wtorek, 8 września 2009

Ameryka, dni 19-21

Ojoj, trochę się nazbierało. Nie dość, że nie udało mi się skończyć opisywać wojaży po Stanach a do tego nazbierało się już materiału na kolejnych pare wpisów. No to do roboty...
Dzień 19 w Nowym Yorku zaczęliśmy od wizyty w Rockefeller Center. Na samej górze jest taras widokowy, a z niego genialne widoki na Nowy York - podobo dużo lepsze niż z, niby wyższego, Empire State Building. Wrażenie robi Central Park - prostokątny, idealnie wpasowany w siatkę ulic. Jak wrzuce (pewnie za pół roku ;-) zdjecia to będzie widac.
W miedzyczasie dowiedziałem się z przewodnika, że najlepsze na świecie bajgle (takie okrągłe bułki z dziurką) są właśnie w Nowym Yorku! Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji i ruszyliśmy w stronę jednej z wymienionych piekarni. Bajgle faktycznie niezłe, zupełnie nie przypominały tej zbitej masy jaką serwują w większości moteli. A wychodząc z piekarni Aneta dostrzegła kątem oka, że przy nabrzeżu (bo piekarnia była akurat przy rzece) stoi sobie lotniskowiec! To był USS Intrepid - lotniskowiec służący w latach ~40-70, aktualnie przerobiony na muzeum (nota bene, też występował w National Treasure!). Na pokładzie stoi sobie kilkanaście samolotów bojowych (m.in. Mig w polskich barwach; Blackbird - najszybszy samolot na świecie, którego bak przecieka kiedy startuje - uszczelnia się dopiero kiedy samolot się nagrzewa w wyniku tarcia i jeszcze pare innych), obok jest jeszcze udostępniona do zwiedzania łódź podwodna i Concorde - w środku dość ciasny i nie ma telewizorków, ale w sumie jak podróż przez Atlantyk trwa 3 godziny to i po co? Dowiedziałem się przy okazji, że Concordy latały na pułapie 20km i z tej wysokości można było już zobaczyć krzywiznę Ziemi.
Na koniec, już z Natalią i Jackiem, wybraliśmy się na zwiedzanie Chinatown, Little Italy i SoHo (które nazwę zawdzięcza położeniu - SOuth of HOuston - które akurat czyta się jak 'House' a nie jak nazwe miasta - weird). Chinatown jakoś bardzo nie zaskakuje. Co prawda na jednej ścianie znaleźliśmy reklame 'GTA Chinatown Wars', a nazwa McDonalds zapisana jest też po chińsku, to w porównaniu z chinatown z Londynu czy San Francisco jest w zasadzie mało chińskie. Jest troche orientalnych restauracyjek, gdzieś chyba nawet dostrzegłem charakterystyczne wędzone prosiaki na wystawie ale to w zasadzie tyle. Nie ma tony kolorych sklepików, chińczyków też w sumie nie za dużo. Ale może trafiliśmy o złej godzinie? Little Italy bardziej chyba zasługuje na swoją nazwę, choć na tiramisu trafiliśmy dość przeciętne.
Następny dzień zaczęliśmy od szybkiej wizyty w B&H. Największy na świecie supermarket ze sprzętem fotograficznym. I nie dość że największy to jeszcze zorganizowany w dość niezwykły sposób. Zakupy wyglądają tak że podchodzi się do pana za ladą i tłumaczy sie czego się szuka. Pan stuka coś w komputerku i to czego nie ma pod ręką po paru sekundach do niego przyjeżdza. Bo cały sklep opleciony jest pajęczyną taśmociągów po których w te i wewte jeżdzą sobie różne paczki. Jak już skończymy zamawiać, dostajemy od pana paragon z który idziemy, w zupełnie inne miejsce, do kasy. Tam płacimy, dostajemy kolejny paragon, z którym idziemy w jeszcze inne miejsce gdzie pan go skanuje i podaje nam gotową torebeczkę zawierającą wszystko co na początu zamówiliśmy. A to wszystko w otoczeniu ortodoksyjnych Żydów! 95% sprzedawców ma pejsy i czarne kapelusze! Naprawde, osobliwe zestawienie...
