Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)
środa, 16 grudnia 2009
czwartek, 19 listopada 2009
Słowo na dobranoc
Właściwie to miałem już iść spać bo średnio się czuje (to jest troche słabe w brytyjskiej pogodzie - jest strasznie zmienna, dzięki czemu już trzeci raz podczas naszego pobytu tutaj jestem chory) ale w telewizji leci tu reklama Sony z bardzo fajnym coverem 'Sweet child o' mine'. I tak mi się ten cover spodobał że zacząłem go szukać w sieci. A że go znalazłem to chciałem się nim ze wszystkimi podzielić. Trzeba wejsc tutaj http://www.takenbytrees.com/music/ i kliknac na 'Sweet child o' mine'.
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...
niedziela, 15 listopada 2009
Testosteron
No to teraz jestem dopiero męski! Testosteron wylewa się normalnie wszystkimi otworami w moim ciele. Ktoś może zapytać: a to czemu? A właśnie wymieniłem w Lanosie szczęki hamulcowe :) I do tego samochód jeździ i hamuje!
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...
czwartek, 12 listopada 2009
Szybki poscik
Wiem, wiem znowu nie pisze. Mam troche zakiszonego tekstu, ale musze go dokończyć zanim będzie się nadawał do publikacji. Tymczasem rano natknąłem sie w RSSach na coś superfajnego i postanowiłem sie podzielić znaleziskiem:
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam
poniedziałek, 2 listopada 2009
Okolica
Od jakiegoś czasu zbierałem się żeby napisać trochę o okolicy - bo w sumie jest dość ładna. Czekałem z tym aż będziemy mieli dostęp do internetu bo przecież nie będę pisał o okolicy bez zdjęć bo to trochę bez sensu. Ale że zdjęcia parę dni temu wrzuciłem (http://picasaweb.google.com/harrier3/UK#)to mogę w końcu napisać co na nich jest.
Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.
Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.
Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!
W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.
W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)
W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...
Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.
Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.
Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!
W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.
W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)
W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...
środa, 28 października 2009
Przygody z Lanosem
No i znowu trochę się zgapiłem z pisaniem. Ale spróbuje nadrobić, choć trochę rzeczy się ostatnio nazbierało.
W końcu mamy w domu sieć. Po jedynych 4 tygodniach czekania (a w Polsce marudziłem jak było trzeba czekać tydzień...) w końcu zostaliśmy podłączeni. Śmiga jak ta lala i pewnie wrzuciłbym jakieś zdjęcia gdyby nie drobny incydent który wczoraj zaprzątał nasze głowy.
Zawsze powtarzałem, że jak pewnego dnia się czegoś nowego nie naucze to będzie czas żeby się położyć i umierać. Wczoraj i dziś nauki miałem co niemiara. Zaczęło się niepozornie. Wczoraj mieliśmy mieć założony ten internet. Okienko w którym mieli to zrobić było między 8 a 13. Oczywiście, jako najbardziej niecierpliwa osoba na świecie, wstałem o 7:45, umyłem się i siedziałem przy oknie czekająć na panów z Virgina. W końcu to UK, jak mają przyjechać miedzy 8 a 13 to na pewno będą o 7:55 i jeszcze przeproszą że przyjechali za wcześnie! No niestety, nie do końca. O 9:30 doszedłem do wniosku, że jednak chyba pora jechać do pracy. Wziąłem kluczyki, zszedłem na dół, cofam z miejsca parkingowego. Pod koniec cofania coś stuknęło, ale pomyślałem że wjechałem w studzienkę która tam była. Ale wrzucam jedynkę, próbuje ruszyć a autko nic - stoi w miejcu. Zdziwiony próbuje dalej, ale nadal bez efektu. Więc spróbowałem wrzucić wsteczny - i okazało się że do tyłu jedzie bez problemu! A jazda do przodu kończyła się w najlepszym wypadku szuraniem prawego tylnego koła po asfalcie. Wsciekłem sie niemiłosiernie, bo nie dość że samochód nie jedzie to jeszcze jest późno, bo czekałem na głupiego Virgina. Chcąc - nie chcąc zostawiłem Lanosa pod domem i pojechałem do pracy autobusem (nota bene przekonałem się na własną kieszeń że transport publiczny do najtańszych tu nie należy - bilet w jedną stronę, spod domu do pracy kosztuje koło 2 funtów - jazda samochodem wychodzi taniej)
Przez cały dzień kombinowaliśmy co może być nie tak. Najgorsze było to, że nawet jeśli chcielibyśmy jechać do warsztatu to nie było jak. Przecież nie będę jechał tyłem - jazda po lewej stronie generuje wystarczająco dużo zamieszenia. Pewnie można by wziąć samochód na lawetę ale wolałem nawet się nie zastanawiać ile to będzie kosztowało. Nasze ubezpieczenie ma co prawda chyba jakiś assistance za granicą, ale jakoś nie udało mi się znaleźć co właściwie obejmuje.
Wyglądało na to że nie tak jest coś z hamulcem. Problem był jednak taki że do tej pory swoją obsługę samochodu ograniczałem do tankowanie i (bądźmy szczerzy, sporadycznego) sprawdzania oleju. Ale po raz kolejny okazało się, że w internecie jest wszystko a bez internetu nie ma niczego. Znazałem gdzieś książkę w stylu "Sam naprawiam i rozbudowuje swojego Lanosa" w której był cały rozdział poświęcony układowi hamulcowemu. Dowiedziałem się, że pod tylnym kołem jest bęben hamulca w którym są wszystkie bebechy i nalezy go rozkręcić i zobaczyć co się dzieje w środku (co właśnie sugerowało wcześniej pare osób).
Dzisiaj rano wstałem i wypozażony w śrubokręt i klucz do odkręcania kół zabrałem się do roboty, a Aneta mi dzielnie pomagała. Odkręciłem koło, zdjąłem zawleczkę z bębna, sam bęben nie chciał zejść, ale jak potraktowałem go młotkiem to zmienił zdanie. Zdjąłem bęben i okazało się że z jednej ze szczęk hamulcowych odpadła okładzina. Widać gdzieś się przyblokowywała i dlatego koło nie chciało się kręcić. Wyjąłem ją, poskładałem całość do kupy i okazało się że samochód jeździ całkiem przyzwoicie! Co prawda bez okładziny na szczęcę raczej jeździć sie nie powinno, ale jakby co to przynajmniej można dojechać do mechanika. Oczywiście na tym nie poprzestanę - teraz czekamy na przesyłkę z Polski zwierającą nowe szczęki. Jak tylko dojdą to będę wymieniał, ciekawe jak pójdzie :)
A wieczorem może zacznę w końcu wrzucać zdjęcia...
W końcu mamy w domu sieć. Po jedynych 4 tygodniach czekania (a w Polsce marudziłem jak było trzeba czekać tydzień...) w końcu zostaliśmy podłączeni. Śmiga jak ta lala i pewnie wrzuciłbym jakieś zdjęcia gdyby nie drobny incydent który wczoraj zaprzątał nasze głowy.
Zawsze powtarzałem, że jak pewnego dnia się czegoś nowego nie naucze to będzie czas żeby się położyć i umierać. Wczoraj i dziś nauki miałem co niemiara. Zaczęło się niepozornie. Wczoraj mieliśmy mieć założony ten internet. Okienko w którym mieli to zrobić było między 8 a 13. Oczywiście, jako najbardziej niecierpliwa osoba na świecie, wstałem o 7:45, umyłem się i siedziałem przy oknie czekająć na panów z Virgina. W końcu to UK, jak mają przyjechać miedzy 8 a 13 to na pewno będą o 7:55 i jeszcze przeproszą że przyjechali za wcześnie! No niestety, nie do końca. O 9:30 doszedłem do wniosku, że jednak chyba pora jechać do pracy. Wziąłem kluczyki, zszedłem na dół, cofam z miejsca parkingowego. Pod koniec cofania coś stuknęło, ale pomyślałem że wjechałem w studzienkę która tam była. Ale wrzucam jedynkę, próbuje ruszyć a autko nic - stoi w miejcu. Zdziwiony próbuje dalej, ale nadal bez efektu. Więc spróbowałem wrzucić wsteczny - i okazało się że do tyłu jedzie bez problemu! A jazda do przodu kończyła się w najlepszym wypadku szuraniem prawego tylnego koła po asfalcie. Wsciekłem sie niemiłosiernie, bo nie dość że samochód nie jedzie to jeszcze jest późno, bo czekałem na głupiego Virgina. Chcąc - nie chcąc zostawiłem Lanosa pod domem i pojechałem do pracy autobusem (nota bene przekonałem się na własną kieszeń że transport publiczny do najtańszych tu nie należy - bilet w jedną stronę, spod domu do pracy kosztuje koło 2 funtów - jazda samochodem wychodzi taniej)
Przez cały dzień kombinowaliśmy co może być nie tak. Najgorsze było to, że nawet jeśli chcielibyśmy jechać do warsztatu to nie było jak. Przecież nie będę jechał tyłem - jazda po lewej stronie generuje wystarczająco dużo zamieszenia. Pewnie można by wziąć samochód na lawetę ale wolałem nawet się nie zastanawiać ile to będzie kosztowało. Nasze ubezpieczenie ma co prawda chyba jakiś assistance za granicą, ale jakoś nie udało mi się znaleźć co właściwie obejmuje.
Wyglądało na to że nie tak jest coś z hamulcem. Problem był jednak taki że do tej pory swoją obsługę samochodu ograniczałem do tankowanie i (bądźmy szczerzy, sporadycznego) sprawdzania oleju. Ale po raz kolejny okazało się, że w internecie jest wszystko a bez internetu nie ma niczego. Znazałem gdzieś książkę w stylu "Sam naprawiam i rozbudowuje swojego Lanosa" w której był cały rozdział poświęcony układowi hamulcowemu. Dowiedziałem się, że pod tylnym kołem jest bęben hamulca w którym są wszystkie bebechy i nalezy go rozkręcić i zobaczyć co się dzieje w środku (co właśnie sugerowało wcześniej pare osób).
Dzisiaj rano wstałem i wypozażony w śrubokręt i klucz do odkręcania kół zabrałem się do roboty, a Aneta mi dzielnie pomagała. Odkręciłem koło, zdjąłem zawleczkę z bębna, sam bęben nie chciał zejść, ale jak potraktowałem go młotkiem to zmienił zdanie. Zdjąłem bęben i okazało się że z jednej ze szczęk hamulcowych odpadła okładzina. Widać gdzieś się przyblokowywała i dlatego koło nie chciało się kręcić. Wyjąłem ją, poskładałem całość do kupy i okazało się że samochód jeździ całkiem przyzwoicie! Co prawda bez okładziny na szczęcę raczej jeździć sie nie powinno, ale jakby co to przynajmniej można dojechać do mechanika. Oczywiście na tym nie poprzestanę - teraz czekamy na przesyłkę z Polski zwierającą nowe szczęki. Jak tylko dojdą to będę wymieniał, ciekawe jak pójdzie :)
A wieczorem może zacznę w końcu wrzucać zdjęcia...
poniedziałek, 5 października 2009
Darren Brown i Dan Brown
Dzisiaj znowu nie będzie o okolicy. Do tego przydało by się wrzucić zdjęcia a te są na laptopie. A laptop na razie jest upośledzony bo nie ma połączenia z internetem. Więc będzie trochę o telewizji i o książkach.
