No i po GDC! Właśnie wróciłem z ostatniego wykładu. Dzisiaj rano był nasz talk, ale najpierw o tym co było wczoraj.
A wczoraj było nawet całkiem fajnie. Rano poszedłem na wyklad o occlusion cullingu w Killzonie 3. Koleś opowiadał bardzo rzeczowo, podał dużo szczegółów technicznych - fajny wykład. W Guerilla podeszli do tematu dość podobnie jak ludzie z DICE. Oba silniki renderują software'owo bufor głebokości (przed chwilą wpisałem "depth buffer", ale musze się pilnować - dzisiaj podszedł do mnie Polak z Intela a ja zacząłem do niego nawijać po angielsku...) a potem wykorzystują do go testów zasłaniania. DICE robi to w dużo mniejszej rozdzielczości (256x144), Guerilla robi to w fullresie. Trochę inaczej rozdzielają też obciążenie między poszczególne SPU (na PS3) - DICE rozdziela poszczególne trójkąty które są renderowane do różnych buforów, które następnie są mergowane w jeden, a Guerilla dzieli bufor na poziome paski z których każdy renderowany jest na innym jobie.
Potem miałem sie wybrać na wykład kolesia z Sony Santa Monica o kamerze w God of War 1-3 (bo przecież jak wszyscy pamietamy systemy sterowania kamerą to mój ulubiony temat). Byłem na jego wystąpieniu 3 lata temu i chciałem usłyszeć co ma do powiedzenia teraz. Koleś jednak, dość szczerze, zaczął od stwierdzenia że wiekszość wykładu będzie powtórzeniem tego co mówił kilka lat temu, więc się ulotniłem i poszwędałem po cześci wystawowej (po raz kolejny doszedłem do wniosku że 3DS jest fajny). Wstąpiłem też zerknąć na plakat "Saying goodbye to shadow acne" - jeśli ktoś jest zainteresowany to na sieci są już wszystkie szczegóły (konkretnie tutaj: http://www.dissidentlogic.com/)
Po lunchu był bardzo fajny talk (kurde, znowu sie nie pilnuje) o oświetleniu w Battlefieldzie. Mimo, że było to spojrzenie z czysto artystycznej strony, warto było posłuchać. Koleś pokazał dużo przykładów (kurde, ta giera jednak miażdży). Szczególnie duże wrażenie zrobiło na mnie to co ich artyści wyciągneli z mapowania kolorów w postprocessie (taki stary trick - bierze się screenshot do Photoshopa, podrasowuje poziomy, jasności itp, potem wciaga to go gry jako teksturkę 3d która na samym końcu łańcucha postprocessów robi przekształcenie RGB->RGB) Bardzo fajnie potrafią w ten sposób oddać pustynny charakter Afganistanu, czy gdzie ta gra się tam dzieje (bez tej korekcji kolorów wygląda to zupełnie normalnie). To był zdecydowanie najlepszy wykład na którym byłem do tamtego tego momentu.
Potem była trochę grucha. Zdecydowałem się pójść na wykład o systemie animacji prowadzony przez kolesia z Naughty Doga. Nie żebym go znał, albo chociaż zamienił z nim kiedykolwiek 2 słowa, ale w końcu pracujemy w tej samej firmie więc chciałem zobaczyć co ma do powiedzenia. I niestety nie miał za dużo. Skończył po 30 minutch (miał mówić godzine) i do tego nie powiedział nic interesującego - tylko że mają drzewka aniamacji definiowane w Lispie i tablice mapujące nazwy animacji, tak że mogą uzyskiwać inne zachowania dla różnych postaci stosując te same drzewka (no c'mon, przecież chyba każdy tak robi?).
Jako, że było wcześnie, zdążyłem sie załapać na końcówkę wystąpienia Petera Moulynoxa o Populusie. Peter jak zwykle czarował, ale publika była jak zwykle zachwycona. On jest jednak niezłym magikiem...
Potem skleiliśmy z Benem nasze prezentacje w jedną całość, poszliśmy coś zjeść i rozeszliśmy się. Ja wróciłem i przez kolejne 4 godziny klepałem swoją część prezentacji. Kiedy pod koniec zaczęło mnie boleć gardło, stwierdziłem że chyba lepiej już nie bedzie i poszedłem spać.
O dziwo spałen nawet całkiem nieźle. Wstałem o 8, zrobiłem jeszcze jeden przebieg testowy i poszedłem na miejsce. Rano były nawet całkiem fajne wykłady, ale jakoś nie dałem rady na żaden sie wybrać. Usiadłem sobie w "Speakers Lounge" i skupiłem sie na miarowym oddychaniu.
Nasz talk zaczynał się o 11:00, a poprzedni kończył o 10:30 - także mieliśmy 30 minut na podłączenie się. Poszło sprawnie i od 10:45 siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając aż w końcu będziemy mogli zacząć. Ludzi powoli przybywało. Przyszedł Peter-Pike Sloan, przyszedł Naty Hoffman, byli ludzie z DICE'a (Johan Andresson i Christina Coffin), gdzieś mi przez moment mrugnął Martin Mitting (ex-lead technologii w Cryteku, teraz w Epicu), byli Robert i Kuba Cupisz z Unity. W końcu sala zapełniła się całkowicie! Ludzie stali nawet pod ścianą! Maciek, jeszcze raz dzieki za reklame na Twitterze: dobra robota ;-)
Nasz talk był podzielony na dwie części. Najpierw mówił Ben - o pipelinie'a i szczegółach działania częsci runtimowej, potem wchodziłem ja i mówiłem swoją część o naszym systemie do global illumination. Ben miał wiecej materiału, ale plan był taki że miał skończyć w 35-37 minut. Mojej cześci było około 19, wiec mieliśmy mieć jeszcze koło 5 minut na pytania. Oczywiście Ben popłynął i zaczął się rozwodzić nad jakimiś pierdołami, i skonczył dopiero po 40 minutach. Moja cześć poszła w miare płynnie, ale na pytania zostało może 2-3 minuty. Ale i tak było spoko. Z paroma ludźmi pogadałem chwilę po talku. Poznałem Nate'go Hoffmana, podszedł do mnie Stephen Hill z Ubisoftu w Montrealu, z którym kiedyś wymieniłem pare maili - fajna sprawa spotkać potem takiego człowieka na żywo.
Skoczyliśmy z Benem na szybkie piwo, po czym on poszedł sie spotkać z siostrą, a ja powędrowałem na następne wykłady. I te ostatnie 3 na których byłem, byly zdecydowanie najlepszymi wykładami, których wysłuchałem na tegorocznym GDC.
Pierwszy był o renderingu skóry w jakiejś grze bokerskiej. Prowadziła go dziewczyna, która była tam jakimś zastępstwem i cały wykład przeczytała z kartki - do tego niemiłosiernie szybko. Ale treść była fajna i dobrze będzie się na spokojnie temu przyjrzeć za kilka dni.