Dalej był Central Park. Niesamowite. W środku wielkiego miasta, otoczony przez gigantyczne wieżowce jest sobie całkiem spory las. Wpasowny w siatkę ulic, idealnie prostokątny. A w środku: zoo, jeziorka, teatr. Łażąc w kółko spędziliśmy całe przedpołudnie.
Jako, że na wieczór wymyśliśmy sobie Broadway, trzeba było się wybrać po bilety. Można je albo kupić przez internet (drogo) albo zdać się trochę na łut szczęścia i o 13 stanąć w kolejce pod schodami na Times Square. Jest tam taka budka, w której codziennie sprzedawane są bilety na spektakle odbywające się tego samego dnia - ze sporymi zniżkami, czasami do 70%. Oczywiście, jak dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ja jeden wpadłem na pomysł żeby przyjść wcześniej. W kolejce spędziłem godzinę, przeklinając na czym świat stoi. Ale w końcu się udało - kupiliśmy bilety na 'Upiora w operze'. Spektakl zaczynał się o 20 więc mieliśmy trochę czasu. Postanowiliśmy wybrać się na Brooklyn zobaczyć Greenpoint - dzielnicę zamieszkiwaną głównie przez Polaków.
Greenpoint wygląda... hmmm... ciekawie. Niska zabudowa, dość biednie (Bronx na zdjęciach Jacka wygląda dość podobnie). A do tego wszędzie napisy po polsku, w kioskach polskie gazety, a w spożywczym zupki Winiary. Na ulicy ludzi nie ma za dużo, a jak jacyś są to rozmawiają głównie po polsku. Całość sprawia bardzo smutne wrażnie. Bardzo dołujący był McDonald's do którego na moment wpadliśmy (jedyne miejsce gdzie NA PEWNO będzie toaleta...). W środku siedziała grupka starszych ludzi - tak w wieku 65-75 lat - niektóry z kubkiem kawy, inni bez. Siedzieli i rozmawiali ze sobą po polsku, wszyscy ze spuszczonymi nosami. Zrobiło mi się tych ludzi strasznie, ale to straszni szkoda. Musi być smutno spędzać emeryturę w McDonaldsie na Brooklynie...
No a wieczorem był 'Upiór'. Przyznam się bez bicia, w teatrze raczej nie bywam w każdy weekend. Tak po prawdzie, to w ciągu ostatnich 10 lat w teatrze może byłem 2 razy, z czego raz to chyba jeszcze w liceum. I może od tego czasu teatr uległ jakiejś magicznej transformacji, ale jakoś nie sądzę. W każdym razie teatr na Broadwayu kosi przysłowiowy zwieracz. Nic dziwnego, że walą tam tłumy. Muzyka w wykonaniu orkiestry, wyjechane dekoracje (pod koniec pierwszego aktu na scene spada żyrandol, w pewnym momencie na scene wjeżdzają wielkie schody), oświetlenie, efekty (mgły, pirotechnika). O aktorstwie się nie wypowiadam bo się na tym nie znam (nie żebym się znał na wcześniejszych rzeczach...) ale pewnie też było niezłe. Gdyby tak wyglądał teatr u nas to chyba byłbym w nim częstszym gościem.
Następnego dnia trzeba było trzeba już wracać. Rano spotkaliśmy się jeszcze z Jackiem i Natalią na śniadaniu a potem ruszyliśmy na lotnisko. W tym czasie nad Nowy York nadciągał huragan Bill ale na szczęście nie przeszkodziło nam to odlecieć. Powrót odbył się bez większych niespodzianek. Krąży taka powszechna opinia że jetlag przy lotach na wschód dokucza bardziej ale po raz kolejny jakoś tego nie doświadczyłem. Ale i tak przez kolejnych pare dni spałem po 12 godzin dziennie. Musiałem odespać jakoś te wakacje...

środa, 19 sierpnia 2009

Ameryka - zdjęcia z dni 1-18

W końcu coś wrzucam, miłego oglądania: http://picasaweb.google.pl/harrier3/USA200902

Ameryka - dni 17-18

Kolejnym etapem wycieczki był w końcu Nowy York. W początkowych planach samochód mieliśmy mieć wypożyczony do ostatniego dnia. Ale jeszcze przed wyjazdem do stanów coś nas tknęło, że może lepiej oddać go od razu po przyjeździe do Nowego Yorku. I to był chyba jeden z lepszych pomysłów. Na sam Manhattan wjechaliśmy w miarę bezproblemowo - korków w zasadzie nie było. Za to to co zaczęło się potem można opisać tylko jednym słowem: horror. Absolutnie po żadnym, ale to żadnym mieście nie jeździło mi się tak źle. Myślałem, że po San Francisco jeździ się źle - bo mało miejsc do zaparkowania, bo ludzie jeżdzą po europejsku - wciskają się, trąbią itp. Otóż nie. San Francisco to raj kierowców. Tutaj jest miliardy razy gorzej. Absolutnie nikt nie używa kierunkowskazów. Zupełnie nie ma możliwości zmiany pasa, bo po prostu nikt Cie nie wpuści. Jedyną opcją jest wyczaić odrobinę przerwy i bezczelnie się wcisnąć, nie zwracając uwagi na trąbienie i to że w Ciebie wjeżdżają. Piesi zupełnie ignorują światła i lezą zarówno na zielonym jak i na czerwonym, do tego mając do Ciebie pretensje że w nich wjeżdżasz. Ulice są jednokierunkowe, więc jak się gdzieś zgubisz to pozamiatane i musisz nadrabiać sporo drogi. Zaparkować oczywiście nie ma gdzie.
No ale wjechaliśmy na ten Manhattan, i jedziemy zgodnie ze wskazówkami GPSa (nota bene sprawdzał się znakomicie). Wymyśliliśmy że hotel weźmiemy w centrum, bo był niewiele droższy a zaoszczędzimy zarówno czas jak i pieniądze na dojazdach. Tylko najpierw było trzeba do tego hotelu dojechać a GPS wprowadził nas w największy możliwy korek. Kombinowalśmy jak mogliśmy żeby go ominąć, nadłożyliśmy przy tym sporo drogi ale w końcu udało się dotrzeć pod hotel. I tu kolejna niespodziewajka. Parkować w okolicy w ogóle nie można: grozi odholowanie i min. $200 grzywny. Na szczęście udało się znaleźć niedaleko parking (lol: jedyne $10 za pół godziny) i szybko przerzucić rzeczy do hotelu. Hotel fajny, pokoje są świeżo wyremontowane, jedynie w hallu na dole renowacja cały czas trwa i ciężko się dostać do windy którą non-stop jeżdżą kafelki albo płyty kartonowo-gipsowe. Na szczęście udało się w to pół godziny wyrobić.
Pojechaliśmy zatem oddać samochód. Włączamy GPSa, wyliczamy ścieżke, całkiem niedaleko. I oczywiście na drugim zakręcie wjechaliśmy w wielki korek. A komputerek każe nim jechać przez kolejne 3 mile. Oczywiście postanowliśmy rozwiązać problem "na Polaka", skręcając w pierwszą poprzeczną ulicę. I zadziało znakomicie. GPS wyliczył nową drogę, kazał gdzieś skręcić. Jedziemy zadowoleni bo korka nie ma. Są jakieś samochody, ale w sumie jest ich niewiele a droga szeroka. Tknęło mnie coś dopiero po kilku przecznicach - jakieś 95% samochodów wokół to żółte, nowojorskie taksówki, a nieliczne inne pojazdy mają coś za przednią szybą. Chyba wpakowaliśmy się na jakąś drogę tylko dla taksówek i autobusów (dla swojego usprawiedliwienia napisze tylko, że naprawdę nie widziałam żadnych znaków na ten temat). Ale jechało się tak dobrze, że nie zamierzałem wracać w ten korek. Na szczęscie udało się dojechać do celu i nikt się nie przyczepił.
