niedziela, 27 lutego 2011

Steki i Czeki

Dzisiaj nie ma wstępu. Był, ale był głupi więc go skasowałem. Od razu lecę z koksem.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.

piątek, 25 lutego 2011

Fuck yeah!

Właśnie dostałem maila z GDC a w nim link do niepowtarzalnego buttona, który organizatorzy sugerują umieścić na swoim blogu. No to bach!

niedziela, 20 lutego 2011

O Kalifornii, jedzeniu i wynajmowaniu mieszkania

No to lecimy dalej.

Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)

Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.

Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.

W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.

Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).

Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!

Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.

W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.

Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.

Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).

Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...

Pierwszy tydzień

Ten wpis to właściwie miał być w środe. Bo okazało się, że w środy (troche liczę, że we wszystkie) Naughty Dog serwuje pracownikom obiad (tzn angielsko-amerykański "dinner") więc oszczędzono mi konieczności przygotowywania kolacji. A wbrew pozorom nie jest to takie proste - moja lodówka tutaj albo mrozi na maxa albo nie chłodzi w ogóle. Z dwojga złego wolę jednak pierwszą opcję, więc przed każdym posiłkiem zmuszony jestem przeprowadzać sesję rozmrażania. Przy okazji może sie nasuwać pytanie czy po tak podanym pracownikom posiłku firma nie oczekuje że będą oni siedzieć w pracy dłużej. Otóż nie! Obiad podano o godzinie 7 a już o 8-8:30 wszyscy zaczęli się normalnie (bo przecież crunchu nie ma) rozchodzić do domów. Brzmi intrygująco? Niestety, aby poznać szczegóły należy przeczytać jeszcze kilka akapitów.

To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.

W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.

Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)

W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.

Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)

Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.

I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.

Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.

Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...

czwartek, 10 lutego 2011

Back in business

No widzę nie ma wyjścia - musze pisać. Co prawda reaktywacja miała być z nienacka, ale Sokół mnie uprzedził na facebooku. No to jedziemy z koksem.
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...

czwartek, 17 grudnia 2009

Opętany Lanos

A zapomniałem.. Dzisiaj zdarzyła mi się ciekawa rzecz. Rano, jak co dzień, poszedłem do samochodu. Jako że nocy było troche zimnawo, wszystkie szyby były oszronione. Wsiadłem więc do środka, odpaliłem silnik, włączyłem duchawę i poszedłem skrobać szyby. Po chwili skończyłem, wracam do drzwi kierowcy a te zamknięte... Kluczyki w stacyjce, silnik chodzi a drzwi zamknięte. Od razu zaznaczę że drzwi kierowcy nie da się zamknąć od środka a następnie zatrzasnąć. Do tego nasz Lanos nie ma centralnego zamka, więc jakies zabłąkane w powietrzu polecenie od innych kluczyków raczej też nie wchodzi w rachubę. Dobrze że w domu mieliśmy drugi komplet, bo inaczej byłaby buba... Pewnie normalnie zrzuciłbym to na jakiś prozaiczny problem z zamkiem, ale z drugiej strony wczoraj oglądałem „Egzorcystę”...
I znowu pada śnieg i wszyscy w biurze się cieszą jak dzieci :)

Trochę marudzenia...

Hmm... Dzisiaj będzie trochę marudzenia...

Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...