Może zacznijmy od telewizji. Telewizja w UK jest (a to niespodzianka :). W sumie nic szczególnego, bo co da się w tej materii wymyśleć. Ale okazuje się, że się da. Ktoś tu wpadł na ciekawy patent jak w prosty sposób zwiększyć ilość kanałów w telewizji. Przecież wiadomo – im więcej tym lepiej – zwłaszcza w ulotkach reklamowych kablówek – 45 brzmi o niebo lepiej niż 22, 100 jest fajniejsze niż 50. Otóż wiele tutejszych programów jest zdublowanych. Oczywiście nie tak bezczelnie że po prostu leci to samo pod inną nazwą. W drugiej wersji kanału, wszystko jest przesunięte o godzinę do przodu – a sam kanał nazywa się „XXX+1” (XXX to nazwa kanału bazowego, nie jakiegoś z pornem). Dzięki temu jeśli chcemy coś obejrzeć, ale się spóźnimy to nie ma problemu bo za godzinę znowu będzie leciało od początku. Ciekawy substytut dla nagrywania.
Jak już jesteśmy przy nagrywaniu to nagrywarki cyfrowe i w ogóle telewizja cyfrowa bardzo się tu już rozpanoszyły. Do 2012 telewizji analogowej ma na wyspach już w ogóle nie być, a już teraz większość dostawców kablowych przesyła sygnał tylko cyfrowo. Na szczęscie Virgin Media z którego chce telewizje i internet dostarcza dekoder który mogę podłączyć do telewizora, ale niektóre inne sieci sugerują upgrade telewizora. Przy okazji kablówek – internet (jak już jest) to jest tu fajny. Minimalny bandwitdh jaki sobie można założyć to 10Mbitów – wolniej po prostu nie dają. I to faktycznie jest to 10Mbitów – jeszcze w B&B 30 megowe prezentacje ze stron Microsoftu ciągnęły się po kilkanaście sekund. A 50 Mbitów też podobno ciągnie po te kilka mega na sekundę.
Dobra, ale do rzeczy bo miało być o Brownach. Zacząłem od telewizji, bo w lokalnej, co tydzień występuje Darren Brown. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że pare miesięcy temu Browna pokazał mi w internecie brat. Darren Brown to taki magik. Pisze „magik” ale to nie jest typowy czarodziej. W zasadzie w ogóle nie jest czarodziejem, ale to co robi daje rade. Koleś zajmuje się badaniami w jaki sposób można na ludzi wpływać bez ich świadomości. Nie chodzi mu jednak o te słynne podprogowe przekazy w filmach (np. Pojedyncza ramka z napisem „pijcie coca-cole” w filmie, mająca zwiększać sprzedaz napoju) ale o to, że czasem ludziom można coś bardzo otwarcie pokazać a oni, mimo że na to nie zwracają uwagi, rejestrują to. I taki przekaz, zarejestrowany nieświadomie, może w bardzo znacząco wpływać na ich zachowanie. Brown potrafi to robić i robi z tego znakomity show. Przykładowo: bierze z ulicy jakąś babkę, wprowadza ją do wielkiego sklepu z zabawkami (wiecie, taki 5 pięter, jest tam wszystko). Prosi ją żeby po nim się przeszła, dokładnie pooglądała zabawki i wybrała coś dla kogoś na prezent. Oczywiście ma nie mówić co to jest, jedynie o tym pomyśleć. A po pół godziny chodzenia Darren Brown ją bierze i mówi „hmm, dla kogo wybierałaś tą zabawkę”, babka odpowiada „dla siostrzenicy”. I wtedy się zaczyna: „hmm.. dla siostrzenicy... to na pewno nie będzie robot, chodźmy do pluszaków, tak, to na pewno coś z nich... hmmm... na pewno jakieś zwierze... goryl albo żyrafa, nie na pewno żyrafa” po czym podnosi żyrafe i wręcza zdziwionej babce. Ta oczywiście potwierdza że chodziło jej o żyrafę. Brown pyta „a jak nazwiesz tą żyrafe?” – babka: „Vicky”. A Darren wyciąga z zza pazuchy kopertę, otwiera ją i pokazuje babce kartkę z napisem Vicky. I tak jeszcze pare różnych rzeczy, które babka potwierdza. A potem jest cięcie i Brown pokazuje jak to zrobił. Od samego wejścia do sklepu babka była bombardowana tą żyrafą. Dekoracje były w ciapki, gdzieniegdzie były porozkładane te żyrafy, od czasu do czasu był gdzieś napis „żyrafa to Vicky” itd. Nikt jej nie powiedział że ma wybrać żyrafę, ale zasypana jej wizerunkiem z każdej strony zrobiła to trochę nieświadomie. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Wiadomo, w telewizji można pokazać wszystko. Ale całość sprawia dość autentyczne wrażenie, głównie dlatego że autor nawet przez sekunde nie próbuje ukrywać w jaki sposób robi to co robi. Po każdym show jest objaśnienie o co chodziło, ze szczegółami. Na pewno nie na każdego takie tricki działają (na przykład na mnie chyba słabo - jeden program miał mnie przykleić do fotela co zupełnie nie wyszło :-/ ale tego zresztą Brown też nie ukrywa – czasem pokazuje jak próbuje coś zrobić na jednym, drugim, trzecim przechodniu – a działa dopiero za czwartym razem) ale nawet jeśli podatne jest na to 50% społeczeństwa to i tak dużo. Co zresztą też pokazał, dekorując jakieś centrum handlowe dekoracjami zachęcającymi do dawania pieniędzy (manekiny przekazywały sobie gotówkę, były napisy itp). Potem przebrał się za żebraka i usiadł w kącie. Po godzinie uzbierał 300 funtów, a na koniec podszedł do niego jakiś koleś i oddał mu własne buty. W zeszłym tygodniu był eksperyment w którym widzowie mieli narysować coś co wcześniej narysowała jakaś kobieta, która podczas programu miała o tym intenstywnie myśleć (co to jest wiedziała tylko ona). No i jakieś 30% ludzi narysowało koncentryczne okręgi a kolejne 10% Stonehenge. Oczywiście tym co narysowała wcześniej ta babka (podczas emisji gdzieś zamknięta) też były te okręgi. A potem okazało się że zanim zaczęła rysować sugerowano jej właśnie te kółka i Stonehenge (przy którym nota bene na czas emisji programu ją zamknięto) a tego dnia, w gazetach w całym kraju były małe napisy „narysuj koncentryczne okręgi”. Niezłe, polecam. Na youtubie trochę tego jest. Tu np. filmik jak urabiał ludzi z agencji reklamowych: http://www.youtube.com/watch?v=1UpUcgPP-YY
Drugim z dzisiejszych Brownów jest Dan Brown. Jak ktoś nie kojarzy to autor „Kodu Leonarda DaVinci” i „Aniołów i Demonów”. Ostatnio wysmażył on kolejną książkę – „The Lost Symbol”, którą właśnie skończyłem czytać. Przy okazji jej zakupu poznałem granice słowa „promocja” w UK (a raczej ich brak). Książka w detalu kosztuje niecałe 19 funtów. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie, ale nadal, prawie 20 funtów to nie tak mało za czytadło do poduszki. Niektóre księgarnie prowadziły przedsprzedaż w której książka kosztowała 15 funtów. Ale spojrzałem na Amazona – oni mieli 50% obniżki (książka za 9.5 funta ) i do tego darmową przesyłkę – więc skorzystałem. I byłem bardzo dumny z poczynionych oszczędności, ale tylko do dnia premiery książki, kiedy to Sainsbury (taki supermarket) zaczął ją sprzedawać za 6 funtów. A dzień później zobaczyłem ją jeszcze w Tesco za 5... I byłem tym już bardzo niepocieszony, ale okazało się że Amazon w dniu premiery też zaczął ją sprzedawać za 5 i tym co kupili ją wcześniej postanowił różnicę zwrócić. Fajnie z ich strony.
