czwartek, 3 marca 2011

GDC - dni 2-3

Zgodnie z obietnicą miałem zacząć od strasburgerowego żarciku, ale zbliża się północ i jakoś nie mam weny (a sieć mi słabo działa i nic nie mogę wygooglować...) - postaram się coś wymyślić następnym razem.
Wczoraj nic nie napisałem, ale dlatego, że nic ciekawego sie nie działo. W sesjach była totalna posucha - wtorek to jeszcze dzień tutoriali, ale były same jakieś kiepskie. To znaczy kiepsko to one wyglały na papierze, bo tak na przykład Google na swoich warsztatach z Androida rozdawał laptopy. Ja oczywiście dowiedziałem się o tym po fakcie.
O 14 usiedliśmy z Benem zrobić jeszcze troche poprawek w prezentacji. Po raz kolejny okazało się, że jestem absolutnym mistrzem użycia przedimków angielskich ("a" i "the") bo w mojej 20-minutowej wypowiedzi musieliśmy ich dopisać chyba milion. Wygląda na to, że umiejętność sprawnego się nimi posługiwania chyba nigdy nie będzie mi dana. A w piątek pewnie i tak połowę z nich ominę.
O 15 zrobiliśmy sobie testową przezentacje - w sali, z projektorem i mikrofonami. Oczywiście było średnio - ja nawijałem jak głupi, bo w notatkach zapisałem sobie za dużo tekstu. Przez ostatnie pare godzin wycinałem kolejne zdania próbując zachować jakiś sens - teraz chyba jest już nieźle.
Dzisiaj zaczęło się od keynotu - mówili dwaj kolesie z Nintendo. Japoniec - Satoru Iwata - był jeszcze spoko - najpierw pogadał o tym jak to kiedyś robił gry i nie rozumiał że "content is king", potem ponarzekał trochę, że platformy społecznościowe nie dbają o jakość gier jakie są na nie wydawane, że zależy im tylko na ich dużej ilości - było to wszystko do rzeczy. Niestety jego amerykański odpowiednik ktory wkroczył w pewnym momencie na scene, po prostu przez 20 minut reklamował nowego 3DSa.
Samą konsolkę miałem okazję zobaczyć na Expo. Jest fajniutka - ma bardzo fajny ekran - coś jak ten z iPhone'a 4 - wysoka rozdziałka i duży kontrast. Nie miałem okazji w nic pograć, bo przy stoisku Nintendo był jakiś dziki tłum, ale to w końcu Nintendo, wiec giery pewno będą fajne (zapowiedzieli m.in. Mario na 3DSa!).
Sama cześć wystawowa GDC mocno się rozrosła. Fajne stoiska ma Crytek (pokazują Crysisa 2 w 3D który bardzo robi), Intel, Sony (MaciekS: chciałem ich podpytac o te stalle DMA w Tunerze, ale koleś po 10 minutach prób odpalenie jakiegokolwiek sampla zrezygnował i poprosił żebym do niego napisał maila) nVidia - gdzie można było pograć w Bulletstorama w 3d (dobre, gratz ziomy). U nVidii spotkałem też Dana Wexlera który prowadził mój segment na Siggraphie w 2009 i który oczywiście totalnie mnie nie pamietał.
Byłem dzisiaj na dwóch sesjach ludzi z DICE'a - nowy Battlefield wygląda nieziemsko, więc chciałem poznać trochę szczegółów technicznych. Rano było o oświetleniu na SPU. Było niby ok, ale wyszedłem z jakimś niedosytem - bo było to czego można było sie spodziewać - dzielą sobie framebuffer na małe kawałki, wrzucają na SPU i liczą. Drugi talk był o cullingu - i tu było podobnie, bo cały myk polega na przerzucaniu wszystkich obiektów w świecie przez test bryły widzenia, który z powodu rozgrzania cachu jest diablo szybki. I to wszystko jest bomba - to działa i daje fajne rezultaty, ale jakoś po tych talkach oczekiwałem wiekszego "wow".
Bardzo fajny był natomiast wyklad o debugowaniu releasowych buildów, zwłaszcza kiedy się wywalają. Koleś był bardzo zabawawny, było dużo historyjek (dowiedzialem się np, że podczas misji łazików na marsie lag jest ok. 20 minutowy!), były przykłady ze wszystkich platform.
Ostatnią rzeczą która dzisiaj widziałem była prezentacja o designowaniu zagadek w Limbo. Koleś mówił o tym jak starali sie projektować puzzle tak, żeby typowe zachowanie gracza w pierwszym momencie było totalnym przeciwieństwem tego co trzeba było zrobić. Pokazał edytor i zrobił mały puzzle na miejscu. Edytor w ogóle niezły, bo bloczki do wizualnego skryptowania ustawia sie jako cześć planszy, wiec nie dość że jest w nich totalny mess, to jeszcze jest to pomieszane z graficznymi elementami levelu :)
Przez cały czas spotkałem paru znajomych ludzi - przywitałem się z Peterem-Pikiem Sloanem (z którym robiłem talka na Siggraph), spotkałem babkę z HRu Naughty Doga i wypatrzyłem parę "osobistości" - Wolfganga Engela, Naty'ego Hoffman'a. Ale ogólnie GDC strasznie sie rozrosło. Jak byłem tam pierwszy raz, to wszystko obywało się w jedym z trzech budynków składających sie na to centrum konferencyjne. Teraz, konferencja zajmuje je wszystkie i do tego jest całkiem ciasnawo. Ale najciekawsze jest to, że jak patrze na plakietki tych ludzi którzy się wokół kręcą, to jakaś połowa nie jest nawet developerami...
Jutro kolejne sesje. Wieczorem w czwartek są standardowo imprezki (MichałM: dzięki za zaproszenie na tą Ubisoftu!) ale pewnie pójde jedynie na momencik - w końcu w piątek rano musze być w pełni dyspozycyjny!

wtorek, 1 marca 2011

GDC - dzień 1

Zgodnie z obietnicą zaczynam sprawozdanie z GDC.
Do San Francisco przyleciałem w niedzielę. Lot z Los Angeles trwał raptem godzine - fajna sprawa - ledwo wystartowaliśmy i już trzeba sie było przygotowywać do lądowania.
San Francisco wydaje się jakieś smutne. Virgin Store na rogu 4th i Market zamknięte (choć to chyba ogólnoświatowy trend), sklepy Sony naprzeciwko Moscone też. Zlikwidowali sklep Disneya przy Union Square, a stojącego obok Bordersa właśnie likwidują. Tylko GDC w tym samym centrum co zawsze, tylko zamiast w jednym budynku jak w 2005, teraz odbywa się już we wszystkich trzech.
Poniedziałek i wtorek to zawsze dzień tutoriali. Nigdy wcześniej na nich nie byłem, ale chyba niewiele straciłem. Poszedłem na te poświecone DX11 i okazły się być jakąś totalną porażką. Wiekszość prowadzących nie powiedziała absolutnie niczego ciekawego. Chwalebnym wyjątkiem był Johan Andrersson z DICE'a (opowiadał o użyciu DX11 w silniku Battlefielda 3) ale akurat on zazwyczaj mówi z sensem.
Potem było już tak tragicznie, że koło 17 po prostu się ulotniłem. Jest tu akurat kilkoro ludzi z którymi pracowałem w LH wiec troche się poszwędaliśmy po okolicy i wypiliśmy pare piw.
Dzisiaj chyba będzie jeszcze gorzej, bo jedyne dostępne opcje to tutorial Kinecta (chyba sobie jednak daruje...) albo Unity - tam może na chwile się przejdę, bo pracuje tam jeden Polak, zobaczę kto to taki.
A o 15 robimy sobie testową prezentacje. Cały czas mówię o jakieś 3-4 minuty za długo. Albo będę musiał coś przyciąć, albo mówić znacząco szybciej. Trochę zaczynam sobie pluć w brodę, że nie zdecydowaliśmy się zrobić z tego materiału dwóch osobnych sesji. Ben też trochę narzeka, że miejscami chciałby powiedzieć więcej - ale cóż, może następnym razem.
Wczoraj trochę się przeraziłem na tych tutorialach, bo wiekszość mówiących chodziła i mówiła jednocześnie! Ja taki gonzo chyba jednak nie będę i będę się trzymał pulpitu...

niedziela, 27 lutego 2011

Steki i Czeki

Dzisiaj nie ma wstępu. Był, ale był głupi więc go skasowałem. Od razu lecę z koksem.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.

piątek, 25 lutego 2011

Fuck yeah!

