W końcu na sieci pojawiły się slajdy z rewelacyjnego kursu z tegorocznego Siggraphu - Advances in Real-Time Rendering in 3D Graphics and Games - są na stronie Bungie: http://www.bungie.net/News/content.aspx?type=topnews&link=Siggraph_09. Polecam bardzo - ludzie z Bungie opowiadają o renderingu nieba, cieniach, podejściach do liczenia lightmap na GPU. Jest rewelacyjna prezentacja Alexa Evansa z Media Molecule (Little Big Planet), jest fajna prezentacja o silniku Split/Second i troche innych rzeczy o których zapomniałem...
A jak ktoś jeszcze nie widział to tutaj link do drugiego fajnego kursu - Beyond Programmable Shading - http://s09.idav.ucdavis.edu/
piątek, 2 października 2009
czwartek, 1 października 2009
Trochę rzeczy z Siggraph Asia 2009
Na stronie Ke-Sen Huang (http://kesen.huang.googlepages.com/) są już linki do preprintów paperów z tegorocznego Siggraph Asia. Dopiero się im przyglądam ale na pewno ciekawie wyglądają: Depth-of-Field Rendering with Multiview Synthesis (http://www.mpi-inf.mpg.de/~slee/pub/) i PhotoSketch (http://cg.cs.tsinghua.edu.cn:8080/cmm/?page_id=155). Pierwsze to kolejna wariacja na temat głębi ostrości (dosyć skomplikowana na pierwszy rzut oka, ale warto się bliżej przyjrzeć).
PhotoSketch jest bardziej casualowy :) Warto wejść na stronę i obejrzeć filmiki i obrazki. Kolesie na podstawie szkicu i tekstowych podpisów generują obrazek z elementów znalezionych w internecie - bombeczka!
PhotoSketch jest bardziej casualowy :) Warto wejść na stronę i obejrzeć filmiki i obrazki. Kolesie na podstawie szkicu i tekstowych podpisów generują obrazek z elementów znalezionych w internecie - bombeczka!
Dom!
W sumie dzisiaj miało być trochę o okolicy (bo jest całkiem fajna), ale że okoliczności są wyjątkowe to będzie coś innego.
Bo w końcu mamy gdzie mieszkać! Po miesiącu tułaczki udało nam sie w końcu znaleźć stałe zakwaterowanie. Dzisiaj rano podpisaliśmy umowę wynajmu dwupokojowego miekszkania na St. Luke's Square (tutaj: http://maps.google.com/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=St+Luke's+Square,+Guildford,+Surrey+GU1,+UK&sll=37.0625,-95.677068&sspn=54.22533,113.818359&ie=UTF8&z=16&iwloc=A) W sumie odbyło się bez niespodzianek. Jedynym problemem było zapłacenie całej kwoty depozytu i pierwszego czynszu. Jako że to całkiem sporo kasy, ani my, ani agent nie mieliśmy ochoty na skorzystanie z gotówki. Opcją był przelew bankowy, ale tu jest tak trochę dziwnie i bez zapłacenia nie można posać umowy. Ja nie za bardzo chciałem przesyłać 1700 funtów bez żadnego potwierdzenia (zwłaszcza że pewnie ta kasa by nie doszła do dziś ich konto i byłby problem) i było trzeba troche pokombinować. Skorzystaliśmy z magicznego wynalazku pt. "Banker's draft" - jest to taki czek który kupuje się od banku. Ma on tą zaletę że, w przeciwieństwie do zwykłego czeku, jest pewny (no chyba że pomiędzy jego wystawieniem a zrealizowaniem zbankrutuje bank ale to pewnie mało prawdodobne) a do tego jest wystawiony na konkretną osobę więc można go przy sobie nosić bez stresu. Zadziałało ale w sumie ciekawe czy doczekam chwili kiedy wszystko będzie można załatwić kartą...
Jeśli chodzi o samą umowę to absolutnie nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. W Polsce umowy kredytowe są krótsze. Nasza umowa najmu to 13 stron zapisanych maczkiem i szczegółowo opisujących co w mieszkaniu wolno robić a czego nie (nota bene: obowiązków tenanta (mieszkańca) jest jakiś 7 stron, obowiązków landlorda (właściciela) jest z pół strony - z czego kolejne pół to opis sytuacji za które landlord jednak odpowiedzialny nie jest). I dla przykładu: nie możemy w mieszkaniu trzymać trzody chlewnej, drobiu, gołębi ptaków łownych (serio!), nie możemy w mieszkaniu spożywać narkotyków ani robić niczego co jest niemoralne (?!?), musimy informować właściciela o wszystkich chorobach zakaźnych które przechodzą mieszkańcy, żeby w razie potrzeby mógl on po zakończeniu wynajmu odpowiednio odkazić mieszkanie, miejsce parkingowe musimy regularnie czyścić z ewentualnych plam oleju które się na nim pojawią. Oczywiście w ogole nie wpominam o takich oczywistościach jak zakaz wieszania obrazków bez zgody landlorda itp.