Dalej był taki krótki wykład o antyaliasingu z Force Unleashed 2 - i to już była zupełna bombeczka. Koleś (AND) opowiadał jak to sobie prototypował antyaliasing w Photoshopie - kombinując z różnymi filtrami, ekstrakcją pewnych częsci obrazu itp - i jak już był zadowolony z rezultatu to napisał sobie to jako post-process i od razu wyglądało fajnie. Bardzo fajna metoda - zawsze byłem fanem prototypowania pewnych rzeczy w ten sposób.
Na samym końcu występował kolejny koleś z DICEa, który opowiedział o mega prostej i dającej mega wyglądające rezultaty metodzie fakowania SSS. Sprowadza się w zasadzie do stworzenia teksturki opisującej grubość obiektu i sprytnego połączenia tego z oświetleniem. Całość to 5 linijek HLSLa a wynik totalnie zwala z nóg (na stronie DICEa pewnie będą slady - warto)
I tak GDC 2011 sie skończyło! Do piątku miałem dość mieszane uczucia - bo było troche mało inspirujące, ale prezentacje z ostatniego dnia mocno podciągnęły średnią.
Wieczorem wbiliśmy się na kolację organizowaną przez twitterowe towarzystwo programistów enginowych. Jest taka grupka ludzi na Twitterze która dużo tweetuje we własnym towarzystwie i organizowali sobie dzisiaj kolacje celem spotkania się w realu (repi, ChristinaCoffin, daniel_collin, self_shadow, aras_p itp.). Czasem bąknie tam też coś mój znajomy z LH, który też był na GDC, i doszedł on do wniosku, że wszyscy (tzn ja i jeszcze jeden znajomy z LH) powinniśmy na tą kolacje sie wybrać. Z braku lepszych rzeczy do roboty zgodziłem się (zwłaszcza że czytam co ci ludzie piszą, bo czasem wysyłają ciekawe linki). Kolacja okazała się być strasznie fajna. Poznałem kilku bardzo fajnych ludzi z Ubisoftu (wszystkim podobała sie przezentacja :) Była to co prawada impreza głównie siedząca, wiec miałem okazję pogadać jedynie z najbliższymi sąsiadami - Mickael'em Gilabertem (technical lead z Ubisoftu - przy okazji: gadam sobie z nim o życiu w Kanadzie, wspominam że mam kumpla w Londynie, w Digital Extremes a on na to "ah! of course! msinilo from twitter!" :) Tobias'em Berghoff'em z Sony i Christiną Coffin z DICEa. Było całkiem sympatycznie - fajne zakończenie GDC. Mam kilka fotek, które gdzieś pewnie wrzucę.
A właśnie! Być może wrzuce je na własną strone! Bo stwierdziłem, że skoro zrobiliśmy talka to publika powinna mieć skąd go ściągnąć. I od wczoraj jestem właścicielem domeny "miciwan.com"! Póki co jeszcze nic tam nie ma, ale obiecuje jak najszybciej wrzucić chociaż slajdy.
A teraz ide spać, bo jest 1:33 w nocy.
sobota, 5 marca 2011
czwartek, 3 marca 2011
GDC - dni 2-3
Zgodnie z obietnicą miałem zacząć od strasburgerowego żarciku, ale zbliża się północ i jakoś nie mam weny (a sieć mi słabo działa i nic nie mogę wygooglować...) - postaram się coś wymyślić następnym razem.
Wczoraj nic nie napisałem, ale dlatego, że nic ciekawego sie nie działo. W sesjach była totalna posucha - wtorek to jeszcze dzień tutoriali, ale były same jakieś kiepskie. To znaczy kiepsko to one wyglały na papierze, bo tak na przykład Google na swoich warsztatach z Androida rozdawał laptopy. Ja oczywiście dowiedziałem się o tym po fakcie.
O 14 usiedliśmy z Benem zrobić jeszcze troche poprawek w prezentacji. Po raz kolejny okazało się, że jestem absolutnym mistrzem użycia przedimków angielskich ("a" i "the") bo w mojej 20-minutowej wypowiedzi musieliśmy ich dopisać chyba milion. Wygląda na to, że umiejętność sprawnego się nimi posługiwania chyba nigdy nie będzie mi dana. A w piątek pewnie i tak połowę z nich ominę.
O 15 zrobiliśmy sobie testową przezentacje - w sali, z projektorem i mikrofonami. Oczywiście było średnio - ja nawijałem jak głupi, bo w notatkach zapisałem sobie za dużo tekstu. Przez ostatnie pare godzin wycinałem kolejne zdania próbując zachować jakiś sens - teraz chyba jest już nieźle.
Dzisiaj zaczęło się od keynotu - mówili dwaj kolesie z Nintendo. Japoniec - Satoru Iwata - był jeszcze spoko - najpierw pogadał o tym jak to kiedyś robił gry i nie rozumiał że "content is king", potem ponarzekał trochę, że platformy społecznościowe nie dbają o jakość gier jakie są na nie wydawane, że zależy im tylko na ich dużej ilości - było to wszystko do rzeczy. Niestety jego amerykański odpowiednik ktory wkroczył w pewnym momencie na scene, po prostu przez 20 minut reklamował nowego 3DSa.
Samą konsolkę miałem okazję zobaczyć na Expo. Jest fajniutka - ma bardzo fajny ekran - coś jak ten z iPhone'a 4 - wysoka rozdziałka i duży kontrast. Nie miałem okazji w nic pograć, bo przy stoisku Nintendo był jakiś dziki tłum, ale to w końcu Nintendo, wiec giery pewno będą fajne (zapowiedzieli m.in. Mario na 3DSa!).
Sama cześć wystawowa GDC mocno się rozrosła. Fajne stoiska ma Crytek (pokazują Crysisa 2 w 3D który bardzo robi), Intel, Sony (MaciekS: chciałem ich podpytac o te stalle DMA w Tunerze, ale koleś po 10 minutach prób odpalenie jakiegokolwiek sampla zrezygnował i poprosił żebym do niego napisał maila) nVidia - gdzie można było pograć w Bulletstorama w 3d (dobre, gratz ziomy). U nVidii spotkałem też Dana Wexlera który prowadził mój segment na Siggraphie w 2009 i który oczywiście totalnie mnie nie pamietał.