A w Herzu kolejna niespodzianka. Przy wynajmie, pani w Nowym Orleania zapowiedziała że nie płacimy za drugiego kierowce a tymczasem jej koleżanka w Nowym Yorku chciała nas za to zchargować. I była awanturka. Zrugałem panią za ladą, jej menagerkę przez telefon a potem jeszcze panią która nam wynajmowała samochód w Nowym Orleanie. A koniec okazało się że jednak wszystko jest ok, bo przy wynajmie odliczono nam tą opłatę za drugiego kierowcę z podstawowej sumy jaką mieliśmy zapłacić. Jako, że podczas kluczenia po Nowym Yorku nie za bardzo mieliśmy okazaję zatankować samochód przed oddaniem, Herz chciał nam jeszcze doliczyć opłatę za benzynę, ale jak usłyszeliśmy ile ona wynosi ($6 za galon, cena rynkowa - $2.5; na marginesie: do pełna tankowaliśmy za jakieś 70zł, ech...) to postanowiliśmy jednak tej stacji poszukać. Na szczęście była blisko, i dalej obyło się już bez przygód.
Wróciliśmy na Times Sq. spotkać się z Natalią i Jackiem. Poszliśmy na fajne tajskie jedzenie, potem piwko a o wpól do pierwszej w nocy na slice'a pizzy za 99c - bombeczka, ale Brzezin wszystko już u siebie opisał (http://ogrodsopli.nephaarite.com/) więc nie będę powtarzał.
Dzisiaj Jacek i Natalia pojechali do Bostonu, więc my ruszyliśmy na zwiedzanie tego co oni widzieli podczas naszego pobytu w Waszyngtonie. Zaczęliśmy oczywiście od Statuy (Statui? jak to się właściwie odmienia? stuk stuk i już wiem: google mówi że można na oba sposoby :) Wolności. Trochę się naciąłem bo myślałem że jest dużo większa. We wszystkich filmach, na wszystkich zdjęciach robi wrażenie ogromnej, górującej nad Nowym Yorkiem. Tymczasem.... no może mała nie jest, ale przy tych wszystkich wieżowcach na Manhatanie (Statua stoi na osobnej wyspie - Liberty Island) to pchełka. Do tego monument na którym ją umieszczono jest prawie równie wielki jak ona sama, co tylko optycznie ją pomniejsza. Ale poza tym jest fajna. Całą zielona (pokrycie jest miedziane, i przez lata pokryło się zielonym tlenkiem miedzi). Na koronę nie udało się wejść (bilety są dopiero na jakiś koniec października) ale myśle że to nie tragedia. Z Libery Island i sąsiedniej Ellis Island jest fajny widok na Manhatan - i również dla niego warto jest pod Statuę popłynąć.
Rejsy odbywają się z samego południowego krańca Manhattanu, a stamtąd jest tylko rzut beretem do dzielnicy finansowej w której jest Wall Street (i giełda), Trinity Church (ten ze 'Skarbu Narodów'!) i gdzie kiedyś było World Trade Center. W miejcu tego ostatniego jest obecnie wielka dziura w ziemi i mnóstwo dźwigów. Trawa budowa kolejnego biurowca, mającego pokazać światu że terroryści nie wygrali. Nie wiem czy stawianie w miejscu katastrofy centrum biurowego ze sklepami na dole jest najlepszym sposobem na upamiętnienie ofiar, ale widać względy ekonomiczne przeważyły.
Potem pojechaliśmy metrem na Brooklin i wróciliśmy pieszo przez most Brookliński (jest na nim specjalna ścieżka dla pieszych/rowerzystów) o potem już do hotelu. Metro w tym mieście to jednak jest hardcorowe. Na większości linii jest kilka rodzajów pociągów - lokalne, ekspresowe i takie pośrednie. Ekspresowe zatrzymują się tylko na niektórych stacjach, więc trzeba dość uważać w co się wsiada, żeby móc wysiąć na swojej stacji. Do tego pełne jest różnych ewenementów - np. dzisiaj spotkaliśmy transseksualistów, którzy byli bardzo oburzeni że ludzie w wagonie się im przyglądają (w wyglądali naprawdę specyficznie.)
Jako że znowu skończyło mi się miejsce na karcie pamięci i musze przerzucić zdjęcia na komputer, chyba zacznę przy okazji wrzucać coś na picasse...