Właśnie dostałem maila z GDC a w nim link do niepowtarzalnego buttona, który organizatorzy sugerują umieścić na swoim blogu. No to bach!

niedziela, 20 lutego 2011

O Kalifornii, jedzeniu i wynajmowaniu mieszkania

No to lecimy dalej.

Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)

Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.

Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.

W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.

Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).

Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!

Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.

W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.

Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.

Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).

Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...

Pierwszy tydzień

Ten wpis to właściwie miał być w środe. Bo okazało się, że w środy (troche liczę, że we wszystkie) Naughty Dog serwuje pracownikom obiad (tzn angielsko-amerykański "dinner") więc oszczędzono mi konieczności przygotowywania kolacji. A wbrew pozorom nie jest to takie proste - moja lodówka tutaj albo mrozi na maxa albo nie chłodzi w ogóle. Z dwojga złego wolę jednak pierwszą opcję, więc przed każdym posiłkiem zmuszony jestem przeprowadzać sesję rozmrażania. Przy okazji może sie nasuwać pytanie czy po tak podanym pracownikom posiłku firma nie oczekuje że będą oni siedzieć w pracy dłużej. Otóż nie! Obiad podano o godzinie 7 a już o 8-8:30 wszyscy zaczęli się normalnie (bo przecież crunchu nie ma) rozchodzić do domów. Brzmi intrygująco? Niestety, aby poznać szczegóły należy przeczytać jeszcze kilka akapitów.

To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.

W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.

Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)

W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.

Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)

Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.

I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.

Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.

Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...

czwartek, 10 lutego 2011

Back in business

No widzę nie ma wyjścia - musze pisać. Co prawda reaktywacja miała być z nienacka, ale Sokół mnie uprzedził na facebooku. No to jedziemy z koksem.
Jak pewnie widzieliście, przez ostatnie kilkanaście miesięcy jakoś do pisania nie mogłem sie zabrać. To może zaczniemy od tego co sie w tym czasie działo.
Ostatni wpis był jakoś z grudnia 2009. Potem na Świeta pojechaliśmy do Polski. Miał być z tej okazji nawet wpis (chyba nawet wciaż mam go gdzieś na dysku), ale jakoś nie wyszło. Wszystkim polecam taki europejski road trip. Żeby było fajnie w podróż warto się wybrać właśnie zimą, tak żeby była szansa że w Eurotunelu, z powodu niskich temperatur staną pociągi i na przeprawę będzie trzeba czekać 8 godzin. Było naprawdę super, ale z powrotem zdecydowaliśmy sie już popłynąć promem.
Rok 2010 zaczął sie ogromonymi, 10 cm opadami śniegu które absolutnie sparaliżowały Guildford. Ale potem śnieg stopniał i było już zwyczajnie - demo, milestone, demo, cancel. I gdzieś, w pewnym momencie, pomyślałem że może fajnie by było zrobić coś innego. A że do głowy pierwszy przyszedł mi Naughty Dog, to własnie tam wysłałem CV. Przez długi czas żadnego odzewu nie było. I w sumie nawet sie szczególnie nie dziwiłem - w końcu nie mam żadnego doświadczenia z PS3, a ND jest cześcią Sony i robi tylko na Playstation. Ale pewnej nocy (tak, była 2 czy 3 - pani z HRu chyba nie zdawała sobie sprawy z istnienia stref czasowych) ktoś zadzwonił. Potem miałem jeszcze 4 czy 5 rozmów przez telefon, poleciałem na 2 dni do Los Angeles i na koniec zaproponowali mi prace.
W Lionheadzie wszystko skonczyło sie bardzo elegancko. Jako, że "prace nad Milo zostały zawieszone", nie było problemu że chce uciec w połowie projektu. Jedynym kłopotem było GDC - jakiś czas wcześniej zgłosiliśmy z Benem (moim ówczesnym leadem) nasz talk, który został przyjęty. Troche martwiłem się, że może ludki z Lionheadu (albo Naughty Doga) będą miały jakieś obiekcje. Ale okazało się, że nikt nie robił problemów.
W połowie grudnia wróciliśmy do Polski (właściwie to Aneta troche wcześniej, bo zaczynała od grudnia prace w Warszawie), na początku stycznia wzięliśmy ślub (tu jest pare fotek, na razie takich amatorskich, pstrykanych przez znajomego, fotograf, łajza coś sie obija).
Potem była jeszcze wizyta w ambasadzie, ale poszło bez żadnych problemów - właściwie czysta formalność. Dostałem wizę H1B do grudnia 2013.
A 7-ego lutego, w poniedziałek o 7:40 rano wsiadłem do samolotu lecącego do Los Angeles z przesiadką w Londynie. Lot był nawet fajny, bo po raz pierwszy zdarzyło mi sie, że samolot którym leciałem do Stanów był w dużej mierze pusty. Rozwaliłem się na 4 siedzeniach w poprzek i podróż minęłą mi całkiem przyjemnie :) Jedzenia mogło by być troche więcej, ale nie ma co narzekać.
Miałem odrobinę pietra, bo oczywiście wszystkie kwestie zakwaterowania przez pierwszy okres załatwiałem troche w ostatniech chwili. I w sumie skonczyło się tak, że w wylatując nie wiedziałem czy po przylocie będę miał gdzie spać. Nota bene Amerykanie mają dość lekkie podejście do kwestii bezpieczeństwa operacji z użyciem kart kredytowych. Pani z agencji nieruchomości upracie namawiała mnie żebym całe dane swojej karty wysłał jest zwykłym mailem, że nie ma sie czym przejmować i że przecież wszyscy tak robią. Pomogli troche ludzie z Naughty Doga, choć w końcu bez przesłania mailem tych cholernych cyferek sie nie obyło (dobrze że akurat do ND moglem je wysłać jakoś zaszyfrowane i w pokretny sposob wyjaśnić jakie jest hasło). Na szczęscie wszystko zadziałało i teraz mieszkam sobie w takim małym apartamencie przy plaży (z okna widać ocean!).
I w sumie jest fajnie. Jest ciepło (ale nie za bardzo) słońce świeci (choć troche wcześnie zachodzi) a ja od wtorku załatwiam sobie różne formalności związane z pobytem. Byłem po Social Security Number (taki numer ubezpieczenia społecznego) ale oczywiście zanim go dostanę to troche potrwa. Niestety bez niego nie da sie zrobić tutejszego prawa jazdy (bo oczywiscie nasze polskie tu nie obowiązuje, żadne międzynarodowe zresztą też), kupis telefonu z abonamentem. Do założenia konta w banku na szczęscie go nie potrzebowali, zobaczymy jak będzie przy wynajmie mieszkania.
Ale póki co nie jest źle. Robie jakieś fotki i jak tylko bedzie okazja to wrzuce na jakąs picase. A tymczasem stay tuned...

czwartek, 17 grudnia 2009

Opętany Lanos

A zapomniałem.. Dzisiaj zdarzyła mi się ciekawa rzecz. Rano, jak co dzień, poszedłem do samochodu. Jako że nocy było troche zimnawo, wszystkie szyby były oszronione. Wsiadłem więc do środka, odpaliłem silnik, włączyłem duchawę i poszedłem skrobać szyby. Po chwili skończyłem, wracam do drzwi kierowcy a te zamknięte... Kluczyki w stacyjce, silnik chodzi a drzwi zamknięte. Od razu zaznaczę że drzwi kierowcy nie da się zamknąć od środka a następnie zatrzasnąć. Do tego nasz Lanos nie ma centralnego zamka, więc jakies zabłąkane w powietrzu polecenie od innych kluczyków raczej też nie wchodzi w rachubę. Dobrze że w domu mieliśmy drugi komplet, bo inaczej byłaby buba... Pewnie normalnie zrzuciłbym to na jakiś prozaiczny problem z zamkiem, ale z drugiej strony wczoraj oglądałem „Egzorcystę”...
I znowu pada śnieg i wszyscy w biurze się cieszą jak dzieci :)

Trochę marudzenia...

Hmm... Dzisiaj będzie trochę marudzenia...