Byłem dzisiaj na dwóch sesjach ludzi z DICE'a - nowy Battlefield wygląda nieziemsko, więc chciałem poznać trochę szczegółów technicznych. Rano było o oświetleniu na SPU. Było niby ok, ale wyszedłem z jakimś niedosytem - bo było to czego można było sie spodziewać - dzielą sobie framebuffer na małe kawałki, wrzucają na SPU i liczą. Drugi talk był o cullingu - i tu było podobnie, bo cały myk polega na przerzucaniu wszystkich obiektów w świecie przez test bryły widzenia, który z powodu rozgrzania cachu jest diablo szybki. I to wszystko jest bomba - to działa i daje fajne rezultaty, ale jakoś po tych talkach oczekiwałem wiekszego "wow".
Bardzo fajny był natomiast wyklad o debugowaniu releasowych buildów, zwłaszcza kiedy się wywalają. Koleś był bardzo zabawawny, było dużo historyjek (dowiedzialem się np, że podczas misji łazików na marsie lag jest ok. 20 minutowy!), były przykłady ze wszystkich platform.
Ostatnią rzeczą która dzisiaj widziałem była prezentacja o designowaniu zagadek w Limbo. Koleś mówił o tym jak starali sie projektować puzzle tak, żeby typowe zachowanie gracza w pierwszym momencie było totalnym przeciwieństwem tego co trzeba było zrobić. Pokazał edytor i zrobił mały puzzle na miejscu. Edytor w ogóle niezły, bo bloczki do wizualnego skryptowania ustawia sie jako cześć planszy, wiec nie dość że jest w nich totalny mess, to jeszcze jest to pomieszane z graficznymi elementami levelu :)
Przez cały czas spotkałem paru znajomych ludzi - przywitałem się z Peterem-Pikiem Sloanem (z którym robiłem talka na Siggraph), spotkałem babkę z HRu Naughty Doga i wypatrzyłem parę "osobistości" - Wolfganga Engela, Naty'ego Hoffman'a. Ale ogólnie GDC strasznie sie rozrosło. Jak byłem tam pierwszy raz, to wszystko obywało się w jedym z trzech budynków składających sie na to centrum konferencyjne. Teraz, konferencja zajmuje je wszystkie i do tego jest całkiem ciasnawo. Ale najciekawsze jest to, że jak patrze na plakietki tych ludzi którzy się wokół kręcą, to jakaś połowa nie jest nawet developerami...
Jutro kolejne sesje. Wieczorem w czwartek są standardowo imprezki (MichałM: dzięki za zaproszenie na tą Ubisoftu!) ale pewnie pójde jedynie na momencik - w końcu w piątek rano musze być w pełni dyspozycyjny!
Wczoraj nic nie napisałem, ale dlatego, że nic ciekawego sie nie działo. W sesjach była totalna posucha - wtorek to jeszcze dzień tutoriali, ale były same jakieś kiepskie. To znaczy kiepsko to one wyglały na papierze, bo tak na przykład Google na swoich warsztatach z Androida rozdawał laptopy. Ja oczywiście dowiedziałem się o tym po fakcie.
O 14 usiedliśmy z Benem zrobić jeszcze troche poprawek w prezentacji. Po raz kolejny okazało się, że jestem absolutnym mistrzem użycia przedimków angielskich ("a" i "the") bo w mojej 20-minutowej wypowiedzi musieliśmy ich dopisać chyba milion. Wygląda na to, że umiejętność sprawnego się nimi posługiwania chyba nigdy nie będzie mi dana. A w piątek pewnie i tak połowę z nich ominę.
O 15 zrobiliśmy sobie testową przezentacje - w sali, z projektorem i mikrofonami. Oczywiście było średnio - ja nawijałem jak głupi, bo w notatkach zapisałem sobie za dużo tekstu. Przez ostatnie pare godzin wycinałem kolejne zdania próbując zachować jakiś sens - teraz chyba jest już nieźle.
Dzisiaj zaczęło się od keynotu - mówili dwaj kolesie z Nintendo. Japoniec - Satoru Iwata - był jeszcze spoko - najpierw pogadał o tym jak to kiedyś robił gry i nie rozumiał że "content is king", potem ponarzekał trochę, że platformy społecznościowe nie dbają o jakość gier jakie są na nie wydawane, że zależy im tylko na ich dużej ilości - było to wszystko do rzeczy. Niestety jego amerykański odpowiednik ktory wkroczył w pewnym momencie na scene, po prostu przez 20 minut reklamował nowego 3DSa.
Samą konsolkę miałem okazję zobaczyć na Expo. Jest fajniutka - ma bardzo fajny ekran - coś jak ten z iPhone'a 4 - wysoka rozdziałka i duży kontrast. Nie miałem okazji w nic pograć, bo przy stoisku Nintendo był jakiś dziki tłum, ale to w końcu Nintendo, wiec giery pewno będą fajne (zapowiedzieli m.in. Mario na 3DSa!).
Sama cześć wystawowa GDC mocno się rozrosła. Fajne stoiska ma Crytek (pokazują Crysisa 2 w 3D który bardzo robi), Intel, Sony (MaciekS: chciałem ich podpytac o te stalle DMA w Tunerze, ale koleś po 10 minutach prób odpalenie jakiegokolwiek sampla zrezygnował i poprosił żebym do niego napisał maila) nVidia - gdzie można było pograć w Bulletstorama w 3d (dobre, gratz ziomy). U nVidii spotkałem też Dana Wexlera który prowadził mój segment na Siggraphie w 2009 i który oczywiście totalnie mnie nie pamietał.
Byłem dzisiaj na dwóch sesjach ludzi z DICE'a - nowy Battlefield wygląda nieziemsko, więc chciałem poznać trochę szczegółów technicznych. Rano było o oświetleniu na SPU. Było niby ok, ale wyszedłem z jakimś niedosytem - bo było to czego można było sie spodziewać - dzielą sobie framebuffer na małe kawałki, wrzucają na SPU i liczą. Drugi talk był o cullingu - i tu było podobnie, bo cały myk polega na przerzucaniu wszystkich obiektów w świecie przez test bryły widzenia, który z powodu rozgrzania cachu jest diablo szybki. I to wszystko jest bomba - to działa i daje fajne rezultaty, ale jakoś po tych talkach oczekiwałem wiekszego "wow".
Bardzo fajny był natomiast wyklad o debugowaniu releasowych buildów, zwłaszcza kiedy się wywalają. Koleś był bardzo zabawawny, było dużo historyjek (dowiedzialem się np, że podczas misji łazików na marsie lag jest ok. 20 minutowy!), były przykłady ze wszystkich platform.