Ameryka - dni 14-16

No i poszedłem na te rollercoastry. Konkretnie do Universal's Islands of Adventures (http://www.universalorlando.com/amusement-parks/islands-of-adventure.html). Zajebiste :) Incredible Hulk wywraca żołądek do góry nogami, bardzo fajne są też Duelling Dragons - dwie kolejki specione ze sobą, tak że podczas jazdy często mija się wagoniki z tej drugiej. Do tego jedzie się z nogami dyndającymi w powietrzu (do tego często do góry). Szkoda że w Polsce nie ma czegoś takiego (choć z drugiej strony pewnie i tak przez 80% roku musiało by być zamknięte z powodu pogody).
Potem ruszyliśmy w stronę Waszyngtonu. Jako że przez połowe dnia, jak i prawie cały następny nic się nie działo (jechaliśmy i jechaliśmy), pozwolę sobie wrócić do mojego ulubionego tematu pt. "dlaczego ameryka mnie irytuje". Z jednek strony jest fajnie. Właściwie nikt nie cwaniaczy, nie próbuje się wciskać przed ciebie w kolejce, wszyscy są mili (przynajmniej na pokaz) i w ogóle. Cały kraj jest zrobiony pod ludzi i przyjazny dla użytkownika. To jest super. Tylko tak po prostu powinno być. Takie podejście zwalnia trochę ludzi z myślenia, i tu pojawia się problem bo niestety 80% ludzi tutaj to myślenie wyłącza doszczętnie. Piszę to akurat teraz bo na drodzę z Orlando do Waszyngtonu widać to było na każdym zakręcie. Wszyscy jadą mniej więcej zgodnie z przepisami - właściwie nie przekraczają prędkości więcej niż 10 mph, nikt nie wjeżdża na zderzak i nie daje po oczach długimi bo akurat mu się spieszy. Ale z drugiej strony ludzie nie widzą absolutnie niczego poza 10 metrami drogi przed sobą. Nie patrzą w lusterka, zmieniają pasy bez zastanowienia. Często blokują kilka równoległych pasów, wszyscy jadą prawie równo, nie sposób ich ominąć. Nie to że jestem zwolennikiem polskiego modelu, ale wytre(n/s)owany w polsce, mam zwyczaj wyprzedzać i zmieniać pas na prawy, tak żeby ktoś jadący szybciej mógł z lewego skorzystać. Tutaj absolutnie nikt tak nie robi. Droga jest ich, i przecież nie ma powodu ustępować jej komuś. Wrrrrrrr.
No ale do Waszyngtonu dojechaliśmy w miarę spokojnie. No prawie. Była mała przygoda w wielkim mallu pod Waszyngtonem. Robimy jakieś zakupy, płacimy oczywiście kartą i nagle w jedym sklepie pan mówi "o coś jest nie tak, wypisuje mi tu że gdzieś musze zadzwonić". My lekko panikujemy, bo przecież płaciliśmy tą kartą często i nigdy nie było problemów. Ale koleś zadzownił, i po kilku przełączeniach Aneta miała okazję pogadać z CityBankiem w Polsce (nota bene, dotarło do mnie że jednak mamy XXI wiek - była niedziela rano (tutaj) a po kilku przełączeniach koleś ze sklepu połączył się z polskim bankiem, w którym, o dziwo, ktoś był!). Okazało się że karta została zeskanowana i nalepiej od razu ją zablokować. Potem wyszło że może niekoniecznie (użyliśmy jej w miejscu gdzie kiedyś komuś karte skopiowali i Visa troche dmucha na takie przypadki). Tak czy owak karte zastrzegliśmy i pojechaliśmy do stolicy.
Waszyngton przywitał nas ogromnym upałem (podobno to standard, w sierpniu wszyscy starają się z tego miasta uciekać). Zaczęliśmy od Kapitolu (niestety tylko z zewnątrz, w niedziele zamknięty, a w pozostałe dni trzeba się zgadać ze swoim kongresmenem i załatwić wejście - jakoś do swojego nie mogłem się dodzwonić). Zobaczyliśmy (też z zewnątrz) bibliotekę kongresu, monument Waszyngtona (taki wielki obelisk - podobno krążą żarty na temat elementu Waszyngtona na podstawie którego został wykonany), memoriał Lincolna (ten charakretystyczny marmurowy pomnik z siedzącym Lincolnem) i Jeffersona (też charakterystyczny okrągły budyneczek). Z mniej formalnych rzeczy widzieliśmy rewelacyjne International Spy Museum - muzeum szpiegostwa. Masa eksponatów - strzelające szminy, pistolety w parasolkach, kamery w guzikach od płaszcza - wszystko od prawdziwych agencji wywiadowczych. Była też masa elementów interaktywnych. Można było analizować zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu obozów terrorystów, podsłuchiwać rozmowę z użyciem podłożonej pluskwy, można było nawet przeczołgać się prawdziwym kanałem wentylacyjnym - rewelacja, dawno nie widziałem tak wciągającego muzeum.
Był też oczywiście 'Ben's Chili Bowl' - mała knajpka z rewelacyjnym chili, chili-dogami i chili-hamburgerami, w której stołuje się Bill Cosby i Barack Obama (hmmm, smakowe...)
Szwędaliśmy się tak do ok. 21. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Otóż w Waszyngtonie dość trudno jest znaleźć miejsce do parkowania. My po jakiś 15 minutach szukania zdecydowaliśmy się na jakiś public parking w okolicach Kongresu. I wszystko byłoby super, gdyby projektańci parkingu wpadli na pomysł, żeby informacje o godzinie zamknięcia umieścić gdzieś w bardziej widocznym miejscu niż na szlabanie zagradzającym wjazd (oczywiście podniesionym). No i o tej 9 wieczorem pocałowaliśmy przysłowiową klamkę (właściwie wielką, opuszczaną kratę). I po chwili załamania już mieliśmy kombinować gdzie iść spać (pal licho wszystkie torby z bagażnika) albo jak się dodzwonić do kogoś kto zarządza parkingiem (oczywiście na widoku żadnych numerów telefonów nie było) ale oto przed wjazdem pojawiła się pani i przyłożeniem karty otworzyła kratę! Okazało się że właśnie przyjechała pilnować parkingu w nocy i może nas wypuścić. Wyjechaliśmy z Waszyngtonu, zanocowaliśmy gdzieś zaraz pod.