Sama książka jest...hmmm... nie wiem w sumie... Tym razem jest o Masonach, dzieje się w Waszyngtonie (jako że ostatnio tam byliśmy, przynajmniej wiedziałem o jakich budynkach czytam) i w sumie nie jest zła. Jest jakaś starożytna tajemnica, jest tajne bractwo które jej chroni i jest główny zły który chce ją posiąść i zawładnąć światem. Co, brzmi znajomo? Nic dziwnego. „The Lost Symbol” jest właściwie kalką dwóch poprzednich powieści Dana Browna. Konstrukcja jest właściwie identyczna, intryga prowadzona tak samo, zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów i nazwy tajnych organizacji. I jeśli ktoś nie czytał poprzednich części to książka pewnie mu się spodoba (o ile oczywiście lubi takie klimaty), ale jeśli zna się „Anioły i Demony” i „Kod Leonarda” to „The Lost Symbol” może być trochę rozczarowujący. Brown próbuje wprowadzić troche nowości przesuwając się trochę bardziej w stronę (pseudo)nauki i mistycyzmu ale robi to na tyle nieśmiale, że jego wysiłki biorą w łeb. A szkoda, bo w np. Micheal Cordy w „Messiah Code” i „Lucifer” poszedł w tą stronę na maxa i z połączenia science-fiction z tematami mistyczno-religijnymi wyszło coś naprawdę fajnego. Reasumując nie jest to książka zła, można ją przeczytać i nawet się nieźle przy tym bawić, ale jak na kilka lat które autorowi zabrało jej napisanie to jednak trochę mało. Ale może jeszcze z raz dam mu szansę i kupię następną jego powieść (przy okazji nie radzę kupować następnych książek wspomnianego Micheala Cordy’ego – wpadł on w dokładnie tą samą pułapkę i co Brown jego następne książki są jeszcze bardziej brutalnym powieleniem poprzednich)
Może zacznijmy od telewizji. Telewizja w UK jest (a to niespodzianka :). W sumie nic szczególnego, bo co da się w tej materii wymyśleć. Ale okazuje się, że się da. Ktoś tu wpadł na ciekawy patent jak w prosty sposób zwiększyć ilość kanałów w telewizji. Przecież wiadomo – im więcej tym lepiej – zwłaszcza w ulotkach reklamowych kablówek – 45 brzmi o niebo lepiej niż 22, 100 jest fajniejsze niż 50. Otóż wiele tutejszych programów jest zdublowanych. Oczywiście nie tak bezczelnie że po prostu leci to samo pod inną nazwą. W drugiej wersji kanału, wszystko jest przesunięte o godzinę do przodu – a sam kanał nazywa się „XXX+1” (XXX to nazwa kanału bazowego, nie jakiegoś z pornem). Dzięki temu jeśli chcemy coś obejrzeć, ale się spóźnimy to nie ma problemu bo za godzinę znowu będzie leciało od początku. Ciekawy substytut dla nagrywania.
Jak już jesteśmy przy nagrywaniu to nagrywarki cyfrowe i w ogóle telewizja cyfrowa bardzo się tu już rozpanoszyły. Do 2012 telewizji analogowej ma na wyspach już w ogóle nie być, a już teraz większość dostawców kablowych przesyła sygnał tylko cyfrowo. Na szczęscie Virgin Media z którego chce telewizje i internet dostarcza dekoder który mogę podłączyć do telewizora, ale niektóre inne sieci sugerują upgrade telewizora. Przy okazji kablówek – internet (jak już jest) to jest tu fajny. Minimalny bandwitdh jaki sobie można założyć to 10Mbitów – wolniej po prostu nie dają. I to faktycznie jest to 10Mbitów – jeszcze w B&B 30 megowe prezentacje ze stron Microsoftu ciągnęły się po kilkanaście sekund. A 50 Mbitów też podobno ciągnie po te kilka mega na sekundę.