Jak zobaczyłem tą umowę pare dni temu byłem bardzo zdziwiony. Ale myślę: co kraj to obyczaj, może tutaj trzeba wszystko spisać żeby było jasne. Ale jeszcze większa niespodzianka spotkała mnie dzisiaj rano. Po podpisaniu wszystkich bzdetów pan przystąpił do przekazania mieszkania. Zaczęło się od tego, że wręczył nam płyte CD na której są dokładne fotografie mieszkania. I to nie po jednej fotce każdego pokoju. Każda rysa, każda odrapana farba, każde zarysowanie na blacie jest sfotgrafowane. Do tego dochodzi kolejne 10 stron z tabelką w której te wszystkie rzeczy są opisane. I to dość fachowo: np. jednocentymentrowe wgniecenie w ściane na wysokości klamki. Oczywiście z jednej strony to znakomicie bo nikt nam nie wmówi że pewne rzeczy zrobiliśmy my, ale z drugiej są cholernie drobiazgowi i na pewno jeśli cokolwiek się stanie (odpukać) to to zauważą. Pan nas zapewniał że "fair wear and tear" jest dopuszczalne i nikt się nie przyczepi jak gdzieś tam będzie lekko zarysowana ściana, ale już wgniecenia mile widziane nie będą :)
Ale mam nadzieję że będzie fajne. Mieszkanie jest jasne, przytulne w bardzo cichym i spokojnym miejscu. Jest na pierwszym piętrze a okna wychodzą na mały skwerek (jak przyjedziecie to zobaczycie :) Do samego środka Guildford jest 5-10 minut piechotą. Mieszkanie jest niestety nie umeblowane ale może to i lepiej, mniej rzeczy do omyłkowego zniszczenia. Brak umeblowania nie dotyczy na szczęscie kuchni (lodówka i pralka są) i kilku wbudowanych szaf. Dziś rano kupiliśmy dmuchany materac więc będzie gdzie spać. Pozostaje podłączyć internet i będzie jak w domu!
Bo w końcu mamy gdzie mieszkać! Po miesiącu tułaczki udało nam sie w końcu znaleźć stałe zakwaterowanie. Dzisiaj rano podpisaliśmy umowę wynajmu dwupokojowego miekszkania na St. Luke's Square (tutaj: http://maps.google.com/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=St+Luke's+Square,+Guildford,+Surrey+GU1,+UK&sll=37.0625,-95.677068&sspn=54.22533,113.818359&ie=UTF8&z=16&iwloc=A) W sumie odbyło się bez niespodzianek. Jedynym problemem było zapłacenie całej kwoty depozytu i pierwszego czynszu. Jako że to całkiem sporo kasy, ani my, ani agent nie mieliśmy ochoty na skorzystanie z gotówki. Opcją był przelew bankowy, ale tu jest tak trochę dziwnie i bez zapłacenia nie można posać umowy. Ja nie za bardzo chciałem przesyłać 1700 funtów bez żadnego potwierdzenia (zwłaszcza że pewnie ta kasa by nie doszła do dziś ich konto i byłby problem) i było trzeba troche pokombinować. Skorzystaliśmy z magicznego wynalazku pt. "Banker's draft" - jest to taki czek który kupuje się od banku. Ma on tą zaletę że, w przeciwieństwie do zwykłego czeku, jest pewny (no chyba że pomiędzy jego wystawieniem a zrealizowaniem zbankrutuje bank ale to pewnie mało prawdodobne) a do tego jest wystawiony na konkretną osobę więc można go przy sobie nosić bez stresu. Zadziałało ale w sumie ciekawe czy doczekam chwili kiedy wszystko będzie można załatwić kartą...