Nie wiem czy już o tym pisałem, ale UK jest dziwnym krajem. Jako, zachodni, wysoko rozwinięty kraj, który nie musi się przejmować taki przyziemnymi problemami jak bezrobocie, itp zajmuje się problemami bardziej wyrafinowanymi. Na przykład ochroną środowiska, a głównie ograniczaniem emisji dwutlenku węgla. Bo jak wiadomo, samochody, gospodarstwa domowe i w ogóle ludzie produkują tego dwutlenku węgla za dużo, a przez to roztopią się czapy lodowe i Brytoli zaleje woda. A do tego przecież dopuścić nie można. I tak na przykład, w telewizji non stop lecą krótkie filmiki instruktażowe, w jaki sposób możemy swój dług CO2 ograniczyć. Możemy gasić światło w domu, możemy mniej jeździć samochodem itd. (z niecierpliwością czekam aż zapropnują wstrzymywanie oddechu co jakiś czas) I wszystko fajnie, tylko z jednej strony jest ta propaganda a z drugiej strony jest rzeczywistość. Wiadomo, żeby po ulicach jeździło mniej samochodów wszyscy powinni się przesiąść do komunikacji publicznej. Bo w jeden autobus wejdzie więcej ludzi niż w jeden samochód i dzięki temu jeden człowiek wyprodukuje mniej CO2. W większości krajów do arguementu ekologicznego dochodzi, zazwyczaj badziej istotny, argument ekonomiczny. Wiadomo, jazda autobusem jest mniej wygodna, nie dojeżdżamy pod dom, ale za to jest sporo taniej. W Warszawie np. miesięczny bilet kosztuje jakieś 80zł, a jak ktoś do pracy jeździ samochodem to benzyna wychodzi pewnie jakieś 2 razy więcej (zwłaszcza jak do pracy jest relatywnie blisko). A tutaj? Do pracy i z powortem mam 10 kilometrów. To niedużo, a do tego Lanos nie jest szczególnie ekonomicznym autem. Tankując pełen bak jestem w stanie pokonać tą trasę jakieś 45 razy (czyli jeżdżąc tylko do pracy wystarczyłoby to na 2 miesiące). Zatankowanie do pełna kosztuje ok. 45-50 funtów (benzyna jest droższa niż u nas - jakieś 1.07 funta za litr) - czyli jazda samochodem do pracy kosztuje mnie miesięcznie jakieś 25 funtów (przy okazji mam ciekawe spostrzeżenie: jakiś czas temu odkryłem że benzyna 98 oktanów jest efektywnie sporo tańsza niż 95! Litr jest co prawda jakieś 3-4% droższy, ale za to robi się na niej jakieś 15-18% większą odległość!). Dla porówniania, najtańszy miesięczny bilet na autobus kosztuje w Guildford 40 funtów. A do tego autobusy jeżdżą stosunkowo rzadko a kierowcy są niesympatyczni. Dziwie się że w ogóle ktoś tutaj tymi autobusami jeździ. Ja się na nie zupełnie obraziłem...
Ale faktycznie sporo Brytoli jeździ własnymi samochodami. I do tego jeżdża makabrycznie źle. Kiedyś wściekałem sie jak źle jeżdzą Amerykanie - że podczas jazdy nie myślą, że widzą tylko kawałek drogi przed sobą. Brytyjczycy jeżdzą właściwie tak samo, tyle że nie widzą nawet kawałeka drogi przed sobą (a to tego jeżdżą po złej stronie..) Jazda tutaj przypomina troche jezdę po wielkim miasteczku do nauki jazdy. 80% kierowców nie potrafi wyprzedzic roweru jadącego jezdnią (bardzo popularny obrazek: jedzie ktoś na rowerze a za nim ciągnie się sznureczek samochodów), na rondo nie wjedzie nikt jeśli nawet gdzieś w oddali majaczy się jakiś inny samochód. Jak pas ruchu się rozdziela przed skrzyżowaniem to oczywiście większość ludzi zostaje na swoim. W rezultacie jest sznur samochodów na jednym pasie i totalnie puste 2 boczne. Wszyscy są na drodze bardzo uprzejmi, więc należy oczekiwać że w dowolnym momencie samochód przed nami się zatrzyma żeby umożliwić skręcenie w prawo komuś z naprzeciwka. Ale jednak najlepsze jest to w jaki sposób Angole się zatrzymują. Bo zatrzymują się wszędzie. Jedzie taki Angol i nagle postanawia stanąć. I staje na środku drogi. Dosłownie. Zostawia samochód i gdzieś idzie. Albo siedzi w środku. A ludzie za nim stoją. A najlepsze jest to że nikt sie nie wkurza (tzn. nikt oprócz mnie). Wszyscy karnie stoją i czekają aż kierowca się ruszy, żadnych klaksonów, żadnych wrzasków. Jak kierowca długo nie rusza to w końcu biorą się za omijanie takiego auta, ale zazwyczaj trwa to dłuższą chwilę. I do tego stają tak gdzie popadnie, ich ulubionym miejscem jest „za zakrętem”, tak że skręcając w ogóle nie widać takiego delikwenta.
Do tego wszystkiego fatalnie traktuje się tu pieszych. Teoretycznie pieszy ma pierwszeństwo (tak przynajmniej twierdzą moi lokalni znajomi). Ale w rzeczywistości jest to raczej mało egzekwowalne. Na pieszych się tu wjeżdża i trąbi.
Trochę mnie tej kraj ostatnio denerwuje... Ale może to przez jednego grafika. Oni działają na nerwy tak samo, bez wzgledu na kraj zamieszkania...

środa, 16 grudnia 2009

JEDZENIE

Ale znowu długo nic nie napisałem! Mam co prawda parę zakiszonych postów ale musze je dokończyć zanim będą sie nadawały do publikacji. W jednym znowu narzekam sobie na Angoli, ale jako że dzisiaj mam całkiem niezły humor to będzie co innego. Myślałem o jakimś technicznym bełkocie, ale w sumie pewnie byłyby nim zainsteresowane ze 2 osoby czytające te rzeczy (choć to pewnie ze 20%) ale chyba będzie jednak coś dla szerszej publiki.
Dzisiaj przyszedł czas na jeden z moich ulubionych tematów: JEDZENIE!
Otóż jedzenie w Wielkich Brytanii jest... no jest... Jest na przykład codzienne jedzenie w barku na dole. Można by pomyśleć, że podają tam brytyjskie jedzenie, w końcu gotują tam takie miłe panie brytyjki. Ale nie. W zasadzie podają tam wszystko oprócz brytyjskiego jedzenia. No chyba, że można do niego zaliczyć chilli, casserole (taki jakby troche gulasz, jednogarnkowa (sorry Garnek) potrawa w której pływają różne rzeczy), różne makarony czy kanapki. Mimo, że mało brytyjskie, to jedzenie jest tam bardzo dobre. W może nie tyle "mimo" tylko "dzięki temu". Jedyną potrawą która sprawiała wrażenie bycia choć trochę brytyjską było Shepherd's Pie - zapiekanka z jagnięciną - i ona akrurat była słaba. Jagnięcina, za którą akurat średnio przepadam, jest tu w ogóle bardzo popularna. Ale może kiedyś jeszcze zaryzykuje, a nuż będzie lepsze.
Jagnięcina jagnięciną, ale Brytole produkują znakmitą wołowinę! Wiadomo, najlepsza jest argentyńska ale ta tutaj też jest bombowa. W Polsce krowy hoduje się tak, żeby dawały jak najwięcej mleka. Jak krowa mleko dawać przestaje to robi się z nich steki. Albo raczej udawane steki, bo tak uzyskane mięso jest zazwyczaj twarde, żylaste i generalnie mało smaczne. Tutaj krowy hoduje się na mięso i to widać, albo raczej czuć w smaku. Steki są tu znakomite i bardzo popularne. Wszystki nasze ulubione rodzaje - New Yorki, rib-eye, z udźca i filety migniony. Próbowałem tylko New Yorków, ale tylko dletego że są takie dobre, że boje sie kupić coś innego :)
Za to paskudny, ale to przepaskudny mają chleb. Tego co tu podają właściwie nawet nie można nazwać chlebem. Bardziej pasuje do tego określenie „mączna gąbka bez smaku”. Jest ohydny, klei się i zupełnie nie ma smaku. Do jedzenia właściwie nadają się bagietki (które są praktycznie takie same jak u nas) i jeden chleb, z nazwy francuski. Tutejsze pieczywo doprowadziło mnie do takiej desperacji że znowu zacząłem eksperymentować z własnym chlebem. Oczywiście takim full-pro – na zakwasie, bez żadnych drożdży, tylo mąka, woda i odrobina soli.
Jako, że kiedyś już próbowałem piec chleb, spróbowałem odkopać stare źródła informacji. Niezastąpiona jest oczywiście strona http://chleb.info.pl Są na niej absolutnie wszystkie informacji potrzebne żeby w domu zrobić chleb. Jedyne co można jej zarzucić to trochę nieścisłości w opisach. Raz ilości mąki/wody podawane są w gramach, raz w „szklankach” jeszcze inny raz w „łyżkach”. Niby wszystko fajnie, bo „łyżka” w kuchni to miara wręcz naukowa (chyba 15ml) ale okazuje się że producenci łyżek jakoś się standardów nie trzymają. I troche się na tym na początku przejechałem. Jako że waga nie jest pierwszą rzeczą jaką kupuje w nowym mieszkaniu, zaczynałem mierząc wszystko łyżkami i kubkami. I absolutnie nic nie wychodziło. Zakwas rozwarstwiał się zamiast rosnąć, ciasto zamiast być sprężyste było lejące. Toteż zaraz kupiłem miarkę kuchenną i próbowałem korzystać z niej, wspomagając się przelicznikami objętości na wagę znalezionymi w sieci. Niestety wyniki były równie opłakane. W końcu stwierdziłem że inaczej się nie da i zakupiłem wagę. I okazało się że wszędzie dawałem za mało mąki, bo ta, zamiast ważyć 170g na 250ml to waży jakies 110-120. I nagle wszysto zaczęło wychodzić. Zrobiłem zakwas, upiekłem pare chlebów. Póki co rozłażą się troche na boki podczas wyrastania (chleb zanim włoży się do piekarnika musi wyrosnąć) ale w liście do Mikołaja poprosiłem o koszyk do wyrastania więc w nowym roku powinno być już lepiej. Jak wróce do domu to wrzucę jakieś zdjęcia na picase.
Dobra, biorę się za kończenie następnego posta...
PS. Normalnie właśnie pada tu śnieg! No, może to za duże słowo – troche płatków, nawet nie wystarczyło żeby dokładnie pokryć ulice... Ale wszyscy cieszą sie jak dzieci, ludzie podchodzą do okien iu robią zdjęcia... Biedne Angliki :)

czwartek, 19 listopada 2009

Słowo na dobranoc

Właściwie to miałem już iść spać bo średnio się czuje (to jest troche słabe w brytyjskiej pogodzie - jest strasznie zmienna, dzięki czemu już trzeci raz podczas naszego pobytu tutaj jestem chory) ale w telewizji leci tu reklama Sony z bardzo fajnym coverem 'Sweet child o' mine'. I tak mi się ten cover spodobał że zacząłem go szukać w sieci. A że go znalazłem to chciałem się nim ze wszystkimi podzielić. Trzeba wejsc tutaj http://www.takenbytrees.com/music/ i kliknac na 'Sweet child o' mine'.
Takie pierdoły to pewnie mógłbym pisać na Twitterze (bo wczoraj przestałem być ostatnią osobą na świecie bez Twittera :) ale na razie swoją aktywność ograniczyłem do zainstalowania TweetDeck'a. Chyba jednak spodobało mi się to dłuższe rozpisywanie tutaj...

niedziela, 15 listopada 2009

Testosteron

No to teraz jestem dopiero męski! Testosteron wylewa się normalnie wszystkimi otworami w moim ciele. Ktoś może zapytać: a to czemu? A właśnie wymieniłem w Lanosie szczęki hamulcowe :) I do tego samochód jeździ i hamuje!
Oczywiście zaczęło się od problemów. Tutaj Lanos nie jest szczególnie popularnym pojazdem, dlatego części musiały do nas przyjść aż z Polski. I jak się można tego było spodziewać, polecony list priorytetowy ze szczękami przyszedł tydzień później niż wysłana w tym samym czasie, nierejestrowana paczka z książkami. Co ciekawe winna była chyba poczta brytyjska a nie polska! Paczka opuściła polski obszar celny 29 października (dzień po wysłaniu) a dotarła do nas dopiero 11 listopada. Akurat było to dokładnie dzień po tym jak Aneta zadzwoniła do Royal Mail i zrobiła im małą awanturę przez telefon - choć oczywiście podczas tej rozmowy naszej paczki zlokalizować się nie dało... Widać poczta na całym świecie funkcjonuje tak samo. Nasza przyszłość leży chyba jednak w rękach prywatnych kurierów...
Ale jak szczęki już przyszły to trzeba było je jeszcze wymienić. Zdjęcie bębna nie stanowiło już problemu, w końcu to zaliczyłem na levelu 1. Schody zaczęły się później. Szczęki w hamulcu bębnowym działają tak, że jak się przyciska pedał to są one rozpychane przez taki hydrauliczny rozpierak, a kiedy się go puszcza to wracają do oryginalnego położenia ściskane przez 2 sprężyny. I z tymi cholernymi sprężynami męczyłem się ze 40 minut. W końcu jakoś udało mi się je zdjąć i dalej poszło już gładko. W międzyczasie pokłóciłem się jeszcze z Anetą podczas zakładania jednego dzybcyka ale w sumie, po półtorej godziny bęben był złożony, koło kręciło się w obie strony a hamulec hamował.
I chodziłem sobie tak tryskając tą męskością aż następnego dnia okazało się, że nie jestem jedyną napompowaną testosteronem osobą w Guildford.
W pierwszej chwili myślałem że się pomyliłem i w sumie szybko o sprawie zapomniałem. Kiedy chłopaki w pracy zaczęli na ten temat rozmawiać, z początku nawet nie zaczaiłem o co im chodzi. Ale po chwili wszystko do mnie dotarło i trybiki w głowie zaskoczyły...
PO GUILDFORD CHODZI KOBIETA Z BRODĄ!!!
I nie jest to jakiś głupi drobny meszek na podbródku. To jest normalna, regularna broda, długa na jakieś 10-15 centymetrów! Jest całkiem gęsta, cała biała i przywodzi na myśl brodę świętego Mikołaja. Jej właścielka jest niską kobietą koło 60-tki. Kiedy ją zobaczyłem myślałem z początku że jest po prostu tak wyglądającym facetem, z bliska okazało się że to jednak babka. Jak można się spodziewać nie jest szczególnie zadbana. Chłopaki w pracy mówią, że zawsze pojawia się wtedy kiedy człowiek samotnie skręci w jakąś małą uliczkę. Wyłania się wtedy zza zakrętu i zaczyna iść w naszym kierunku. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać i zacząłem szukać w internecie. Okazuje się, że kobieta z brodą jest lokalną celebrity i atrakcją turystyczną. Zazwyczaj chodzi ubrana w futro w panterkę (ja ją niestety (na szczęście ?) widziałem tylko w zielono-burym płaszczu). Jest postraszem tutejszych dzieci (podobno je zjada). Ma nawet dwa wpisy o sobie na urban dictionary (http://www.urbandictionary.com/define.php?term=guildford%20bearded%20lady i http://www.urbandictionary.com/define.php?term=bearded%20lady%20of%20guildford). Jeśli ktoś ma ochotę ją zobaczyć to na youtubie jest taki tribute video - http://www.youtube.com/watch?v=8pxYtWCZ1o8.
Z taką brodą to na pewno potrafi wymienić szczęki w tylnych hamulcach... damn...

czwartek, 12 listopada 2009

Szybki poscik

Wiem, wiem znowu nie pisze. Mam troche zakiszonego tekstu, ale musze go dokończyć zanim będzie się nadawał do publikacji. Tymczasem rano natknąłem sie w RSSach na coś superfajnego i postanowiłem sie podzielić znaleziskiem:
http://www.skytopia.com/project/fractal/mandelbulb.html
Koleś renderuje trójwymiarowe fraktale - obrazki są nieziemskie (i renderują sie nieziemsko długo, autor wspomina gdzieś że obrazek 4k na 4k liczył sie tydzień....)
Polecam

poniedziałek, 2 listopada 2009

Okolica

Od jakiegoś czasu zbierałem się żeby napisać trochę o okolicy - bo w sumie jest dość ładna. Czekałem z tym aż będziemy mieli dostęp do internetu bo przecież nie będę pisał o okolicy bez zdjęć bo to trochę bez sensu. Ale że zdjęcia parę dni temu wrzuciłem (http://picasaweb.google.com/harrier3/UK#)to mogę w końcu napisać co na nich jest.

Jest np. Guilford - to miasteczko w który mieszkamy. Miasteczko jest małe - centrum składa sie w zasadzie z dwóch ulic. Ale upchnięto na nich całkiem sporo - są ruiny zamku, jest wielka katedra (tej akurat w środku jeszcze nie widziałem, ale codziennie ją mijam w drodze do pracy) Jest też kino, 3 księgarnie, 2 sklepy z grami, jest troche knajp. Całość da się spacerkiem obejść w godzinkę. Do tej pory nigdy nie mieszkałem w takim małym miasteczku - ale póki co ciekawe doświadczenie (zobaczymy co powiem za pare miechów, kiedy będę znał już każdy kamień :) Zdjęć z samego Guildford nie ma za dużo, ale postaram się jeszcze trochę popstrykać i obiecuję wrzucić.

Okolice miasta to malownicze, zielone pagórki (jak mawiał klasyk "normalnie, kurwa, jebany Hobbiton"). I właśnie na taki pagórek wybraliśmy się w pierwszy weekend naszego pobytu tutaj. Wzgórze nazywa się Leith Hill i jest najwyższym wzniesieniem w południowej Anglii. Na szczycie są resztki wieży strażniczej i miejsce na piknik. Podobno jak pogoda jest dobra to można stamtąd zobaczyć morze, ale widać aż tak dobra nie była bo ja jakoś nic nie widziałem.

Trochę dalej (ale też całkiem niedaleko - raptem godzinka jazdy) jest za to coś o wiele fajniejszego - Stonehenge! Gdyby ktoś nie kojarzył - to ten słynny kamienny krąg. Kiedy, w jakiś piątek powiedziałem w pracy że weekend wybieram się je zobaczyć, wszyscy chórem powiedzieli że będę zawiedziony - że to tylko kupa gruzu i do tego na zdjęciach wygląda na większą. Ale wcale zawiedziony nie byłym. Kamienie są całkiem wielkie a krąg leży na wielkiej nizinie i oprócz niego niczego w pobliżu nie widać (no dobra, z jednej strony jest autostrada, ale można do niej stanąć tyłem). Oprócz wiatru nie słychać w zasadzie niczego i, przynajmniej na mnie, całość zrobiła wrażenie. Jasne, można się przyczepić że do wnętrza kręgu nie można wejść (jest niestety płotek) i że w koło jest mnóstwo ludzi (niestety jest) ale mimo to naprawdę warto było się przejechać. Szkoda tylko że wchodzić można tylko do 18 bo pewnie o zachodzie słońca wyszłyby fajne zdjęcia!

W okolicy Guildford jest też parę miasteczek które warto zobaczyć. Jest np. Farnham - dość podobne do Guildford, też z ruinami zamku (na tym urzędowali kiedyś lokalni biskupi). Trochę dalej jest Portsmouth - z fajną wieżą widokową w kształcie żagla i muzeum starych statków. Generalnie jest tu co oglądać.

W ostatni weekend wybraliśmy się do Winkworth Arboretum, o którym usłyszałem w pracy. Nikt nie potrafił mi za bardzo powiedzieć co to jest arboretum ale jak się później dowiedziałem to coś w stylu "muzeum drzew". O tej porze roku wygląda nieziemsko, nie wiem czy zdjęcia to oddają. Wszystko jest bajecznie kolorowe. Liście maja wszystkie możliwe kolory - od zielonego, poprzez żółty, głęboką czerwień aż po ciemny brąz. W środku lasu jest małe jeziorko, które można sobie obejść, są małe mokradła a do tego wszędzie rosną leszczyny z których wszyscy zjadają orzechy :)

W ogóle ploty o brzydkiej, angielskiej pogodzie są mocno przesadzone. Od momentu kiedy tu przyjechaliśmy mijają własnie 2 miesiące i przez cały ten czas pogoda jest bardzo ładna. Jesień na wyspach przypomina to co u nas dzieje się we wrześniu - jest kolorowo, czasem jeszcze trochę ciepło, pod nogami tony kolorowych liści. Tylko że w Polsce końcy się to jakoś na początku października a tu trwa nadal, mimo że dzisiaj jest drugi listopada. Na jedym zdjęć na picasie jest widok z mojego okna - zrobiony jakoś na początku września. W momencie kiedy to pisze ża oknem jest dokładnie tak samo, żeby nie napisać ładniej. Jasne od czasu do czasu pada, ale zazwyczaj szybko przestaje i znowu wychodzi słońce. Pogoda się akurat Brytolom udała...

środa, 28 października 2009

Przygody z Lanosem

No i znowu trochę się zgapiłem z pisaniem. Ale spróbuje nadrobić, choć trochę rzeczy się ostatnio nazbierało.
W końcu mamy w domu sieć. Po jedynych 4 tygodniach czekania (a w Polsce marudziłem jak było trzeba czekać tydzień...) w końcu zostaliśmy podłączeni. Śmiga jak ta lala i pewnie wrzuciłbym jakieś zdjęcia gdyby nie drobny incydent który wczoraj zaprzątał nasze głowy.
Zawsze powtarzałem, że jak pewnego dnia się czegoś nowego nie naucze to będzie czas żeby się położyć i umierać. Wczoraj i dziś nauki miałem co niemiara. Zaczęło się niepozornie. Wczoraj mieliśmy mieć założony ten internet. Okienko w którym mieli to zrobić było między 8 a 13. Oczywiście, jako najbardziej niecierpliwa osoba na świecie, wstałem o 7:45, umyłem się i siedziałem przy oknie czekająć na panów z Virgina. W końcu to UK, jak mają przyjechać miedzy 8 a 13 to na pewno będą o 7:55 i jeszcze przeproszą że przyjechali za wcześnie! No niestety, nie do końca. O 9:30 doszedłem do wniosku, że jednak chyba pora jechać do pracy. Wziąłem kluczyki, zszedłem na dół, cofam z miejsca parkingowego. Pod koniec cofania coś stuknęło, ale pomyślałem że wjechałem w studzienkę która tam była. Ale wrzucam jedynkę, próbuje ruszyć a autko nic - stoi w miejcu. Zdziwiony próbuje dalej, ale nadal bez efektu. Więc spróbowałem wrzucić wsteczny - i okazało się że do tyłu jedzie bez problemu! A jazda do przodu kończyła się w najlepszym wypadku szuraniem prawego tylnego koła po asfalcie. Wsciekłem sie niemiłosiernie, bo nie dość że samochód nie jedzie to jeszcze jest późno, bo czekałem na głupiego Virgina. Chcąc - nie chcąc zostawiłem Lanosa pod domem i pojechałem do pracy autobusem (nota bene przekonałem się na własną kieszeń że transport publiczny do najtańszych tu nie należy - bilet w jedną stronę, spod domu do pracy kosztuje koło 2 funtów - jazda samochodem wychodzi taniej)
Przez cały dzień kombinowaliśmy co może być nie tak. Najgorsze było to, że nawet jeśli chcielibyśmy jechać do warsztatu to nie było jak. Przecież nie będę jechał tyłem - jazda po lewej stronie generuje wystarczająco dużo zamieszenia. Pewnie można by wziąć samochód na lawetę ale wolałem nawet się nie zastanawiać ile to będzie kosztowało. Nasze ubezpieczenie ma co prawda chyba jakiś assistance za granicą, ale jakoś nie udało mi się znaleźć co właściwie obejmuje.
Wyglądało na to że nie tak jest coś z hamulcem. Problem był jednak taki że do tej pory swoją obsługę samochodu ograniczałem do tankowanie i (bądźmy szczerzy, sporadycznego) sprawdzania oleju. Ale po raz kolejny okazało się, że w internecie jest wszystko a bez internetu nie ma niczego. Znazałem gdzieś książkę w stylu "Sam naprawiam i rozbudowuje swojego Lanosa" w której był cały rozdział poświęcony układowi hamulcowemu. Dowiedziałem się, że pod tylnym kołem jest bęben hamulca w którym są wszystkie bebechy i nalezy go rozkręcić i zobaczyć co się dzieje w środku (co właśnie sugerowało wcześniej pare osób).
Dzisiaj rano wstałem i wypozażony w śrubokręt i klucz do odkręcania kół zabrałem się do roboty, a Aneta mi dzielnie pomagała. Odkręciłem koło, zdjąłem zawleczkę z bębna, sam bęben nie chciał zejść, ale jak potraktowałem go młotkiem to zmienił zdanie. Zdjąłem bęben i okazało się że z jednej ze szczęk hamulcowych odpadła okładzina. Widać gdzieś się przyblokowywała i dlatego koło nie chciało się kręcić. Wyjąłem ją, poskładałem całość do kupy i okazało się że samochód jeździ całkiem przyzwoicie! Co prawda bez okładziny na szczęcę raczej jeździć sie nie powinno, ale jakby co to przynajmniej można dojechać do mechanika. Oczywiście na tym nie poprzestanę - teraz czekamy na przesyłkę z Polski zwierającą nowe szczęki. Jak tylko dojdą to będę wymieniał, ciekawe jak pójdzie :)
A wieczorem może zacznę w końcu wrzucać zdjęcia...