Ostatnią rzeczą która dzisiaj widziałem była prezentacja o designowaniu zagadek w Limbo. Koleś mówił o tym jak starali sie projektować puzzle tak, żeby typowe zachowanie gracza w pierwszym momencie było totalnym przeciwieństwem tego co trzeba było zrobić. Pokazał edytor i zrobił mały puzzle na miejscu. Edytor w ogóle niezły, bo bloczki do wizualnego skryptowania ustawia sie jako cześć planszy, wiec nie dość że jest w nich totalny mess, to jeszcze jest to pomieszane z graficznymi elementami levelu :)
Przez cały czas spotkałem paru znajomych ludzi - przywitałem się z Peterem-Pikiem Sloanem (z którym robiłem talka na Siggraph), spotkałem babkę z HRu Naughty Doga i wypatrzyłem parę "osobistości" - Wolfganga Engela, Naty'ego Hoffman'a. Ale ogólnie GDC strasznie sie rozrosło. Jak byłem tam pierwszy raz, to wszystko obywało się w jedym z trzech budynków składających sie na to centrum konferencyjne. Teraz, konferencja zajmuje je wszystkie i do tego jest całkiem ciasnawo. Ale najciekawsze jest to, że jak patrze na plakietki tych ludzi którzy się wokół kręcą, to jakaś połowa nie jest nawet developerami...
Jutro kolejne sesje. Wieczorem w czwartek są standardowo imprezki (MichałM: dzięki za zaproszenie na tą Ubisoftu!) ale pewnie pójde jedynie na momencik - w końcu w piątek rano musze być w pełni dyspozycyjny!
wtorek, 1 marca 2011
GDC - dzień 1
Zgodnie z obietnicą zaczynam sprawozdanie z GDC.
Do San Francisco przyleciałem w niedzielę. Lot z Los Angeles trwał raptem godzine - fajna sprawa - ledwo wystartowaliśmy i już trzeba sie było przygotowywać do lądowania.
San Francisco wydaje się jakieś smutne. Virgin Store na rogu 4th i Market zamknięte (choć to chyba ogólnoświatowy trend), sklepy Sony naprzeciwko Moscone też. Zlikwidowali sklep Disneya przy Union Square, a stojącego obok Bordersa właśnie likwidują. Tylko GDC w tym samym centrum co zawsze, tylko zamiast w jednym budynku jak w 2005, teraz odbywa się już we wszystkich trzech.
Poniedziałek i wtorek to zawsze dzień tutoriali. Nigdy wcześniej na nich nie byłem, ale chyba niewiele straciłem. Poszedłem na te poświecone DX11 i okazły się być jakąś totalną porażką. Wiekszość prowadzących nie powiedziała absolutnie niczego ciekawego. Chwalebnym wyjątkiem był Johan Andrersson z DICE'a (opowiadał o użyciu DX11 w silniku Battlefielda 3) ale akurat on zazwyczaj mówi z sensem.
Potem było już tak tragicznie, że koło 17 po prostu się ulotniłem. Jest tu akurat kilkoro ludzi z którymi pracowałem w LH wiec troche się poszwędaliśmy po okolicy i wypiliśmy pare piw.
Dzisiaj chyba będzie jeszcze gorzej, bo jedyne dostępne opcje to tutorial Kinecta (chyba sobie jednak daruje...) albo Unity - tam może na chwile się przejdę, bo pracuje tam jeden Polak, zobaczę kto to taki.
A o 15 robimy sobie testową prezentacje. Cały czas mówię o jakieś 3-4 minuty za długo. Albo będę musiał coś przyciąć, albo mówić znacząco szybciej. Trochę zaczynam sobie pluć w brodę, że nie zdecydowaliśmy się zrobić z tego materiału dwóch osobnych sesji. Ben też trochę narzeka, że miejscami chciałby powiedzieć więcej - ale cóż, może następnym razem.
Wczoraj trochę się przeraziłem na tych tutorialach, bo wiekszość mówiących chodziła i mówiła jednocześnie! Ja taki gonzo chyba jednak nie będę i będę się trzymał pulpitu...
Do San Francisco przyleciałem w niedzielę. Lot z Los Angeles trwał raptem godzine - fajna sprawa - ledwo wystartowaliśmy i już trzeba sie było przygotowywać do lądowania.
San Francisco wydaje się jakieś smutne. Virgin Store na rogu 4th i Market zamknięte (choć to chyba ogólnoświatowy trend), sklepy Sony naprzeciwko Moscone też. Zlikwidowali sklep Disneya przy Union Square, a stojącego obok Bordersa właśnie likwidują. Tylko GDC w tym samym centrum co zawsze, tylko zamiast w jednym budynku jak w 2005, teraz odbywa się już we wszystkich trzech.
Poniedziałek i wtorek to zawsze dzień tutoriali. Nigdy wcześniej na nich nie byłem, ale chyba niewiele straciłem. Poszedłem na te poświecone DX11 i okazły się być jakąś totalną porażką. Wiekszość prowadzących nie powiedziała absolutnie niczego ciekawego. Chwalebnym wyjątkiem był Johan Andrersson z DICE'a (opowiadał o użyciu DX11 w silniku Battlefielda 3) ale akurat on zazwyczaj mówi z sensem.
Potem było już tak tragicznie, że koło 17 po prostu się ulotniłem. Jest tu akurat kilkoro ludzi z którymi pracowałem w LH wiec troche się poszwędaliśmy po okolicy i wypiliśmy pare piw.
Dzisiaj chyba będzie jeszcze gorzej, bo jedyne dostępne opcje to tutorial Kinecta (chyba sobie jednak daruje...) albo Unity - tam może na chwile się przejdę, bo pracuje tam jeden Polak, zobaczę kto to taki.
A o 15 robimy sobie testową prezentacje. Cały czas mówię o jakieś 3-4 minuty za długo. Albo będę musiał coś przyciąć, albo mówić znacząco szybciej. Trochę zaczynam sobie pluć w brodę, że nie zdecydowaliśmy się zrobić z tego materiału dwóch osobnych sesji. Ben też trochę narzeka, że miejscami chciałby powiedzieć więcej - ale cóż, może następnym razem.
Wczoraj trochę się przeraziłem na tych tutorialach, bo wiekszość mówiących chodziła i mówiła jednocześnie! Ja taki gonzo chyba jednak nie będę i będę się trzymał pulpitu...
niedziela, 27 lutego 2011
Steki i Czeki
Dzisiaj nie ma wstępu. Był, ale był głupi więc go skasowałem. Od razu lecę z koksem.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.