piątek, 14 sierpnia 2009

Ameryka - dni 12-13

I w końcu te wakacje zaczynają przypominać wakacje.
W środę nocowaliśmy na Key West. Rano chceliśmy popływać trochę w oceanie, pooglądać rafę i polenić się na plaży, ale okazało się, że Key West nie jest chyba do tego najlepszym miejscem. Plaż właściwie nie ma, jakiś sprzęt pływający można niby wynająć ale już zupełnie nie ma infrastruktury żeby się np. umyć z soli. Wyspa bardziej przypomina raczej deptak w Sopocie niż plażę. Rzut oka do przewodnika i pojechaliśmy na Bahia Honda Key - wyspę trochę wcześniejszą w łańcuchu na której są właśnie plaże, dostęp do rafy itd.
Co tu pisać, jest tam ładnie. Plaża wygląda jak z pocztówki, woda jest niebieska. Popłyneliśmy na pływanie z rurką do rafy koralowej. Szkoda, że nie miałem wodoodpornego aparatu (albo bajery który widziałem w katalogu w samolocie - maski z wbudowanym aparatem!), widoki pod wodą są bombowe. Całość trwała może odrobinę za długo (jakieś 3 godziny) i oczywiście zdążyłem się w tym czasie trochę zjarać na słońcu (ale tylko trochę, przecież "50" jest dla mięczaków).
Następnego dnia pojechaliśmy na Cape Canaveral, do Kennedy Space Center. To tutaj Amerykanie zaczynają swoje loty w kosmos. Wycieczka po ośrodku składa się z objazdu z kilkoma przystankami. Można zobaczyć hangary w których przygotowują promy do kolejnych startów, łazik którym transportują prom z hangarów na launch-pady (porusza się max. milę na godzinę a spala przy tym 35 galonów ropy). Wszystko niestety z bardzo daleka. Na jednej z platform startowych stał nawet prom (start zaplanowany jest za kilka tygodni, a prom musi stać tam odpowiednio wcześnie), ale ogląda się to z tak dużej odległości, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Szkoda, że nie podjeżdża się odrobinę bliżej, bo oprócz tego Kennedy Space Center oferuje tylko trochę amerykańskich filmów propagandowych (słabe), symulator startu wahadłowca (średni) i park w którym stoją stare rakiety (fajne).
Kawałek od Kennedy Space Center jest jeszcze Astronaut Hall of Fame - w którym jest dalsza część propagandy i dostępna dla publiki wirówka! Taka jak na filmach, tyle że mniejsza. Można sobie wsiąść do środka, rozkręcają i wciska w fotel (jest nawet czerwony przycisk do zatrzymywania). Rozkręca się tylko do 4G ale to już całkiem konkretnie przygniata. A do tego w pewnym momencie kabina się odrobinę przechyla a podczas tego manewru błędnik zaczyna już totalnie szaleć (taki sam efekt uzyskałem próbując poruszać głową - zasadniczo nie należy tego robić podczas kręcenia się w kółko ;-)
Dzisiaj kończymy Florydę. Ja ide na jakieś roller-costery, Aneta na shopping. Potem ruszamy do Waszyngtonu.

środa, 12 sierpnia 2009