poniedziałek, 5 października 2009

Darren Brown i Dan Brown

Dzisiaj znowu nie będzie o okolicy. Do tego przydało by się wrzucić zdjęcia a te są na laptopie. A laptop na razie jest upośledzony bo nie ma połączenia z internetem. Więc będzie trochę o telewizji i o książkach.
Może zacznijmy od telewizji. Telewizja w UK jest (a to niespodzianka :). W sumie nic szczególnego, bo co da się w tej materii wymyśleć. Ale okazuje się, że się da. Ktoś tu wpadł na ciekawy patent jak w prosty sposób zwiększyć ilość kanałów w telewizji. Przecież wiadomo – im więcej tym lepiej – zwłaszcza w ulotkach reklamowych kablówek – 45 brzmi o niebo lepiej niż 22, 100 jest fajniejsze niż 50. Otóż wiele tutejszych programów jest zdublowanych. Oczywiście nie tak bezczelnie że po prostu leci to samo pod inną nazwą. W drugiej wersji kanału, wszystko jest przesunięte o godzinę do przodu – a sam kanał nazywa się „XXX+1” (XXX to nazwa kanału bazowego, nie jakiegoś z pornem). Dzięki temu jeśli chcemy coś obejrzeć, ale się spóźnimy to nie ma problemu bo za godzinę znowu będzie leciało od początku. Ciekawy substytut dla nagrywania.
Jak już jesteśmy przy nagrywaniu to nagrywarki cyfrowe i w ogóle telewizja cyfrowa bardzo się tu już rozpanoszyły. Do 2012 telewizji analogowej ma na wyspach już w ogóle nie być, a już teraz większość dostawców kablowych przesyła sygnał tylko cyfrowo. Na szczęscie Virgin Media z którego chce telewizje i internet dostarcza dekoder który mogę podłączyć do telewizora, ale niektóre inne sieci sugerują upgrade telewizora. Przy okazji kablówek – internet (jak już jest) to jest tu fajny. Minimalny bandwitdh jaki sobie można założyć to 10Mbitów – wolniej po prostu nie dają. I to faktycznie jest to 10Mbitów – jeszcze w B&B 30 megowe prezentacje ze stron Microsoftu ciągnęły się po kilkanaście sekund. A 50 Mbitów też podobno ciągnie po te kilka mega na sekundę.
Dobra, ale do rzeczy bo miało być o Brownach. Zacząłem od telewizji, bo w lokalnej, co tydzień występuje Darren Brown. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że pare miesięcy temu Browna pokazał mi w internecie brat. Darren Brown to taki magik. Pisze „magik” ale to nie jest typowy czarodziej. W zasadzie w ogóle nie jest czarodziejem, ale to co robi daje rade. Koleś zajmuje się badaniami w jaki sposób można na ludzi wpływać bez ich świadomości. Nie chodzi mu jednak o te słynne podprogowe przekazy w filmach (np. Pojedyncza ramka z napisem „pijcie coca-cole” w filmie, mająca zwiększać sprzedaz napoju) ale o to, że czasem ludziom można coś bardzo otwarcie pokazać a oni, mimo że na to nie zwracają uwagi, rejestrują to. I taki przekaz, zarejestrowany nieświadomie, może w bardzo znacząco wpływać na ich zachowanie. Brown potrafi to robić i robi z tego znakomity show. Przykładowo: bierze z ulicy jakąś babkę, wprowadza ją do wielkiego sklepu z zabawkami (wiecie, taki 5 pięter, jest tam wszystko). Prosi ją żeby po nim się przeszła, dokładnie pooglądała zabawki i wybrała coś dla kogoś na prezent. Oczywiście ma nie mówić co to jest, jedynie o tym pomyśleć. A po pół godziny chodzenia Darren Brown ją bierze i mówi „hmm, dla kogo wybierałaś tą zabawkę”, babka odpowiada „dla siostrzenicy”. I wtedy się zaczyna: „hmm.. dla siostrzenicy... to na pewno nie będzie robot, chodźmy do pluszaków, tak, to na pewno coś z nich... hmmm... na pewno jakieś zwierze... goryl albo żyrafa, nie na pewno żyrafa” po czym podnosi żyrafe i wręcza zdziwionej babce. Ta oczywiście potwierdza że chodziło jej o żyrafę. Brown pyta „a jak nazwiesz tą żyrafe?” – babka: „Vicky”. A Darren wyciąga z zza pazuchy kopertę, otwiera ją i pokazuje babce kartkę z napisem Vicky. I tak jeszcze pare różnych rzeczy, które babka potwierdza. A potem jest cięcie i Brown pokazuje jak to zrobił. Od samego wejścia do sklepu babka była bombardowana tą żyrafą. Dekoracje były w ciapki, gdzieniegdzie były porozkładane te żyrafy, od czasu do czasu był gdzieś napis „żyrafa to Vicky” itd. Nikt jej nie powiedział że ma wybrać żyrafę, ale zasypana jej wizerunkiem z każdej strony zrobiła to trochę nieświadomie. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Wiadomo, w telewizji można pokazać wszystko. Ale całość sprawia dość autentyczne wrażenie, głównie dlatego że autor nawet przez sekunde nie próbuje ukrywać w jaki sposób robi to co robi. Po każdym show jest objaśnienie o co chodziło, ze szczegółami. Na pewno nie na każdego takie tricki działają (na przykład na mnie chyba słabo - jeden program miał mnie przykleić do fotela co zupełnie nie wyszło :-/ ale tego zresztą Brown też nie ukrywa – czasem pokazuje jak próbuje coś zrobić na jednym, drugim, trzecim przechodniu – a działa dopiero za czwartym razem) ale nawet jeśli podatne jest na to 50% społeczeństwa to i tak dużo. Co zresztą też pokazał, dekorując jakieś centrum handlowe dekoracjami zachęcającymi do dawania pieniędzy (manekiny przekazywały sobie gotówkę, były napisy itp). Potem przebrał się za żebraka i usiadł w kącie. Po godzinie uzbierał 300 funtów, a na koniec podszedł do niego jakiś koleś i oddał mu własne buty. W zeszłym tygodniu był eksperyment w którym widzowie mieli narysować coś co wcześniej narysowała jakaś kobieta, która podczas programu miała o tym intenstywnie myśleć (co to jest wiedziała tylko ona). No i jakieś 30% ludzi narysowało koncentryczne okręgi a kolejne 10% Stonehenge. Oczywiście tym co narysowała wcześniej ta babka (podczas emisji gdzieś zamknięta) też były te okręgi. A potem okazało się że zanim zaczęła rysować sugerowano jej właśnie te kółka i Stonehenge (przy którym nota bene na czas emisji programu ją zamknięto) a tego dnia, w gazetach w całym kraju były małe napisy „narysuj koncentryczne okręgi”. Niezłe, polecam. Na youtubie trochę tego jest. Tu np. filmik jak urabiał ludzi z agencji reklamowych: http://www.youtube.com/watch?v=1UpUcgPP-YY
Drugim z dzisiejszych Brownów jest Dan Brown. Jak ktoś nie kojarzy to autor „Kodu Leonarda DaVinci” i „Aniołów i Demonów”. Ostatnio wysmażył on kolejną książkę – „The Lost Symbol”, którą właśnie skończyłem czytać. Przy okazji jej zakupu poznałem granice słowa „promocja” w UK (a raczej ich brak). Książka w detalu kosztuje niecałe 19 funtów. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie, ale nadal, prawie 20 funtów to nie tak mało za czytadło do poduszki. Niektóre księgarnie prowadziły przedsprzedaż w której książka kosztowała 15 funtów. Ale spojrzałem na Amazona – oni mieli 50% obniżki (książka za 9.5 funta ) i do tego darmową przesyłkę – więc skorzystałem. I byłem bardzo dumny z poczynionych oszczędności, ale tylko do dnia premiery książki, kiedy to Sainsbury (taki supermarket) zaczął ją sprzedawać za 6 funtów. A dzień później zobaczyłem ją jeszcze w Tesco za 5... I byłem tym już bardzo niepocieszony, ale okazało się że Amazon w dniu premiery też zaczął ją sprzedawać za 5 i tym co kupili ją wcześniej postanowił różnicę zwrócić. Fajnie z ich strony.
Sama książka jest...hmmm... nie wiem w sumie... Tym razem jest o Masonach, dzieje się w Waszyngtonie (jako że ostatnio tam byliśmy, przynajmniej wiedziałem o jakich budynkach czytam) i w sumie nie jest zła. Jest jakaś starożytna tajemnica, jest tajne bractwo które jej chroni i jest główny zły który chce ją posiąść i zawładnąć światem. Co, brzmi znajomo? Nic dziwnego. „The Lost Symbol” jest właściwie kalką dwóch poprzednich powieści Dana Browna. Konstrukcja jest właściwie identyczna, intryga prowadzona tak samo, zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów i nazwy tajnych organizacji. I jeśli ktoś nie czytał poprzednich części to książka pewnie mu się spodoba (o ile oczywiście lubi takie klimaty), ale jeśli zna się „Anioły i Demony” i „Kod Leonarda” to „The Lost Symbol” może być trochę rozczarowujący. Brown próbuje wprowadzić troche nowości przesuwając się trochę bardziej w stronę (pseudo)nauki i mistycyzmu ale robi to na tyle nieśmiale, że jego wysiłki biorą w łeb. A szkoda, bo w np. Micheal Cordy w „Messiah Code” i „Lucifer” poszedł w tą stronę na maxa i z połączenia science-fiction z tematami mistyczno-religijnymi wyszło coś naprawdę fajnego. Reasumując nie jest to książka zła, można ją przeczytać i nawet się nieźle przy tym bawić, ale jak na kilka lat które autorowi zabrało jej napisanie to jednak trochę mało. Ale może jeszcze z raz dam mu szansę i kupię następną jego powieść (przy okazji nie radzę kupować następnych książek wspomnianego Micheala Cordy’ego – wpadł on w dokładnie tą samą pułapkę i co Brown jego następne książki są jeszcze bardziej brutalnym powieleniem poprzednich)

piątek, 2 października 2009

I jeszcze trochę rzeczy z Siggraphu 2009

W końcu na sieci pojawiły się slajdy z rewelacyjnego kursu z tegorocznego Siggraphu - Advances in Real-Time Rendering in 3D Graphics and Games - są na stronie Bungie: http://www.bungie.net/News/content.aspx?type=topnews&link=Siggraph_09. Polecam bardzo - ludzie z Bungie opowiadają o renderingu nieba, cieniach, podejściach do liczenia lightmap na GPU. Jest rewelacyjna prezentacja Alexa Evansa z Media Molecule (Little Big Planet), jest fajna prezentacja o silniku Split/Second i troche innych rzeczy o których zapomniałem...
A jak ktoś jeszcze nie widział to tutaj link do drugiego fajnego kursu - Beyond Programmable Shading - http://s09.idav.ucdavis.edu/

czwartek, 1 października 2009

Trochę rzeczy z Siggraph Asia 2009

Na stronie Ke-Sen Huang (http://kesen.huang.googlepages.com/) są już linki do preprintów paperów z tegorocznego Siggraph Asia. Dopiero się im przyglądam ale na pewno ciekawie wyglądają: Depth-of-Field Rendering with Multiview Synthesis (http://www.mpi-inf.mpg.de/~slee/pub/) i PhotoSketch (http://cg.cs.tsinghua.edu.cn:8080/cmm/?page_id=155). Pierwsze to kolejna wariacja na temat głębi ostrości (dosyć skomplikowana na pierwszy rzut oka, ale warto się bliżej przyjrzeć).
PhotoSketch jest bardziej casualowy :) Warto wejść na stronę i obejrzeć filmiki i obrazki. Kolesie na podstawie szkicu i tekstowych podpisów generują obrazek z elementów znalezionych w internecie - bombeczka!

Dom!

W sumie dzisiaj miało być trochę o okolicy (bo jest całkiem fajna), ale że okoliczności są wyjątkowe to będzie coś innego.
Bo w końcu mamy gdzie mieszkać! Po miesiącu tułaczki udało nam sie w końcu znaleźć stałe zakwaterowanie. Dzisiaj rano podpisaliśmy umowę wynajmu dwupokojowego miekszkania na St. Luke's Square (tutaj: http://maps.google.com/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=St+Luke's+Square,+Guildford,+Surrey+GU1,+UK&sll=37.0625,-95.677068&sspn=54.22533,113.818359&ie=UTF8&z=16&iwloc=A) W sumie odbyło się bez niespodzianek. Jedynym problemem było zapłacenie całej kwoty depozytu i pierwszego czynszu. Jako że to całkiem sporo kasy, ani my, ani agent nie mieliśmy ochoty na skorzystanie z gotówki. Opcją był przelew bankowy, ale tu jest tak trochę dziwnie i bez zapłacenia nie można posać umowy. Ja nie za bardzo chciałem przesyłać 1700 funtów bez żadnego potwierdzenia (zwłaszcza że pewnie ta kasa by nie doszła do dziś ich konto i byłby problem) i było trzeba troche pokombinować. Skorzystaliśmy z magicznego wynalazku pt. "Banker's draft" - jest to taki czek który kupuje się od banku. Ma on tą zaletę że, w przeciwieństwie do zwykłego czeku, jest pewny (no chyba że pomiędzy jego wystawieniem a zrealizowaniem zbankrutuje bank ale to pewnie mało prawdodobne) a do tego jest wystawiony na konkretną osobę więc można go przy sobie nosić bez stresu. Zadziałało ale w sumie ciekawe czy doczekam chwili kiedy wszystko będzie można załatwić kartą...
Jeśli chodzi o samą umowę to absolutnie nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. W Polsce umowy kredytowe są krótsze. Nasza umowa najmu to 13 stron zapisanych maczkiem i szczegółowo opisujących co w mieszkaniu wolno robić a czego nie (nota bene: obowiązków tenanta (mieszkańca) jest jakiś 7 stron, obowiązków landlorda (właściciela) jest z pół strony - z czego kolejne pół to opis sytuacji za które landlord jednak odpowiedzialny nie jest). I dla przykładu: nie możemy w mieszkaniu trzymać trzody chlewnej, drobiu, gołębi ptaków łownych (serio!), nie możemy w mieszkaniu spożywać narkotyków ani robić niczego co jest niemoralne (?!?), musimy informować właściciela o wszystkich chorobach zakaźnych które przechodzą mieszkańcy, żeby w razie potrzeby mógl on po zakończeniu wynajmu odpowiednio odkazić mieszkanie, miejsce parkingowe musimy regularnie czyścić z ewentualnych plam oleju które się na nim pojawią. Oczywiście w ogole nie wpominam o takich oczywistościach jak zakaz wieszania obrazków bez zgody landlorda itp.
Jak zobaczyłem tą umowę pare dni temu byłem bardzo zdziwiony. Ale myślę: co kraj to obyczaj, może tutaj trzeba wszystko spisać żeby było jasne. Ale jeszcze większa niespodzianka spotkała mnie dzisiaj rano. Po podpisaniu wszystkich bzdetów pan przystąpił do przekazania mieszkania. Zaczęło się od tego, że wręczył nam płyte CD na której są dokładne fotografie mieszkania. I to nie po jednej fotce każdego pokoju. Każda rysa, każda odrapana farba, każde zarysowanie na blacie jest sfotgrafowane. Do tego dochodzi kolejne 10 stron z tabelką w której te wszystkie rzeczy są opisane. I to dość fachowo: np. jednocentymentrowe wgniecenie w ściane na wysokości klamki. Oczywiście z jednej strony to znakomicie bo nikt nam nie wmówi że pewne rzeczy zrobiliśmy my, ale z drugiej są cholernie drobiazgowi i na pewno jeśli cokolwiek się stanie (odpukać) to to zauważą. Pan nas zapewniał że "fair wear and tear" jest dopuszczalne i nikt się nie przyczepi jak gdzieś tam będzie lekko zarysowana ściana, ale już wgniecenia mile widziane nie będą :)
Ale mam nadzieję że będzie fajne. Mieszkanie jest jasne, przytulne w bardzo cichym i spokojnym miejscu. Jest na pierwszym piętrze a okna wychodzą na mały skwerek (jak przyjedziecie to zobaczycie :) Do samego środka Guildford jest 5-10 minut piechotą. Mieszkanie jest niestety nie umeblowane ale może to i lepiej, mniej rzeczy do omyłkowego zniszczenia. Brak umeblowania nie dotyczy na szczęscie kuchni (lodówka i pralka są) i kilku wbudowanych szaf. Dziś rano kupiliśmy dmuchany materac więc będzie gdzie spać. Pozostaje podłączyć internet i będzie jak w domu!

czwartek, 24 września 2009

Trochę dziwności...

