taki bieg w czerwonych ubraniach, organizowany przez klub pijących biegaczy. Wygląda to tak, że najpierw biegną a potem piją. A wczoraj był dzień przed tym eventem, więc robili sobie trening - ale jako że był dzień przed to tylko w bieliźnie :) Niezły widok, zwłaszcza że biegnący ludzie byli w wieku 20-70 lat! Mam kilka zdjęć, jak w końcu się uda to wrzucę na picasse.
Dziś już sobota, zaraz idziemy wynając samochód i spadamy z Nowego Orleanu. Odwiedzimy chyba jakąś plantację trzciny cukrowej i zmierzamy w stronę Florydy!
Czwartek zaczął sie od bardzo fajnego kursu "Beyond Programmable Shading". Całość dotyczyła wykorzystania GPU w celach innych niż tradycyjny rendering. To właśnie na tym kursie w zeszłym roku John Olick opowiadał o prototypie renderera wykorzystującego Sparse Voxel Octree. W tym roku też było kilka fajnych rzeczy. Koleś z Uniwersytetu Stanford opowiadał trochę o wewnetrzenej architekturze kart graficznych na jakich poziomach odbywa się zrównoleglanie obliczeń - dobry wykład podsumowujący - potem o ich zmaganiach z renderingiem z wykorzystaniem micropolygonów na obecnej architekturze. Ja jednak najbardziej czekałem na to co powie Johan Andersson z DICE'a i J.M.P. van Waveren z idSoftware. Programista z DICE'a opowiadał jak zrównolegali silnik i jak eksperymentują z DX11 i wykorzystaniem compute shaderów. Pokazywał prototyp deferowanego renderera który właśnie z pomocą CS robi klasyfikacje świateł do tile'i na które podzielony jest ekran i od razu liczy oświetlenie. Bombeczka. ID Software oczywiście zarządziło. Nie wiem czy van Waveren zrobił to celowo czy akurat tak wyszło, ale w końcu podzielili się ze światem tym co dręczyło nas od dłuższego czasu: w jaki sposób znajdują potrzebne strony w virtual texture: mają magiczną metodę analityczną czy robią analize wyrenderowanego w false colorze obrazu. No niestety trochę się na Carmacu zawiodłem (i chyba nie je jeden): nie ma żadnej magii - robią rendering w mniejszej rozdziałce i analizują go :-/
Gdyby ktoś był zainteresowany course notami (pewnie ktoś jest :) a jeszcze ich nie znalazł to tu jest link: http://s09.idav.ucdavis.edu/
Na drugiej części nie za bardzo wytrzymałem, zwłaszcza że jeden wykład (kolesia z ATi/AMD) okazał sie powtórką poniedziałkowego. Także koło 15 poszedłem na korytarz i zacząłem poprawiać prezentację (przy okazji odbyłem pare wideo-konferencji ;-) O 18 miałem zarezerwowany rehearsal room (taki pokój do prób - skonfigurowany tak samo jak sale prezentacyjne - rzutnik, komputery, sprzet nagrywający), więc pomyślałem że może warto się do tego przygotować. Oczywiście szło to jak krew z nosa. No i jak tam poszedłem o 18 to była tragedia. Najpierw przez pół godziny próbowaliśmy z Peterm-Pikiem podłączyć jego laptopa do sprzetu video (miał szybszą kartę graficzną, więc chcieliśmy zrobić demonstrację na jego sprzecie) - niestety bez powodzenia. W końcu udało się podłączyć i tak już zostało do końca (dlatego właśnie nie dało sie zrobić żadnego live-feeda z prezentacji - liczyłem że mój komp bedzię wolny, ale niestety sie przeliczyłem). Sama próba była totalną porażką. Trząsł mi sie głos, gubiłem sie w tym co mówie. Oczywiście Peter-Pike stwierdził "no, no, it was ok" ale jakoś nie bardzo mu uwierzyłem.
W czwartkowy wieczór odbywała sie ogólnokonferencyjna "mini-parada-mardi-gras" (w Nowym Orleanie, we wtorek przez Środą Popielcową - w jak to nazywają Tłusty Wtorek - są słynne parady; ktoś wyczaił jednak że można zrobić na tym biznes i zrobił "MardiGrasWorld" który organizuje małe parady przez cały rok). Ja byłem tak zdenerwowany, że na paradę i party po-paradowe wysłałem Anetę, natomiast sam usiadłem i wziąłem się za poprawianie prezentacji (jakoś podczas próby cały czas miałem wrażenie, że walczę z napisanym wcześniej tekstem). W sumie zajęło mi to czas do pierwszej w nocy ale w końcu byłem z tego w miarę zadowolony. Powtórzyłem to ze 2 razy i spróbowałem pójść spać. Spanie szło średnio, ale jakoś dotrwałem do rana.
Pod przysznicem powtórzyłem prezntacje jeszcze raz, potem jeszcze raz idąć do centrum konferencyjnego, potem jeszcze raz i jeszcze raz. I na koniec jeszcze pół raza bo przyszedł Peter-Pike i poszliśmy pod salę w której miał być mój talk. Spotkaliśmy Dana Wexlera z NVIDII który był session chairem tego bloku w którym ja występowałem. Niesamowicie sympatyczny kolo, bardzo spokojny, uśmiechnięty. Zapisał sobie jak wymówić moje nazwisko (do tej pory wszyscy, z uporem maniaka mówili "Ajłaniki") i weszliśmy do środka. Nie było żadnych problemów żeby Aneta ze swoim basic passem weszła do środka (Amerykanie pilnujący wejścia okazali się być całkiem elastyczni, do tego Dan stwierdził że jakby robili problemy to on jest tutaj "Pass-Master" i wprowadzi ją bez problemu). Występowałem w Audytorium C. Wygląda to trochę jak sala kinowa - pochyła podłoga, uchylane foteliki. Ludzi zebrało się całkiem sporo - był Wolfgang Engel z którym chwilę pogadałem przed przezentacją, byli ludzie z Microsoftu których poznaliśmy w poniedziałek na lunchu, było trochę ludzi z NVIDII, była Corrinne Yu z Halo Team.
Występowałem jako czawrty (ostatni), co oczywiście przysporzyło mi jeszcz trochę nerwów. Zwłaszcza że Chińczyk który miał wystąpić jako drugi zupełnie sie nie przygotował. Najpierw podszedł do pulpitu bez komputera, potem, jak go już przyniósł, to nie mógł go podłączyć. W konću prowadzący zmienił kolejnośc wystąpień i Chińczyka przesunął na 3 pozycję, ale trochę sie denerwowałem, że Chinczyk zużywa czas mojej prezentacji. Dan Wexler zachował sie całkiem sympatycznie, bo zamiast zrugać Chińczyka, zapewniał go ciągle, że jest ok, że nic się nie stało (to jednak Ameryka :) No i w końcu przyszła pora na mnie. Podszedłem, podłączyłem kompa, odpaliłem prezentację i jakoś poszło. Chyba nawet za bardzo się nie zacinałem, jak miałem jakiś problem to po prostu przerzucałem się na czytanie skryptu (nie wiem czy wiecie - ja nie wiedziełem, ludzie prezentujący przede mną też nie - ale PowerPoint ma taki zarąbisty "Presenter mode"; jak podłączy się dwa monitory to na jednym wyświetla się normalna prezentacja, a na drugim slajd + komentarz + miniaturki kolejnych slajdów, czas i jeszcze jakieś inne, przydatne duperele). Aneta mówi że poszło nieźle, mnie też wyjade się że całkiem fajnie. Zobaczymy jeszcze jak będą "firmowe" nagrania. Póki co mam trochę zdjęć. Pytanie na koniec było jedno (nie za bardzo sensowne, ale zawsze), a potem podeszło jeszcze do mnie kilka osób pogadać (Corrinne Yu - tym razem mam zdjęcie ;-) I to było na tyle. Pożegnaliśmy sie z Danem, Peterem-Pike'iem i poszliśmy na obiad (oczywiście jeszcze mało co mogłem przełknąć).
Po obiedzie były jeszcze 2 fajne wykłady - jeden o wykorzystaniu GPU do liczenia "normalnego" GI (sponsorowany w części przez Bungie, chcą wykorzystywać ich tech do liczenia lightmap) oraz "Adaptive Visibility Sampling" o innowacyjnym sposobie na liczenie PVSów. I właściwie na tym SIGGRAPH 2009 się skończył.
Jako że było jeszcze przed 17, poszliśmy w końcu zobaczyć Aquarium (fajne rekiny!) a potem coś zjeść. Wracając do hotelu zdarzyła się natomiast ciekawa rzecz. Idziemy sobie wzdłuż Missisipi, aż nagle obok nas przebiega facet w czerwonej, damskiej bieliźnie. WTF?!? No ale idziemy dalej. I biegnie kolejny, tym razem w czerwonych bokserkach. I znowu zdziwka, ale spoko, to w końcu Ameryka, tu jest dużo freaków. Ale za 10 metrów przebiega obok nas jakaś starsza pani w czerwonej koszuli nocnej. I tych ludzi w czerwonej bieliźnie (w różncyh konfiguracjach - faceci w damskiej, babki w męskiej) biegnie coraz więcej. Aneta zaczepiła jedną babkę i dowiedziała się o co chodzi. Okazuje się, że co roku jest tu taki bieg w czerwonych ubraniach, organizowany przez klub pijących biegaczy. Wygląda to tak, że najpierw biegną a potem piją. A wczoraj był dzień przed tym eventem, więc robili sobie trening - ale jako że był dzień przed to tylko w bieliźnie :) Niezły widok, zwłaszcza że biegnący ludzie byli w wieku 20-70 lat! Mam kilka zdjęć, jak w końcu się uda to wrzucę na picasse.
Dziś już sobota, zaraz idziemy wynając samochód i spadamy z Nowego Orleanu. Odwiedzimy chyba jakąś plantację trzciny cukrowej i zmierzamy w stronę Florydy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)