Piątek był fajny, bo dostałem pierwszą pensję. ND wypłaca kasę co dwa tygodnie - to jest fajne. Mniej fajne jest, że pierwsza pensja jest przekazywana jako, uwaga, uwaga: CZEK. To nie jest błąd, nie chciałem napisać przelew. W piątek podeszła do mnie miła panie która zajmuje się tu takimi rzeczami i wręczyła mi kopertę z wypłatą. Było jej jakoś troche mniej niż sie spodziewałem, ale nic to (m.in. dlatego że nie zgłosiłem jeszcze, że mam żone - tu za żone jest 300 więcej - opłaca sie mieć). Czek okazał się być super przemyślanym cudem techniki. Z przodu mikrodruk przy krawędzi i tło wypełnione jakimś pojechanym wzorkiem. Z tyłu też wzorek, znaki wodne które widać pod światło, znaki wodne które widać pod kątem, specjalne nadruki które potarte palcem zmieniają kolor - słowem cuda na kiju. W ogóle, czeki są tu bardzo popularne - do tego stopnia, że widziałem jak ludzie za zakupy w spożywczym płacili z książeczki. Za to z nieznanych mi przyczyn nie istnieje tu taki normalny przelew z konta na konto. No dobra, jest wire transfer, ale to jakaś przeskomplikowana operacja której koszta zaczynają się od $15 (nie wspominając już o tym że za przelew przychodzący, miedzynarodowy jest opłata od $30)
W sobotę pobiegłem z tym swoim wyjechanym czekiem do banku, żeby mi to wrzucili na konto. Oczywiście żaden problem - pieniądze będą dostępne prawie zaraz - już w poniedziałek wieczorem. Na pocieszenie pan w okienku powiedział mi że $100 dostanę na konto od razu. Bombeczka. Na szczeście dalsze wypłaty będę dostawał już Direct Depositem. To taka specjalna forma przelewu, ale tylko dla pracodawców. System bankowy w Polsce jest jednak supernowoczesny, Amerykańce mogą sie od nas uczyć (Angole zresztą też, tam jest podobnie).
W sobotę odbrałem też klucze od mieszkania które wynajmuje od marca i zaliczyłem siłownie. W budynku, w którym mieści się Naughty Dog, jest na dole wyjechany klub-fitness-siłownia Spectrum. Z zewnątrz wygląda dość pretensjonalnie, ale moja firmia wynegocjowała tam specjalną zniżkę dla pracowników więc postanowiłem spróbować. Jako, że ta specjalna oferta to, he he, $70 miesięcznie zamiast normalnych $80 (w tym momencie chciałem przekazać najserdeczniejsze pozdrowienia dla Sokoła) zdecydowałem się zacząć od kilku dni próbnych (free). No i jest bez rewelacji. Klientela to głównie damy i dżentelmeni koło 50, ale dzielnie okupują również sztangi, hantle i ławeczki. W sobotę jakiś przesadnych tłoków nie było, ale jeśli w tygodniu jest tam więcej ludzi to może być niefajnie. Niedaleko jest jest Iron Gym - nazwa brzmi zachęcająco więc pewnie po powrocie z GDC tam uderzę.
No i dzisiaj, po tych ćwiczeniach wróciłem sobie do mojego lokum. Otwieram laptopa ale coś tam mi przy ekranie zaczyna podejrzanie trzeszczeć. Przyjrzałem się bliżej i ku swojemu zdumieniu odkryłem, że właśnie złamał mi się jeden z dwóch zawiasów przytrzymujących ekran. Bywa. Wkurzyłem sie trochę, bo wolałbym mieć jednak spranego kompa na prezentacje, ale zdarzają sie gorsze rzeczy. Poszperałem w internecie i znalałem na ebayu zawiasy zapasowe. Kliknąłem "kup teraz" i loguje się do mBanku. Na ebayu większość sprzedawców chce płatności PayPalem. A ja w PayPalu mam podpiętą wirtualną kartę z mBanku - jest na niej tyle kasy ile sobie na nią przeleje, więc nie mam stresu używając jej w sieci. Jako że operacje autoryzuje sobie hasłami SMS, wyłączyłem telefon, wsadziłem polskiego SIMa i włączyłem do z powrotem. I nic. Nie ma zasięgu. Troche mnie to zdzwiło, bo jednak telefon amerykański działał dobrze, a przecież polski w roamingu może sobie wybrać dowolną sieć. Niezrażony, spróbowałem ustawić sieć na siłe ale też bez rezultatu. W tym momecie byłem już porządnie głodny więc machnąłem ręką i wyszedłem z domu.
Tu będzie mała przerwa na opis mojego dzisiejszego obiadu. Bo stwierdziłem, że pierwszą pensję trzeba uczcić stekiem (no dobra, to że idę uczcić pensję wymyśliłem po drodze do steak-house'u - ale zawsze dobrze mieć jakieś wytłumaczenie dla własnego sumienia jak idzie się przepuścić taką kasę na stek). Wybór padł na leżący nieopodal BOA Steak House. Zamówiłem Rib Eye'a (bo jak mówi moja książka o stekach to "King of Steaks") i jakieś dodatki. To co dostałem na talerzu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy, przenigdy nie jadłem tak doskonałego steka. To jest nie do opisania. Był niesamowicie soczysty i absolutnie mega miękki. Tak miękki jak tatar, ale jednocześnie trzymający kształt normalnego kawałka mięsa. Nawet takie przyrosty tłuszczu, które zazwyczaj wywalam jako niejadalne po prostu rozpływały się w ustach. Nie wiem jak oni go robili - może to sous vide, bo w przekroju właściwie nie było żadnego gradientu - jedynie mocne przysmażenie przy krawędzi - ale ludzi było mnóstwo i kelnerka była tak zalatana, że nie udało mi sie dopytać. Efekt był jadnak nieziemski.
Jednakże (ciekawe - chciałem napisać "tym niemniej", ale że nie byłem pewny pisowni to wrzuciłem w googla - i dowiedziałem się że ten zwrot jest kwalifikowany jako rusycyzm i traktowany jako błąd językowy) zaraz po wyjściu z knajpy znów zacząłem kombinować co jest nie tak z moim polskim telefonem. Jako, że nic nie mogłem wymyślić po powrocie do domu zalogowałem sie na swoje konto na stronie Orange. I po odrobinie grzebania w końcu wymyśliłem! Przed wyjazdem z Polski rozwiązałem umowe na firmę i zamieniłem swój numer na ofertę na kartę. Taka operacja nie jest jednak natychmiastowa i przeprowadza się ją dopiero pod koniec następnego okresu rozliczeniowego - w moim przypadku chyba wczoraj (i dobrze, inaczej pewnie miałbym problemy w zeszłym tygodniu jak 5 razy w ciągu godziny gadałem z mBankiem) I wszystko było by smerfnie, gdyby nie to że inteligenci z Orange wyłączyli mi przy okazji roaming. Mam więc swój telefon na kartę, tyle że za cholerę nie mogę z niego skorzystać. Można pomyśleć, że przecież to żaden problem - wystarczy zadzwonić do BOKu - eeeeee, źle - bo przecież telefon mi nie działa. To może można włączyć ten roaming z internetu - no nawet można, ale trzeba potwierdzić to hasłem SMSowym które jest przesyłane na nasz numer. W końcu znalazłem jakiś numer do obsługi klienta który da się wykręcić z dowolnego telefonu i na szczęście okazało się, że mam jeszcze jakieś pieniądze na koncie Skype'a (bo doładowanie oczywiście muszę potwierdzić hasłem SMS). Tu zwracam trochę kudos Orangowi, bo jednak o 4:40 ktoś tam siedzi i obiera telefony! Oczywiście akurat trwają pracę konserwacyjne i nic się nie da zrobić, ale za godzinkę się skończą i wtedy ktoś mi go włączy. I bedę mógł odebrać SMSa do przelewu kasy na kartę, żebym mógł zapłacić za głupi zawias do laptopa. Mam niejasne przeczucie, że historia z jego wymianą będzie na tyle zabawna, że zasłuży na osobny wpis.