Jeśli chodzi o samą umowę to absolutnie nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. W Polsce umowy kredytowe są krótsze. Nasza umowa najmu to 13 stron zapisanych maczkiem i szczegółowo opisujących co w mieszkaniu wolno robić a czego nie (nota bene: obowiązków tenanta (mieszkańca) jest jakiś 7 stron, obowiązków landlorda (właściciela) jest z pół strony - z czego kolejne pół to opis sytuacji za które landlord jednak odpowiedzialny nie jest). I dla przykładu: nie możemy w mieszkaniu trzymać trzody chlewnej, drobiu, gołębi ptaków łownych (serio!), nie możemy w mieszkaniu spożywać narkotyków ani robić niczego co jest niemoralne (?!?), musimy informować właściciela o wszystkich chorobach zakaźnych które przechodzą mieszkańcy, żeby w razie potrzeby mógl on po zakończeniu wynajmu odpowiednio odkazić mieszkanie, miejsce parkingowe musimy regularnie czyścić z ewentualnych plam oleju które się na nim pojawią. Oczywiście w ogole nie wpominam o takich oczywistościach jak zakaz wieszania obrazków bez zgody landlorda itp.
Jak zobaczyłem tą umowę pare dni temu byłem bardzo zdziwiony. Ale myślę: co kraj to obyczaj, może tutaj trzeba wszystko spisać żeby było jasne. Ale jeszcze większa niespodzianka spotkała mnie dzisiaj rano. Po podpisaniu wszystkich bzdetów pan przystąpił do przekazania mieszkania. Zaczęło się od tego, że wręczył nam płyte CD na której są dokładne fotografie mieszkania. I to nie po jednej fotce każdego pokoju. Każda rysa, każda odrapana farba, każde zarysowanie na blacie jest sfotgrafowane. Do tego dochodzi kolejne 10 stron z tabelką w której te wszystkie rzeczy są opisane. I to dość fachowo: np. jednocentymentrowe wgniecenie w ściane na wysokości klamki. Oczywiście z jednej strony to znakomicie bo nikt nam nie wmówi że pewne rzeczy zrobiliśmy my, ale z drugiej są cholernie drobiazgowi i na pewno jeśli cokolwiek się stanie (odpukać) to to zauważą. Pan nas zapewniał że "fair wear and tear" jest dopuszczalne i nikt się nie przyczepi jak gdzieś tam będzie lekko zarysowana ściana, ale już wgniecenia mile widziane nie będą :)
Ale mam nadzieję że będzie fajne. Mieszkanie jest jasne, przytulne w bardzo cichym i spokojnym miejscu. Jest na pierwszym piętrze a okna wychodzą na mały skwerek (jak przyjedziecie to zobaczycie :) Do samego środka Guildford jest 5-10 minut piechotą. Mieszkanie jest niestety nie umeblowane ale może to i lepiej, mniej rzeczy do omyłkowego zniszczenia. Brak umeblowania nie dotyczy na szczęscie kuchni (lodówka i pralka są) i kilku wbudowanych szaf. Dziś rano kupiliśmy dmuchany materac więc będzie gdzie spać. Pozostaje podłączyć internet i będzie jak w domu!
czwartek, 24 września 2009
Trochę dziwności...
UK jest trochę dziwne. Dziwne trochę inaczej niż np. USA. (kurde, przestraszyłem się, właśnie zawył alarm pożarowy - wyje w każdy czwartek w porze obiadu - jak mówi ulotka: żeby go przetestować i przyzwyczaić do niego ludzi :) W Stanach wszystko jest zrobione pod ludzi - maksymalnie proste, wręcz idioto-odporne. Tutaj podobno też, ale jakos przez zeszły miesiąc tego nie doświadczyłem. Jak przyjeżdża się tu do pracy to trzeba załatwić masę formalności, ale w zasadzie mało kto wie jakich. Jednyną opcją jest przeszukać sporo stron w sieci, spisać rzeczy które trzeba zrobić i mieć nadzieję że o niczym się nie zapomniało.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.