Dobra, ale do rzeczy bo miało być o Brownach. Zacząłem od telewizji, bo w lokalnej, co tydzień występuje Darren Brown. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że pare miesięcy temu Browna pokazał mi w internecie brat. Darren Brown to taki magik. Pisze „magik” ale to nie jest typowy czarodziej. W zasadzie w ogóle nie jest czarodziejem, ale to co robi daje rade. Koleś zajmuje się badaniami w jaki sposób można na ludzi wpływać bez ich świadomości. Nie chodzi mu jednak o te słynne podprogowe przekazy w filmach (np. Pojedyncza ramka z napisem „pijcie coca-cole” w filmie, mająca zwiększać sprzedaz napoju) ale o to, że czasem ludziom można coś bardzo otwarcie pokazać a oni, mimo że na to nie zwracają uwagi, rejestrują to. I taki przekaz, zarejestrowany nieświadomie, może w bardzo znacząco wpływać na ich zachowanie. Brown potrafi to robić i robi z tego znakomity show. Przykładowo: bierze z ulicy jakąś babkę, wprowadza ją do wielkiego sklepu z zabawkami (wiecie, taki 5 pięter, jest tam wszystko). Prosi ją żeby po nim się przeszła, dokładnie pooglądała zabawki i wybrała coś dla kogoś na prezent. Oczywiście ma nie mówić co to jest, jedynie o tym pomyśleć. A po pół godziny chodzenia Darren Brown ją bierze i mówi „hmm, dla kogo wybierałaś tą zabawkę”, babka odpowiada „dla siostrzenicy”. I wtedy się zaczyna: „hmm.. dla siostrzenicy... to na pewno nie będzie robot, chodźmy do pluszaków, tak, to na pewno coś z nich... hmmm... na pewno jakieś zwierze... goryl albo żyrafa, nie na pewno żyrafa” po czym podnosi żyrafe i wręcza zdziwionej babce. Ta oczywiście potwierdza że chodziło jej o żyrafę. Brown pyta „a jak nazwiesz tą żyrafe?” – babka: „Vicky”. A Darren wyciąga z zza pazuchy kopertę, otwiera ją i pokazuje babce kartkę z napisem Vicky. I tak jeszcze pare różnych rzeczy, które babka potwierdza. A potem jest cięcie i Brown pokazuje jak to zrobił. Od samego wejścia do sklepu babka była bombardowana tą żyrafą. Dekoracje były w ciapki, gdzieniegdzie były porozkładane te żyrafy, od czasu do czasu był gdzieś napis „żyrafa to Vicky” itd. Nikt jej nie powiedział że ma wybrać żyrafę, ale zasypana jej wizerunkiem z każdej strony zrobiła to trochę nieświadomie. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Wiadomo, w telewizji można pokazać wszystko. Ale całość sprawia dość autentyczne wrażenie, głównie dlatego że autor nawet przez sekunde nie próbuje ukrywać w jaki sposób robi to co robi. Po każdym show jest objaśnienie o co chodziło, ze szczegółami. Na pewno nie na każdego takie tricki działają (na przykład na mnie chyba słabo - jeden program miał mnie przykleić do fotela co zupełnie nie wyszło :-/ ale tego zresztą Brown też nie ukrywa – czasem pokazuje jak próbuje coś zrobić na jednym, drugim, trzecim przechodniu – a działa dopiero za czwartym razem) ale nawet jeśli podatne jest na to 50% społeczeństwa to i tak dużo. Co zresztą też pokazał, dekorując jakieś centrum handlowe dekoracjami zachęcającymi do dawania pieniędzy (manekiny przekazywały sobie gotówkę, były napisy itp). Potem przebrał się za żebraka i usiadł w kącie. Po godzinie uzbierał 300 funtów, a na koniec podszedł do niego jakiś koleś i oddał mu własne buty. W zeszłym tygodniu był eksperyment w którym widzowie mieli narysować coś co wcześniej narysowała jakaś kobieta, która podczas programu miała o tym intenstywnie