Ale tymczasem, już od poniedziałku można się spodziewać codziennych raportów z GDC! Wydawało mi się, że w tym roku jakoś nie ma za dużo fajnych rzeczy, ale jak sie okazuje mam terminarz wypełniony od rana do wieczora. Ciekawe czy Ben wkręci mnie na impreze M$. Lecę jutro rano. A teraz kończę bo musze jeszcze podszlifować prezentacje.
piątek, 25 lutego 2011
Fuck yeah!
niedziela, 20 lutego 2011
O Kalifornii, jedzeniu i wynajmowaniu mieszkania
No to lecimy dalej.
Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)
Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.
Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.
W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.
Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).
Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!
Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.
W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.
Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.
Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).
Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...
Teraz będzie troche o Kalifornii. Tak ogólnie o tym co jest dookoła.
Aktualnie mieszkam sobie nad oceanem. Naughty Dog, w swoim "relocation guide" sugerował że dobrym miejscem na tymczasowe lokum jest taki aparatementowiec zaraz przy firmie, ale jak chciałem tam coś zarazerwować to okazało się, że w interesującym mnie przedziale czasowym nic nie ma. Szukałem wiec na własną rękę i znalazłem to. W zasadzie jest to taki mały hotel, ale w jedym z budynków prowadzą takie apartamenty do wynajmu na miesiac-dwa. Do Santa Monica Pier są dosłownie 2 kroki, z okna widać palmy i ocean. Co? Nie słysze! U Was jest -15? niemożliwe :)
Przez pierwszy tydzień pogoda była nieziemska. Ciepło, ale nie za bardzo, miły wiaterek od wody, słoneczko świeci. Dużo ludzi wyległo na plaże. Aż zacząłem sie zastanawiać czy te 3 swetry które wziałem z Polski do czegokolwiek sie tu przydadzą. Na szczeście w środę zaczęło padać. Myślałem, że jednak tutaj to nie pada nigdy, ale jednak. Nie jest to na szczeście jakaś tragedia. Zazwyczaj chwile pokropi i przestaje. I mimo, że pada, temperatura nie spada w zasadzie poniżej 15 stopni.
I dzięki temu tutejsze owoce są jakąś cholerną poezją. O awokado nie chce nawet pisać, bo zasługuje na cały osobny post. Cytrusy są po prostu nieziemskie. Bardzo intensywne w smaku, miękkie, soczyste. Glupie pomarańcze, z kupki w supermarkecie po dolara za funt (kurde, UK sie powoli przestawiał na system metryczny - tutaj niestety nie mają takiego zamiaru - to jakieś 0.45kg) smakuje 100x lepiej niż jakiekolwiek które jadłem w Polsce.
Z jedzeniem ogólnie jest nieźle. W supermarketach wybór jest spory, ale bez szału (lepiej niż w UK, ale jednak gorzej niż u nas). Może po prostu nie byłem jeszcze w odpowiednim miejscu - bo zazwyczaj zaopatruje sie w Raphsie który jest obok firmy. Podobno niezły jest Whole Foods, ale ten ktory mam tu niedaleko jest jakiś mały i chyba ma okrojony asortyment. Ceny chyba odrobinę niższe niż w UK, choć zależy od produktów. Dość drogi jest chleb i sery (ok. 200g brie kosztuje z 7$, żółty jest trochę tańszy) - a ja jednak jestem serożerny. Do tego, jak porównuje ceny z UK to przeliczam wszystko na złotówki. I często nacinam się, że zamiast mnożyć tutejsze ceny przez ~3zł mnożę przez ~5zł tak jak to robiłem w Wielkiej Brytanii. Może nie jest więc wcale drogo, tylko to moje takie wewnerzne odczucie.
W poszukianiu odrobiny domu rozejrzałem się za jakimś polskim sklepem. I okazło się, że nawet jest i to prawie po drodze do pracy. Wczoraj o 9 tam zawitałem i od razu poczułem sie jakbym wrócił. I to nie tylko na inny kontynent, ale nawet o 20 lat w przeszłość. Na hakach na ścianie wisiało kilka smętnie wyglądających kiełbas, na półkach królowały zupki w proszku. W lodówce były nawet jakieś żółte sery, ale po bliżej inspekcji doszedłem do wniosku, że nie jestem wystarczająco zdesperowany żeby ich spróbować. Oczywiście pies z kulawą nogą się mną nie zainstersował (kurcze, rozbestwilem się, zaczynam oczekiwać że jak wchodzę do sklepu to ktoś mnie przywita). Z zaplecza słychać było jakąś typowo polską rozmowę, a jak w końcu pani pofatygowała się żeby mnie obsłużyć zachowywała się co najmniej tak jakbym przerwał jej ogladanie kolejnego odcinka "Mody na sukces". Kupiłem TikiTaki i chyba będą to moje ostatnie zakupy w tym sklepie. Choć Maciek Kuciara (w Naughty Dogu pracuje jeszcze jeden Polak - koncepciarz) mówi że rano w soboty mają tam dobre pieczywo, wiec może dam im jeszcze jedną szansę. Z polskich akcentów jest tu jeszcze restauracja "Warszawa". Podobno kiepska, ale mówił mi o tym Meksykanin, nie wiem czy warto mu wierzyć w kwestiach polskiej kuchni.
Knajpek, barów i innych fast foodów jest tu w ogóle mnostwo. Myślałem, że będę skazany na lunche z supermarketu po drugiej stronie ulicy, ale okazało się, że w okolicznych biurowcach jest całe multum opcji. Od typowego Subway'a, przez bary sałatkowe, fajny mały bar z hamburgerami aż do bardziej hardcorowych taco-trucków na wizytę w których namawia mnie ciągle wspomniany już Meksykanin (nota bene Carlos Gonzales - z pozdrowieniami dla ziomów). W barze z sałatkami mają swoja drogą fajną zabawę. Jego idea jest taka że stoi pełno wszystkiego, są pojemniczki, chodzi sie w kółko, nakłada to na co ma sie ochote, podchodzi do kasy, waży i płaci. I w piątki jest tak, że jeśli przed położeniem na wagę zgadnie się cene to sie nie płaci. Wczoraj spróbowałem i pomyliłem sie tylko o 2 centy (choć niestety to o 2 centy za dużo).
Oczwiście będąc tu przez tydzień nie mogłem nie przywitać się z amerykańską krówką. Jeszcze w zeszłym tygodniu wypatrzyłem w sklepie wielkiego rib-eye'a kategorii prime. Tu wołowina, w zależności od jakości, kwalifikowana jest to różnych kategorii - najepsza, taka z dobrym "marbling" (odpowiednio gęsto rozłożonym tłuszczem w mięsie) jest prime. Potem jest jeszcze choice, select, standard i jeszcze jakieś. Zakupiłem patelnie, pieprz, sól, wróciłem do mieszkania i zacząłem przygotowani. Damn, zrobiłem nawet elegancką sałatkę jako dodatek to mojego steku. Zacząłem nawet robić dokumentacje fotograficzną! Ale totalnie na całej linii zawiodła kuchenka. To małe bździdełko totalnie nie potrafiło sobie poradzic z moim mega-stekiem. I koniec końców musiałem go pokroić i smażyć partiami, wiec fotek nie będzie. Ale i tak był dobry :) Lepszy będzie kiedy wybiorę sie do jakiegos steak house'u albo przyjedzie do mnie jeden z naszych ślubnych prezentów - SousVide Supreme (oo, sous vide to kolejny temat rzeka, ale to jeszcze kiedyś napisze...). A to może być już całkiem niedługo, bo własnie wynająłem mieszkanie!
Troche to trwało, troche mieszkań ogladałem. Moja idea była taka, żeby mieszkania szukać albo blisko pracy albo blisko oceanu. Wybór jakiś rewelacyjny nie był. Hitem było, nawet ładne mieszkanie i nawet blisko oceanu, ale za to na parterze pięciopiętrowego budynku, z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec-studnie. Oglądałem je w południe, ale agent zaraz po wejsciu musiał zapalać światło żeby cokolwiek było widać.
W końcu stanęło na mieszkaniu niedaleko pracy. Jest większe niż szukałem (ma 2 bedroomy a nie 1) ale dzięki temu będziemy mogli przyjmować dużo gości (zapraszamy :)! Oczywiście jest nie umeblowane, bo mieszkań umeblowanych tu sie w zasadzie nie wynajmuje wiec znowu przyjdzie nam odbyć wizytę w pobliskiej Ikei. Landlordem został naturalizowany chyba-Egipcjanin i jego żona Szwajcarka. Starsi ludzie, ale dość elastyczni bo nie robili problemów z faktu, że nie mam tu żadnej historii kredytowej i zadowolili się rozmową z kimś z HRu z Naughty Doga i naszym landlordem z Wielkiej Brytanii.
Oczywiście przy samym podpisywaniu umowy nie obyło sie bez drobnych problemów technicznych. Na starcie należało zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc i security deposit - w sumie prawie 4000$. Pan David chciał cashier's check (taki czek wydawany przez bank, a nie wypisywany własnoręcznie) albo gotówkę. Żeby dostać taki czek trzeba oczywiście posiadać odpowiednią ilość pieniędzy na koncie. A na moim amerykanskim było raptem kilkaset które przywiozłem ze sobą w portfelu (mamy w końcu XXI wiek, nie? kto potrzebuje gotówki...). Sprytnie stwierdziłem że gotówka będzie najlepszą opcją, bo za cashier's check trzeba będzie płacić, za przelew miedzynarodowy też, a do tego to wszystko bedzie trwało i trwało. A mBank nie pobiera opłat za wypłaty za granicą, a różnice w kursie nie powinny kosztować tyle ile te wszystkie machlojki. Odpowiednio wcześnie zalogowałem sie do mBanku, zmieniłem limity dziennych wypłat w bankomatach i wracając z pracy radośnie podjechałem rowerkiem do pierwszego lepszego bankomatu. I tu zonk. Okazuje sie bowiem, że taki bankomat to potrafi wyplacić za jednym razem tylko 200$. Czyli moją sume musiałbym wypłacać w 20 rzutach. Nie zrażony niepowodzeniem popedałowałem do macierzystego Bank of America. Tu było lepiej, bo dawał na raz 500$, wiec stwierdziłem ze zaryzykuje. Po 4 wypłatach miałem w portfelu 2000$ w dwudziestodolarówkach. Pierwszy raz miałem w nim tyle szmalu, że nie moglem go nawet zgiąć na pół. Uznałem, że wróce rano, zaraz przed podpisywaniem umowy, wypłace resztę, a że wtedy bank będzie już otwarty to wymienie te dwudziestki na setki.
Rano przyjeżdżam do banku, wypłacam jednen pakiet, chce wypłacic drugi - i zonk, bankomat odmawia współpracy. Pomyślałem, że może poprzedniego dnia wypomopowałem z niego całą gotówkę, wiec spróbowałem w bankomacie obok. Ale to samo. Potem jeszcze w bankomacie w banku obok i też to samo. I troche sie zdenerwowałem. Oczywiście z brytyjskiej karty też się nie dało (ale tam akurat jest po prostu niski limit dziennych wypłat). Dzwonie zatem do mBanku, ale oczywiście nic nie mogłem załatwić bo nie pamietałem jakiegoś cholernego telekodu. Ale okazało sie, że jest na to rada! Otóż mBank może mnie zautoryzować inaczej (nazwisko panieńskie mamy itd), po czym zablokować mi dostęp do kanału telefonicznego i zaplanować rozmowę inicjowaną przez nich, mającą na celu ustalenie nowego telekodu. No fajnie, zdecydowałem sie na coś takiego i czekam. Czekam, czekam i oczywiście nic. Zadzwoniłem tam jeszcze raz, znowu mnie zautowyzowano w inny sposób i miła pani stwierdzila że zwiększa priorytet mojemu zleceniu. Ledwo odkladam słuchawkę i dokładnie ta sama pani do mnie dzwoni i autoryzuje po raz trzeci (troche śmiesznie było odpowiadać dokladnie tej samej osobie na dokładnie te same pytania dwa razy w przeciągu pieciu minut). Dopiero teraz mogłem ustalić nowy telekod i połączyć sie z konsulantem. Okazało się, że owszem limit kwoty wypłat to zwiekszyłem, ale jest też limit ilości wypłat - ustawiony standardowo na 5. Ale nie było problemów z jego zwiekszeniem i dalej nie było kłopotów. Troche spóźniony, ale dojechałem na podpisanie umowy i już od marca moge sie wprowadzać (właściwie moge już wcześniej, ale tam jeszcze nie ma internetu, a tu i tak jest już zapłacone za miesiąc - i do tego płaci firma).