UK jest trochę dziwne. Dziwne trochę inaczej niż np. USA. (kurde, przestraszyłem się, właśnie zawył alarm pożarowy - wyje w każdy czwartek w porze obiadu - jak mówi ulotka: żeby go przetestować i przyzwyczaić do niego ludzi :) W Stanach wszystko jest zrobione pod ludzi - maksymalnie proste, wręcz idioto-odporne. Tutaj podobno też, ale jakos przez zeszły miesiąc tego nie doświadczyłem. Jak przyjeżdża się tu do pracy to trzeba załatwić masę formalności, ale w zasadzie mało kto wie jakich. Jednyną opcją jest przeszukać sporo stron w sieci, spisać rzeczy które trzeba zrobić i mieć nadzieję że o niczym się nie zapomniało.
Zacząć trzeba od rejestracji w Worker Registration Scheme. Bo mimo, że jesteśmy w Unii, i mimo tego że możemy pojechać do Wielkiej Brytani pracować, to w ciągu miesiąca należy się zarejestrować. Co ciekawe do rejestracji trzeba wysłać oryginał paszportu. Podobno kiedyś go odsyłają, ale póki co o wycieczce do Stanów mogę zapomnieć. Ale spoko - wiedziałem że to muszę zrobić, w wypełnieniu papierów pomogła mi dziewczyna z HRu a cała korespondencja przyjdzie do firmy.
Następnym elementem jest National Insurance Number - coś w stylu naszego NIPu. O tym dowiedziałem się już od znajomych w pracy - i dobrze, bo bez tego z pensji zabierają wiekszy podatek. Załatwienie tego nie jest już takie proste bo potrzeba, uwaga, ADRESU! I tu zazwyczaj jesteśmy w przysłowiowej czarnej dupie. Bo permanetny adres nie jest niestety tak łatwo zdobyć. Firma zaproponowała mi relocation package, ale tymczasowe zakwaterowanie musieliśmy sobie znaleźć samemu - żadnego firmowego mieszkanie nie ma. A jedyną opcją jest właściwie opisany juz bed&breakfast. Niestety jak się nie wie, ile się w nim jeszcze zostanie, to trochę dziwnie go podawać jako adres korespondencyjny. Ale, jako że innej opcji nie było, to zaryzykowałem. Zadzwoniłem do Job Centre (kolejna dziwność - tu się pisze centRE a nie centER; to jeszcze spoko, ale w kodzie wszyscy piszą coloUR a nie coloR! dobrze że mam Visual Assista...) - bo żeby dostać ten głupi numerek to trzeba przejść interview, a można się na niego umówić jedynie telefonicznie - podyktowałem to wszystko i pani umówiła mnie na rozmowę. Dwa dni później dostałem jeszcze pisemne zaproszenie (to akurat było fajne - nie spodziewałem sie że w 2 dni mogę dostać jakiś list z urzędu - u nas zazwyczaj zabiera to co najmniej 2 tygodnie..) z listą rzeczy które powininem ze sobą wziąć. A na liście np. paszport którego nie mam, jakieś zaświadczenie że mieszkam tam gdzie podałem i takie tam bzdety. Aneta na szczęście wydębiła od właścicielki domu papier stwierdzający że póki co tam pomieszkujemy a polski dowód osobisty okazał się znakomitym substytutem paszportu. Co prawda na sam numerek musiałem jeszcze poczekać, ale przynajmniej papierkową robotę miałem z głowy.
Potrzeba oczywście też konta w banku. Z tym też nie ma za łatwo. Po 9/11 wprowadzono dodatkowe obostrzenia (a jakże, każdy powód żeby kontrolować obywateli jest dobry) - żeby założyć konto potrzeba nie tylko adresu, ale uwaga: rachunków za prąd/gaz/wodę z ostatnich trzech miesięcy - które jakoby mają potwierdzać że faktycznie mieszkasz tam gdzie mówisz. Oczywiście, nie dość że nie płacimy tu rachunków to przyjechaliśmy parę tygodni temu, więc trzymiesięczną historię było nam cieżko zdobyć. W trzech bankach się odbiliśmy. Czwarty (LLoyds TSB) okazał się być bardziej przystępny dla obcokrajowców i już po 15 minutach wyszedłem z kontem. Ciekawostka: w UK podstawowe konto w banku jest bezpłatne - nieważne gdzie. Dopiero jak do konta dokładamy dodatkowe ficzery (ubezpieczenia, pomoc drogową, inne bzdety) trzeba za nie zapłacić. ALE można sobie konto upgrade'ować np. tylko na czas wyjazdu - bombeczka. Po dwóch dniach dostałem kartę i uwaga: KSIĄŻECZKĘ CZEKOWĄ! Myślałem że taki wynalazek już od dawna nie funkcjonuje, a tu proszę. I od razu się przydała: pan z agencji nieruchomości chciał kasę właśnie w tej formie.
Oczywiście cały czas szukaliśmy (dobra, Aneta szukała) mieszkania. To niestety też nie jest proste bo wynajem mieszkań jest tu bardzo zinstytucjonalizowany. Niby wszyscy odradzają agencje - bo drogie, bo oszukują - ale wynajem mieszkania od prywatnej osoby jest właściwie niewykonalny. A agencje nie wynajmą mieszkania byle komu - bo przecież byle kto nie zapłaci czynszu, zniszczy podłogę i nasiusia w kącie. Ale jak tu dopiero się przyjechało to niestety jest się właśnie takim byle kim. Żeby nim ni być musisz przedstawić zaświadczenie z banku że masz pieniądze na czynsz, zaświadczenie od pracodawcy, referencje od poprzedniego człowieka który wynajmował Ci mieszkanie. I wtedy, może łaskawie, Ci je wynajmą. Jak własnie przyjechało się z własnego mieszkania w innym kraju to jest trochę kłopot. W końcu znaleźliśmy mieszkanie w ofercie jednej z lokalnych agencji. Oni mają trochę mniej restrykcyjne zasady, ale i tak było trzeba przedstawić referencje od ostatniego landlorda w Polsce. Jak się to udało to może nie będę pisał ale dzięki ;-). W chwili obecnej cała procedura się toczy, ale mam nadzieję że bez przeszkód dotoczy się do końca i 1 października będziemy mogli się przenieść.
Jak już jesteśmy przy mieszkaniach to warto wspomnieć o dwóch dziwnościach.
Pierwszą z nich są oczywiście umywalki z dwoma kranami - ciepła woda leci z jednego, zimna z drugiego. Jak z tego korzystać - nie wiem. Są różne szkoły - najpierw się parzysz potem schładzasz, albo na odwrót, albo nalewasz cały zlew i myjesz ręce w takiej wodzie w jakich proporcjach ją sobie zmieszasz. Szukałem trochę dlaczego tak jest. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi że chodzi o to żeby nie dopuścić do wymieszania wody ciepłej i zimnej. W Wielkiej Brytanii nie ma elektrociepłowni, bo każdy grzeje sobie wodę we własnym bojlerze, w domu. A taki bojler to podobna wylęgarnia baketrii i wszelkiego paskudztwa. A ponieważ ciśnienie ciepłej wody z bojlerka jest dużo mniejsze niż zimnej wody z wodociągu może nastąpić wymieszanie i skażenie tej z wodociągu. Tego kawałka tłumaczenia niestety zupełnie nie rozumiem. Bo skoro woda zimna ma wyższe ciśnienie to chyba raczej powinna być wciskana do tego bojlera z bakteriami, a nie na odwrót. Poza tym, chyba istnieją na świecie jednokierunkowe zawory zapobiegające cofaniu się wody? No ale pewnie czegoś tam nie rozumiem. Na szczęscie powoli się już od tego odchodzi. Niektórzy podobno monutują nawet na kranach takie Y-rurki które mieszją wodę ciepłą i zimną.
Drugą domową ciekawostką jest to, że wartość mieszkania jest proporcjonalna do ilości sypialni, nie zaś do jego powierzchni. Mieszkanie może być duże i ładne ale jak ma tylko jedną sypialnie to nie będzie warte wiele więcej od zapuszczonego i brudnego w którym są dwie. Widać taka lokalna tradycja. A w ogóle nieruchomości są tu drogie jak 150. Wynajem głupiego dwupokojowego mieszkania w Guildford kosztuje 800-900 funtów. Jasne, można znaleźć coś taniej, kilka takich mieszkań nawet widzieliśmy. I zazwyczaj wychodziliśmy moment po tym jak do nich weszliśmy - bo były brudne, śmierdzące i zapuszczone. Tragedia. A do tego należy sobie jeszcze doliczyć tzw council tax - taki lokalny podatek - jedyne 120 funtów miesięcznie. No ale dzięki temu Surrey jest najbogatszym hrabstwem w Anglii. Nie wiem tylko co z tego wynika, ale zawsze... Sytuacja jest jeszcze gorsza jak chce się mieszkanie/dom kupić. W Polsce jak ktoś zarabia w miarę znośnie to może sobie pozwolić na 20-30-letni kredyt i jakieś tam mieszkanie. Tutaj zarabiając 2-krotną średnią można dostać kredytu tyle że wystarczy go co najwyżej na pół małego mieszkania. Nie wiem kto jest w stanie kupować domy. A agencje mają pełno ogłoszeń. Najlepszym hitem był dworek za, bagata, 70 milionów funtów. Nawet mi się podobał.