myśleć (co to jest wiedziała tylko ona). No i jakieś 30% ludzi narysowało koncentryczne okręgi a kolejne 10% Stonehenge. Oczywiście tym co narysowała wcześniej ta babka (podczas emisji gdzieś zamknięta) też były te okręgi. A potem okazało się że zanim zaczęła rysować sugerowano jej właśnie te kółka i Stonehenge (przy którym nota bene na czas emisji programu ją zamknięto) a tego dnia, w gazetach w całym kraju były małe napisy „narysuj koncentryczne okręgi”. Niezłe, polecam. Na youtubie trochę tego jest. Tu np. filmik jak urabiał ludzi z agencji reklamowych: http://www.youtube.com/watch?v=1UpUcgPP-YY
Drugim z dzisiejszych Brownów jest Dan Brown. Jak ktoś nie kojarzy to autor „Kodu Leonarda DaVinci” i „Aniołów i Demonów”. Ostatnio wysmażył on kolejną książkę – „The Lost Symbol”, którą właśnie skończyłem czytać. Przy okazji jej zakupu poznałem granice słowa „promocja” w UK (a raczej ich brak). Książka w detalu kosztuje niecałe 19 funtów. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie, ale nadal, prawie 20 funtów to nie tak mało za czytadło do poduszki. Niektóre księgarnie prowadziły przedsprzedaż w której książka kosztowała 15 funtów. Ale spojrzałem na Amazona – oni mieli 50% obniżki (książka za 9.5 funta ) i do tego darmową przesyłkę – więc skorzystałem. I byłem bardzo dumny z poczynionych oszczędności, ale tylko do dnia premiery książki, kiedy to Sainsbury (taki supermarket) zaczął ją sprzedawać za 6 funtów. A dzień później zobaczyłem ją jeszcze w Tesco za 5... I byłem tym już bardzo niepocieszony, ale okazało się że Amazon w dniu premiery też zaczął ją sprzedawać za 5 i tym co kupili ją wcześniej postanowił różnicę zwrócić. Fajnie z ich strony.
Sama książka jest...hmmm... nie wiem w sumie... Tym razem jest o Masonach, dzieje się w Waszyngtonie (jako że ostatnio tam byliśmy, przynajmniej wiedziałem o jakich budynkach czytam) i w sumie nie jest zła. Jest jakaś starożytna tajemnica, jest tajne bractwo które jej chroni i jest główny zły który chce ją posiąść i zawładnąć światem. Co, brzmi znajomo? Nic dziwnego. „The Lost Symbol” jest właściwie kalką dwóch poprzednich powieści Dana Browna. Konstrukcja jest właściwie identyczna, intryga prowadzona tak samo, zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów i nazwy tajnych organizacji. I jeśli ktoś nie czytał poprzednich części to książka pewnie mu się spodoba (o ile oczywiście lubi takie klimaty), ale jeśli zna się „Anioły i Demony” i „Kod Leonarda” to „The Lost Symbol” może być trochę rozczarowujący. Brown próbuje wprowadzić troche nowości przesuwając się trochę bardziej w stronę (pseudo)nauki i mistycyzmu ale robi to na tyle nieśmiale, że jego wysiłki biorą w łeb. A szkoda, bo w np. Micheal Cordy w „Messiah Code” i „Lucifer” poszedł w tą stronę na maxa i z połączenia science-fiction z tematami mistyczno-religijnymi wyszło coś naprawdę fajnego. Reasumując nie jest to książka zła, można ją przeczytać i nawet się nieźle przy tym bawić, ale jak na kilka lat które autorowi zabrało jej napisanie to jednak trochę mało. Ale może jeszcze z raz dam mu szansę i kupię następną jego powieść (przy okazji nie radzę kupować następnych książek wspomnianego Micheala Cordy’ego – wpadł on w dokładnie tą samą pułapkę i co Brown jego następne książki są jeszcze bardziej brutalnym powieleniem poprzednich)
Subskrybuj:
Posty (Atom)