Ameryka - dni 10-11

W Polsce do "dobranoc" dodaje się czasem "pchły na noc, karaluchy pod poduchy". Amerykańskie dzieci słyszą "Good night, sleep tight, don't let the bed bugs bite". Karalucha kiedyś widziałem (co prawda nie pod poduszką, ale zawsze). A dwie noce temu miałem okazję przekonać się czym są owe "bed bugs" z amerykańskiej wersji powiedzonka.
Oryginalny plan był taki, że z Tampy pojedziemy do Everglades, zwiedzimy park i przenocujemy gdzieś w jego pobliżu. Oczywiście życie plany zweryfikowało. Okazało się, że wjazd do parku jest totalnie z drugiej strony i zanim do niego dojedziemy, będzie już wieczór. Postanowiliśmy ściąć przez półwysep i przenocować w Miami. Dotarliśmy koło 18, poszliśmy na plażę (Miami Beach :), a po dwóch godzinach zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem do spania. Wybór padł na niedaleki Ramada Inn. Z zewnątrz wyglądał przyzwoicie (a przynajmniej nie gorzej niż większość moteli w jakich mieliśmy okazję nocować), recepcja też w żaden sposób nie wróżyła katastrofy. Schody zaczęły się trochę później. Pokój był już mocno średni, ale najgorsze zaczęło się jak się położyłem. Otóż w łóżku zaczęły się pojawiać takie małe robaczki (jak się później dowiedzieliśmy z Googla, właśnie owe "bed bugs"). Miały jakieś 3-5 mm długości i okrągły odwłok. Byłem tak zmęczony, że takie drobiazgi pewnie wcale by mnie ruszały, ale skurczybyki zaczęły gryźć! I to konkretnie, a do tego było ich całkiem sporo. Ja jakoś się przespałem, ale Aneta walczyła z nimi do 5 rano. Nigdy więcej Ramada Inn.
Rano pojechaliśmy zaliczyć Everglades. Ewidentnie jest pora deszczowa. Pogoda cały czas jest w kratkę - dzień zaczyna się pięknie, tylko po to żeby za 2 godziny przejść w ogromną ulewę. I tak kilka razy w kółko. Ze zwiedzaniem mokradeł na szczęście wstrzeliliśmy się w okres słoneczny (niestety jak nie pada to wyłażą komary - jest ich mnóstwo i są bardziej żarłoczne niż te u Tomka na działce). W Everglades odwiedziliśmy farmę aligatorów. Zaraz przy wjeździe do parku funkcjonuje takie coś. Aligatory się tam wykluwają, rosną, potem żyją w wielkim stawie i można je sobie pooglądać na każdym etapie rozwoju (kiedyś można było małego aligatora wziąć na ręce, ale chyba zrezygnowali z tej atrakcji). Przejechaliśmy się też po bagnach air boatem - taką łódką z wielkim wiatrakiem z tyłu - fajna sprawa.
Potem wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na sam koniec Ameryki - na Key West - ostatnią z serii wysepek tworzących Florida Keys. Jest tu rafa, można sobie popływać skuterem, ale jeszcze nie spróbowaliśmy. Na razie cieszymy się, że w dzisiejszym hotelu nie było robali. Ale jest już 11, idę skorzystać z uroków Florydy...