Trochę o pracy
Jako że dojazd do UK'a i pierwsze dni już opisałem, to teraz będzie trochę ogólnie. Może najpierw o pracy. Oczywiście za dużo nie mogę napisać bo będę musiał oddać nerkę i prawe płuco, ale może za trochę ogólników nikt mnie ścigać nie będzie. Lionhead jest częścią Microsoftu. Niby ma swoją nazwę, swoich szefów, ale tak de facto wszyscy tutaj podlegają pod Steve'a Ballmera. Maile są w domenie microsoft.com (jak ktoś ma ochotę napisać do mnie to trzeba na miciwan w tej domenie) Jako że wszyscy jesteśmy tu jedną wielką rodziną, trzeba w związku z tym przejść on-linowe szkolenie z tego jak należy się zachowywać w stosunku do współpracowników, jak należy dbać o bezpieczeństwo i tak dalej. Trzeba wyznaczać sobie oficjalne cele na kolejne lata pracy i się z nich przed sobą rozliczać. I jeszcze troche takich różnych rzeczy. No ale nic, takie życie :) Z drugiej strony bardzo dużo korzyści płynie z infrastruktury microsoftu. Widać te tony pieniędzy pompowane w to żeby wszystko sprawnie działało. Na kompie wszystko dzieje się automatycznie. Włączyłem pierwszy raz Outlooka - a on coś pomrugał, kliknąłem 'Next', po czym moje konto skonfigurowało się samo, zostałem dodany do różnych grup mailowych, dostałem poradnik nowego pracownika. Jak zacznę chodzić po wewnętrznych stronach to też wszędzie mnie poznaje, wie do czego powinienem mieć dostęp, wyświeta mi jakieś szkolenia w których mogę wziąć udział. Jest sklepik firmowy w którym produkty Microsoftu są dostępne po znacznie obniżonych cenach (poza sprzętem, ten kosztuje tyle co w sklepie) i takie tam duperele. Są soft drinki, ciastka, owoce a mała kantynka na dole jest dotowane, dzięki czemu obiad którym się najadam kosztuje mniej więcej tyle ile u fryzjera.
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...
Lionhead znajduje się w dwupiętrowym budynku na terenie Surrey Research Park - takiego kompleksu zarządzanego przez lokalny uniwersytet, w którym siedziby ma całkiem sporo firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Budynek stoi zaraz przy małym jeziorku, w koło jest zielono i naprawdę spokojnie. Do pracy zazwyczaj chodzę pieszo (jakieś 20 minut), ale jak czasem jest późno to mogę spokojnie wsiąść w samochód bo parking też jest.
Siedzę na drugim piętrze. Trafiło mi się chyba najlepsze miejsce w biurze. Siedzę przy oknie, mam widok na to wspomniane jeziorko. Biurko jest spore, stoją na nim 3 panoramiczne monitory. Mam też fajne, reguowane w różnych płaszczyznach krzesło - nie tak wysokie jak to z CDP, ale myślę że równie wygodne. Miał przyjść ktoś kto sprawdzi czy dobrze sobie wszystko ustawiłem (wysokość oparć, odegłość od monitorów itp), tak żebym nie nabawił się problemów z kręgosłupem, ale jakoś do tej pory go nie widać. Pracuje w zespole silnikowym, przy 'Milo'. Pracuje się tu między 10 a 18. Z początku uznałem to za trochę dziwne godziny (10 to jednak dość późno, wiadomo, część ludzi się spóźni itp), ale po kilku dniach zaczęło mi to całkiem odpowiadać. Ludzie faktycznie o 10 wszyscy już są i pracują rzeczywiście do 18 (20 minut po, w zasadzie nikogo już nie ma).
I chyba o pracy to by było na tyle. Lubie swoje nerki...
Cel - UK, finał
No i miałem pisać częściej i oczywiście nic z tego nie wyszło.
Ale poczucie winy gryzie mnie już do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić czas lunchu w pracy i coś skrobnąć.
Ostatnio skończyło się na tym, że w środku nocy wylądowaliśmy u pana Garego. Pan Gary prowadzi Bed&Breakfest z żoną ale jej akurat nie było. Zchargował nas 25 quidów (tak się tu mówi na funty :) za noc za osobę, ale jako miał wolne tylko na 3 dni, następnego dnia musieliśmy zacząć się rozglądać za czymś innym. I w sumie dobrze wyszło, bo choć pan Gary codziennie przygotowywał i podawał nam śniadanie własnoręcznie, to jego cena okazała się być wcale nie tak przystępna jak próbował nam to wcisnąć. Więc w informacji turystycznej zdobyliśmy katalog z bed&breakfestami w Guildford i zaczęliśmy szukać. I zupełnie nieźle poszło, bo już chyba w drugim się udało. Pani co prawda nie miała u siebie miejsc, ale okazało się że przez najbliższy miesiąc zajmuje się też b&b siostry. Tam miejsca troche było, ale jak wyjaśniliśmy jej naszą aktualna sytuacje to zaproponowała nam trochę inne rozwiązanie. W tym drugim domu był wolny pokój na poddaszu. Nie był to typowy pokój b&b, wiec nikt go zarezerwowanego nie miał, ale pani wyczuła interes i postanowiła nam go udostępnić. Jako że nie za bardzo miała sobie ochotę generować dodatkową robotę, optowała za tym, zeby wynająć nam go taniej, ale bez śniadań. Jako że śniadanie i tak wolimy sobie zrobić samemu, bez wahania na to poszliśmy. I to był bardzo dobry deal. Dom jest bliżej centrum (nie jakoś drastycznie, bo to miasto w ogóle do za dużych nie należy), jest miejsce parkingowe i przede wszystkim jest internet. Co prawda na jedym laptopie non-stop zrywa połączenie, ale drugi działa bez zarzutu. Do tego w pokoju jest łazienka (u pana Garego trzeba było zasuwać na korytarz) i za całość płacimy 35 funtów dzienne. No i tak sobie mieszkamy tam na razie. W pokoju stoją te nasze wszystkie wory, których cały czas nie rozpakowujemy, czekając na przeprowadzkę do finalnego mieszkania. Ja zacząłem chodzić do pracy, Aneta zaczęła szukać mieszkania, jakiejś sensownej pracy dla siebie i zapisała się na angielski. I tak sobie tu zaczęliśmy żyć.
Ale poczucie winy gryzie mnie już do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić czas lunchu w pracy i coś skrobnąć.
Ostatnio skończyło się na tym, że w środku nocy wylądowaliśmy u pana Garego. Pan Gary prowadzi Bed&Breakfest z żoną ale jej akurat nie było. Zchargował nas 25 quidów (tak się tu mówi na funty :) za noc za osobę, ale jako miał wolne tylko na 3 dni, następnego dnia musieliśmy zacząć się rozglądać za czymś innym. I w sumie dobrze wyszło, bo choć pan Gary codziennie przygotowywał i podawał nam śniadanie własnoręcznie, to jego cena okazała się być wcale nie tak przystępna jak próbował nam to wcisnąć. Więc w informacji turystycznej zdobyliśmy katalog z bed&breakfestami w Guildford i zaczęliśmy szukać. I zupełnie nieźle poszło, bo już chyba w drugim się udało. Pani co prawda nie miała u siebie miejsc, ale okazało się że przez najbliższy miesiąc zajmuje się też b&b siostry. Tam miejsca troche było, ale jak wyjaśniliśmy jej naszą aktualna sytuacje to zaproponowała nam trochę inne rozwiązanie. W tym drugim domu był wolny pokój na poddaszu. Nie był to typowy pokój b&b, wiec nikt go zarezerwowanego nie miał, ale pani wyczuła interes i postanowiła nam go udostępnić. Jako że nie za bardzo miała sobie ochotę generować dodatkową robotę, optowała za tym, zeby wynająć nam go taniej, ale bez śniadań. Jako że śniadanie i tak wolimy sobie zrobić samemu, bez wahania na to poszliśmy. I to był bardzo dobry deal. Dom jest bliżej centrum (nie jakoś drastycznie, bo to miasto w ogóle do za dużych nie należy), jest miejsce parkingowe i przede wszystkim jest internet. Co prawda na jedym laptopie non-stop zrywa połączenie, ale drugi działa bez zarzutu. Do tego w pokoju jest łazienka (u pana Garego trzeba było zasuwać na korytarz) i za całość płacimy 35 funtów dzienne. No i tak sobie mieszkamy tam na razie. W pokoju stoją te nasze wszystkie wory, których cały czas nie rozpakowujemy, czekając na przeprowadzkę do finalnego mieszkania. Ja zacząłem chodzić do pracy, Aneta zaczęła szukać mieszkania, jakiejś sensownej pracy dla siebie i zapisała się na angielski. I tak sobie tu zaczęliśmy żyć.
środa, 9 września 2009
Siggraph Encore
Taki mały, szybki pościk z pracy.
Na http://encore.siggraph.org/ jest moja prezentacja! Trzeba wejść w rok 2009, wybrać 'Talks' i 'Real Fast Rendering' i tam na dole się wyświetla. Można posłuchać sobie jak dukam w przeglądarce (potrzebny QuickTime) albo za $9.99 zakupić plik i słuchać do woli w domu, w pracy i gdzie jeszcze popadnie.
edit: chyba jednak żeby wysluchać mojego dukania do końca trzeba kupić. Będę miał w końcu okazje do skorzystania z mojej nowej, angielskiej karty :)
Na http://encore.siggraph.org/ jest moja prezentacja! Trzeba wejść w rok 2009, wybrać 'Talks' i 'Real Fast Rendering' i tam na dole się wyświetla. Można posłuchać sobie jak dukam w przeglądarce (potrzebny QuickTime) albo za $9.99 zakupić plik i słuchać do woli w domu, w pracy i gdzie jeszcze popadnie.
edit: chyba jednak żeby wysluchać mojego dukania do końca trzeba kupić. Będę miał w końcu okazje do skorzystania z mojej nowej, angielskiej karty :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)