Także po powrocie z GDC będę sie przeprowadzał! Bo w przyszłą sobote jade na GDC na którym w piątek mówię (http://www.gdconf.com/conference/programming.html - jesteśmy na pierwszym miejscu w session highlights!). Właściwie dzisiaj miałem poświęcić cały dzień na szlifowanie prezentacji i trening, ale jakoś sprzedziłam go na ogladaniu głupot na YouTubie :) No cóż, może jutro bedzie lepiej...
Pierwszy tydzień
Ten wpis to właściwie miał być w środe. Bo okazało się, że w środy (troche liczę, że we wszystkie) Naughty Dog serwuje pracownikom obiad (tzn angielsko-amerykański "dinner") więc oszczędzono mi konieczności przygotowywania kolacji. A wbrew pozorom nie jest to takie proste - moja lodówka tutaj albo mrozi na maxa albo nie chłodzi w ogóle. Z dwojga złego wolę jednak pierwszą opcję, więc przed każdym posiłkiem zmuszony jestem przeprowadzać sesję rozmrażania. Przy okazji może sie nasuwać pytanie czy po tak podanym pracownikom posiłku firma nie oczekuje że będą oni siedzieć w pracy dłużej. Otóż nie! Obiad podano o godzinie 7 a już o 8-8:30 wszyscy zaczęli się normalnie (bo przecież crunchu nie ma) rozchodzić do domów. Brzmi intrygująco? Niestety, aby poznać szczegóły należy przeczytać jeszcze kilka akapitów.
To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.
W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.
Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)
W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.
Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)
Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.
I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.
Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.
Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...
To po kolei. W poniedziałek poszedłem pierwszy raz do pracy. Właściwie pojechałem, bo w zeszłą sobote stwierdziłem, że chyba nie ma sensu wynajmować na kolejny tydzień samochodu i za te same pieniądze kupiłem rower! Nie żebym był jakimś zapalonym cyklistą, wiec zdecydowałem się na model z najniższej półki, choć i to oznaczało konieczność rozstania się z jakimiś trzystoma dolarami (swoją drogą myślałem że jakis najprostszy rower bedzie sie dało kupić za połowę ceny...) Oczywiście nowy nabytek od razu wypróbowałem podczas przejażdżki wzdłuż oceanu i okazało się że jeździ sie całkiem fajnie.
W poniedziałek rano wsiadłem więc na rower, założyłem kask (kask musi być - do tego jestem trendy i mam kask pasujący kolorystycznie do roweru) i popędziłem do biura.
Z wiadomych przyczyn o tym co robie w pracy za dużo napisać nie mogę. Bedzie zatem trochę o tym jak jest w biurze. Naughty Dog ma siedzibe w takim kompleksie 4 biurowców. Pomiedzy budynkami są fontanny, rzeczki, pływają rybki itp. (pewnie dlatego kompleks nazywa sie "The Water Garden") - wygląda to wszystko dość urokliwie. Biuro jest na 3 pietrze i stanowi totalny labirynt (jestem całkiem zadowolony że od umiem znaleźć wejście, swoje miejsce i toalete). Jest na tyle spore, że ktoś wpadł na pomysł zakupienia hulajnóg (!) które leżą porozstawiane tu i ówdzie. Jak ktoś chce się przemieścić na większą odległość to nie musi biegać tylko łapie hulajnogę i zasuwa. Bardzo sympatyczna sprawa (choć jeszcze nie odważyłem sie skorzystać...)
W ogóle pewne rozwiązania logistyczne są bombowe. Na przykład: każdy ma przy biurku taki boksik z szuflaladkami na kółkach - niby normalna sprawa. Ale tutaj ten coś (bo jak to sie właściwie nazywa?) ma na górnej powierzni "siedzeniowe" obicie. Wiec jak ktoś do mnie przychodzi, to nie musi stać, nie musi kucać, kleczeć czy przyciągać swojego fotela tylko może sobie to wysunąć i w miarę wygodnie przysiąść. Niby logiczna rzecz, ale jakoś nigdzie wcześniej tego nie widziałem.
Fajne są dystrybutory wody stąjące na każdym rogu, więc żeby sie napić nie trzeba iść do kuchni, fajne są darmowe owoce i jakieś drobne przekąski - chipsy, jakieś batoniki itp. Za wszystkie napoje w puszkach trzeba już płacić, ale jest to 25 centów, wiec wygląda to bardziej na próbę skłonienia ludzi do, może odrobine zdrowszych, alternatyw (to w końcu Kalifornia, trzeba żyć zdrowo, segregować smieci i inne takie tam)
Na starcie dostałem koszulke, kubek, firmowe obramówkę na rejestracje. Playstation niestety nie :-/ Co prawda jest sklepik firmowy ale podobno (zupełnie jak w M$) sprzet wcale nie jest tańszy. No bywa.
I tutaj dochodzimy do tematu łagodnie poruszonego na starcie. Czyli godzin pracy. Pracę zaczyna sie o 10:30. Własciwie można przyjść wcześniej i wcześniej sie zmyć ale chyba mało kto to praktykuje (przynajmniej z ogarnianego przeze mnie otoczenia). Do 12:30 trzeba siedzieć, potem jest 1.5 godziny lunchu. Od 14:00 do 18:30 znowu są "core hours". Jak łatwo policzyć, czas ten daje w sumie 6.5 godziny, a pracować trzeba minimum 8. Oznacza to, że w do domu najwcześniej można zacząć sie zbierać ok. 20. A jak coś sie chwile przeciągnie (a bądźmy szczerzy, zazwyczaj się przeciąga) to robi się z tego 20:30. Nie wiem jak to się sprawdza na dłuższą metę. Totalnie nie mam pojecią jak kiedy ci ludzie widują sie z dziećmi - bo o ile żony/dziweczyny pewnie mogą jeszcze o tej porze nie spać, o tyle takie kilkuletnie dzieciaki leżą już o tej porze w łóżku. Może opcją jest przesunięcie całego dnia i zaczynanie życia o np. 7 rano. Ale wtedy po powrocie do domu chyba trzeba się zaczynać kłaść spac.
Ale za to ludzie naokoło to jednak legendy. Moim leadem jest Pal Engstad, obok siedzą ludzie którzy pracowali przy Farenheicie, Heavy Rainie, recenzenci prac z Siggraphu, byli animatorzy Disnaya, lunch można zjeść z Jasonem Gregorym (tym: http://www.amazon.com/Game-Engine-Architecture-Jason-Gregory/dp/1568814135/ref=ntt_at_ep_dpi_1). Jest się od kogo uczyć. I jest czego, bo przecież z Playstation nie miałem wcześniej nic do czynienia. Fajnie, że jest okazja poznawac sekrety platformy od najlepszych.
Chciałem jeszcze troche popisać, ale pomyślałem, że zrobie z dalszych wywodów nowy post, to będę miał lepszą statystykę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