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Ameryka - dni 8-9

...i jak ostatnio skończyłem pisać to szliśmy wypożyczyć samochód. Było z tym trochę zamieszania, ale udało się, a do tego dzięki spędzeniu przez Anete 6 godzin przy komputerze zaoszczędziliśmy na tym samochodzie jakieś 300$.
Pierwszym celem była plantacja trzciny cukrowej Oak Alley. Na zdjęciach zapowiadało się znakomicie - aleja wielkich dębów prowadząca do typowo południowo-amerykańskiego domku. Poza tym zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądała taka plantacja. Oczywiście po przyjeździe na miejsce wszystko straciło trochę uroku. Owszem dęby były (nawet takie fajne jak na zdjęciach), ale całość sprowadziła się właściwie tylko do nich i wycieczki po domku (całkiem zgrabnym, ale zdjęć robić nie było można :-/ Liczyłem, że na miejscu są cały czas np. budynki w których mieszkali niewolnicy, że można zobaczyć jak przetwarzali tą trzcinę, a tu nic. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Florydy.
Wyjechaliśmy z Luizjany, przejechaliśmy Missisipi, Alabamę i koło 9 wieczorem dotarliśmy do Pensacoli na Florydzie, gdzie przenocowaliśmy. Pensacola słynie z plaż - i faktycznie są niezłe. Piasek jest biały a woda ciepła. Tylko pogoda zaczynała trochę się trochę psuć - albo może raczej "szaleć". Dzień zaczął sie pięknym słońcem, trochę później lunęło tak że przez szybę w samochodzie było widać na 10 metrów, potem znowu wyszło słońce. Udało nam się jednak trochę powylegiwać i znowu pojechaliśmy dalej.Floryda z perspektywy samochodu dużo bardziej przypomina Europę niż Kalifornia. Nie ma pustyni, wszędzie jest zielono, dużo drzew. Jadąc I-10 mieliśmy wręcz momentami wrażenie, że jedziemy gierkówką (tyle, że nawierzchnia lepsza). Jako, że próbujemy się jak najszybciej dostać do Everglades, właściwie cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Dotarliśmy do Tampa, jutro ruszamy dalej.
Ciekawa rzecz przytrafiła się nam przy rejestracji w hotelu. Babka poprosiła o jakiś dokument tożsamości, Aneta podała jej prawo jazdy. No i teraz w rachunku za hotel, w rubryce "Name" mamy wpisane "Prawo Jazdy" :)