czwartek, 10 lutego 2011

Back in business

No widzę nie ma wyjścia - musze pisać. Co prawda reaktywacja miała być z nienacka, ale Sokół mnie uprzedził na facebooku. No to jedziemy z koksem.
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...

czwartek, 17 grudnia 2009

Opętany Lanos

A zapomniałem.. Dzisiaj zdarzyła mi się ciekawa rzecz. Rano, jak co dzień, poszedłem do samochodu. Jako że nocy było troche zimnawo, wszystkie szyby były oszronione. Wsiadłem więc do środka, odpaliłem silnik, włączyłem duchawę i poszedłem skrobać szyby. Po chwili skończyłem, wracam do drzwi kierowcy a te zamknięte... Kluczyki w stacyjce, silnik chodzi a drzwi zamknięte. Od razu zaznaczę że drzwi kierowcy nie da się zamknąć od środka a następnie zatrzasnąć. Do tego nasz Lanos nie ma centralnego zamka, więc jakies zabłąkane w powietrzu polecenie od innych kluczyków raczej też nie wchodzi w rachubę. Dobrze że w domu mieliśmy drugi komplet, bo inaczej byłaby buba... Pewnie normalnie zrzuciłbym to na jakiś prozaiczny problem z zamkiem, ale z drugiej strony wczoraj oglądałem „Egzorcystę”...
I znowu pada śnieg i wszyscy w biurze się cieszą jak dzieci :)

Trochę marudzenia...

Hmm... Dzisiaj będzie trochę marudzenia...

Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...

środa, 16 grudnia 2009

JEDZENIE

Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)

czwartek, 19 listopada 2009

Słowo na dobranoc

Właściwie to miałem już iść spać bo średnio się czuje (to jest troche słabe w brytyjskiej pogodzie - jest strasznie zmienna, dzięki czemu już trzeci raz podczas naszego pobytu tutaj jestem chory) ale w telewizji leci tu reklama Sony z bardzo fajnym coverem 'Sweet child o' mine'. I tak mi się ten cover spodobał że zacząłem go szukać w sieci. A że go znalazłem to chciałem się nim ze wszystkimi podzielić. Trzeba wejsc tutaj http://www.takenbytrees.com/music/ i kliknac na 'Sweet child o' mine'.
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...

niedziela, 15 listopada 2009

Testosteron

No to teraz jestem dopiero męski! Testosteron wylewa się normalnie wszystkimi otworami w moim ciele. Ktoś może zapytać: a to czemu? A właśnie wymieniłem w Lanosie szczęki hamulcowe :) I do tego samochód jeździ i hamuje!
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...

czwartek, 12 listopada 2009

Szybki poscik

Wiem, wiem znowu nie pisze. Mam troche zakiszonego tekstu, ale musze go dokończyć zanim będzie się nadawał do publikacji. Tymczasem rano natknąłem sie w RSSach na coś superfajnego i postanowiłem sie podzielić znaleziskiem:
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam