poniedziałek, 28 marca 2011

O sous-vide, c.d.

No i po steku! Zrobiłem, zjadłem i był znakomity!
Stek który wczoraj zakupiłem, przy bliższej inspekcji okazał się być New Yorkiem a nie rib-eyem, ale nic to, New Yorki też są dobre.
Maszynę ustawiłem na 57 stopni. W sumie mogłem trochę niżej, bo 57 stopni to już raczej medium niż medium rare.
Przed włożeniem do woreczka sowicie go posoliłem i popieprzyłem. Wydaje mi się, że jest to jedna z tych rzeczy które do tej pory robiłem źle. Zawsze soliłem troszkę, ale ostatnio widziałem jakiś filmik na którym gość wział stek i walnął na niego całkiem konkretną ilość soli. Zrobiłem tak samo, po czym wpakowałem mięso do torebeczki, wspomnianym trickiem z wodą pozbyłem się wiekszości powietrza ze środka i wsadziłem do maszyny.
Po ok. godzince wyciągnąłem woreczek. Rozgrzałem na maxa patelnie - kupiłem sobie ostatnio taką fajną, ze stali nierdzewnej z grubym dnem. To też okazało się być pomocne - przy lekkiej patelni, włożenie steka znacznie obniża jej temperaturę i żeby ładnie go przypiec z wierzchu trzeba dłużej go smażyć. Nowa patelnia sprawiła się znakomicie i po chwili stek był elegancko przyrumieniony.
Nie bawiłem się w żadne odczekiwanie, tylko od razu wziąłem sie za konsumpcję.
Był znakomity. W środku różowy, choć mógłby być troszkę bardziej - choć to akurat wynik ustawienia zbyt wysokiej temperatury. Był soczysty i miękki, w smaku bardzo zbliżony do tych steak-housowych - widać dużo soli i pieprzu > mało soli i pieprzu. Tłuszcz z brzegu był jednak twardawy i koniec końców zjadł go Pan Śmietnik. Następnym razem spróbuje potrzymać stek dłużej - ze 2-3 godzinki zamiast jednej.
Ale generalnie maszyna spisuje się na piątkę. Musze wypróbować inne przepisy - strasznie korci mnie ten na short-ribs (jakiś rodzaj żeberek) które siedzą w maszynie przez 3 dni.
I jeszcze foto-story:












niedziela, 27 marca 2011

O sous-vide

Chyba w końcu nadeszła pora na post o jedzeniu. Nie będzie jednak standardowego narzekania o tym jak beznadziejny jest chleb w Stanach. Dzisiaj będzie o sous vide. Bo w końcu przyszła MASZYNA - jeden z naszych ślubnych prezentów.
Pierwszy raz usłyszałem o tej metodzie gotowania jakieś półtora roku temu. Maciek M. podesłał mi link do znakomitego artykułu o kolesiu który rewersował frytki z McDonalda. I gdzieś tam w odnośnikach z tego artykułu był link do innego, gdzie ten sam człowiek opisywał metode na zrobienie perfekcyjnego steka (a może Maciek podesłał mi link bezpośrednio do tego artykułu... hmm.. nie pamietam, ale to szczegóły)
Polegało to na tym, że stek pakował próżniowo w torebce strunowej (takiej z "suwakiem"). "próżniowo" to może duże słowo - nie domkniętą torebkę ze stekim zanurza się powoli w wodzie, tak żeby ściskająca torebkę woda wypchneła z niej całe powietrze, jednocześnie uważając żeby woda nie nalała się do środka. Jak już prawie w ogole nie ma w środku powietrza to torebkę się zamyka i dostajemy szczelnie zapakowany stek.
Tak przygotowany pakunek wkładał następnie do przenośnej lodówki (!) wypełnionej wodą w określonej temperaturze. A po godzinie wychodził z tego idealny "medium-rare".
Metoda zaintrygowała mnie na tyle, że zacząłem czytać dalej i zgłębiać szczegóły.
"Sous vide" znaczy po francusku "w próżni" - i odnosi się do tego, że nasze jedzenie trzeba najpierw zapakować próżniowo. Potem, tak jak w chałupniczej metodzie, opisanej przez wspomnianego Kenji Alt-Lopeza, umieszcza się je w kąpieli wodnej o ściśle określonej temperaturze - takiej do jakiej chcemy doprowadzić nasze danie. Dalej, sprawę załatwia już urządzenie. W normalnych warunkach jest to taki cyrkulator, połączony z grzałką i czujnikiem. Kenji pokazywał, że do pewnych dań całkiem nieźle sprawdza się wspomniana lodówka turystyczna (bo cyrkulatory są pieruńsko drogie).
Cały czas pozostaje jednak jedno pytanie: po jaką cholerę?? Chodzi o to, że gotowanie to jednak dość skomplikowany proces fizyko-chemiczny. tam, jak wiadomo, pewne rzeczy dzieją się w określonych temperaturach. Np. kolagen (przez który mięso jest twarde) zaczyna się rozkładać się do żelatyny (która jest już miękka) przy ok. piędziesięciu stopniach, choć im wyższa temperatura tym proces jest szybszy. Ale już mioglobina (czerwone w steku) rozklada się w sześciedzięciu kilku. Także pasteryzacja (czyli wybijanie wszelkiego paskudztwa które może siedzieć w naszym mięsie) zajmuje różna ilość czasu w zależności od temperatury. I tu jest pies pogrzebany: chcemy mieć stek "medium-rare" - czyli ok. 55 stopni, ale jednocześnie musimy go jakoś przygotować (najczęściej na patelni - która rozgrzana ma pewnie koło dwustu-kilkudziesięciu stopni) i do tego fajnie by było gdyby nie miał w sobie wszystkich tych salmonelli i innych. Smażac stek na patelni, owszem wybijamy te wszystkie patogeny, ale przy okazji doprowadzamy mięso, zwłaszcza na zewnatrz do dużo wyższej temperatury - i brzeg steka jest szary i suchy. A jeśli chwilę się zagapimy, albo nie mamy wyczucia, ew. cyfrowego termometru to z naszego medium-rare'a może wyjść well-done.
I tu sous-vide pokazuje swoją siłę. Jako, że mamy bardzo dokładną kontrolę nad temperaturą, możemy mieć cały stek dokładnie taki jaki chcemy. A trzymając mięso w kąpieli odpowiednio długo, dostajemy pewność, że wszystkie zarazki zostaną wybite. A ponieważ jedzenie jest w plastikowej torebce, wszystko co jest w nim dobre zostaje w środku a nie wycieka do garnka. Jedynym mankamentem jest to, że po wyjęciu steka z torebki wyglada jak ugotowany - czyli średnio apetycznie. Ale akurat na to jest proste rozwiązanie - wkładamy go na moment na bardzo rozgrzaną patelnie, tylko tak żeby przysmażyć go z wierzchu.
I przestajemy być ograniczeni do kawałków mięsa z których zazwyczaj robi się steki. Bo rostbef/antrykot/polędwica (NewYork/RibEye/Filet Mignon) nie są wybierane dlatego, że są przesadnie pełne smaku, tylko dlatego, że te mięśnie stosunkowo mało pracują i po usmażeniu są miekkie. Ale dzięki sous vide możemy doprowadzić do miękkości każdy kawałek mięsa i przez cały czas zachować jego medium-rare'owatość! Na porządku dziennym są przepisy gdzie jakiś egzotyczny kawałek krowy trzyma się w wodzie przez 72 godziny (tak - trzy dni).
Swoje eksperymenty z tą metodą zacząłem jeszcze w Wielkiej Brytanii. Jako, że pomysł z wykorzystaniem lodówki turystycznej nie za bardzo przypadł mi do gustu, szukałem dalej. Profesjonalne kontrolery temperatury odpadły w przedbiegach (zazwyczaj produkują je firmy które zajmują się wyrobem sprzętu laboratoryjnego, ich ceny zaczynają się w okolicach tysiąca dolarów) ale okazało się, że za jakieś kilkadziesiąt dolarów da się kupić na ebayu kontroler temperatury (gdzieś w Singapurze), termorezystor (gdzieś w Hong Kongu), grzałkę (to akurat kupił mój tata w Polsce), elektroniczny przekaźnik (ze Stanów), małą pompkę do wysokich temperatur (z UK) i poskładać wszystko w dziającą całość. Na początku przezentowało się to dosyć przerażająco - poskręcane "na pająka", na przekaźniku było nie izolowane 220V, a grzałka leżała w zlewie, bo okazało się że nie mam żadnego garnka do którego by się zmieściła.


Ale całość działała! I to całkiem nieźle, bo różnice w temperaturze wewnątrz zlewu nie przekraczały 0.1 stopnia. Co prawda mój ręczny termometr pokazywał odrobinę inną temperaturę, ale wystarczyło wziąć na to poprawkę przy ustawianiu maszyny.
Steki wychodziły faktycznie idealnie "medium-rare". Niestety, żeby odpalić maszynę trzeba było najpierw poświęcić pół godziny na jej złożenie i zainstalowanie w zlewie. Miałem też ciekawą przygodę podczas jednej podróży do Polski. Wziąłem ją ze sobą, żeby odpalić w naszym "stek-klubie". Jako, że leciałem tylko na pare dni, wszystkie potrzebne rzeczy wpakowałem do bagażu podręcznego. Dopiero na lotnisku zorientowałem się, że to wszystko może dość podejrzanie wyglądać na prześwietleniu. I oczywiście się nie pomyliłem - zostałem wzięty na szczegółową kontrolę bagażu, gdzie pan starannie przyjrzał się każdemu elementowi po czym spytał czy aby nie jestem hydraulikiem (?!?). Na szczeście kiedy wyjaśniłem mu do czego służą poszczególne elementy, nie robił problemów i mnie puścił. Co ciekawe, na lotnisku w Łodzi, nikt sie nie zainteresował tymi dziwnościami.
W końcu, już w Polsce, maszyna doczekała się eleganckiego pudełka z plexi i własnego pojemnika, tak że nie trzeba jej już wkładać do zlewu.
Niestety do Stanów nie było sensu jej zabierać. O ile sam kontroler temperatury potrafi działać przy 110V o tyle grzałka jest przystosowana do 220V.
Z pomocą przyszli przyjaciele :) Jako jeden ze ślubnych prezentów dostaliśmy od nich "Sous Vide Supreme" - maszynę do sous vide kierowaną do zwykłych śmiertelników. Została ona zamówiona w Stanach, jest przystosowana do lokalnego napięcia i kiedy się w końcu zadomowiliśmy lokalny kontakt chłopaków nam ją tu przysłał. I w piątek właśnie doszła! Jest śliczna, czerwona i właśnie czeka ją pierwszy sprawdzian!
W piątek nie było mi dane jej wypróbować (wieczorem byliśmy na kabarecie), w sobotę też sie nie udało (mieliśmy kolejną wyprawę do Ikei - okazało się, że jednak nie kupiłem wszystkiego...) ale niedzielny obiad wydaje się być znakomitym pretekstem do przygotowania rib-eye'a.


Mięsko już zakupione, czeka spokojnie. Swoją drogą ciekawie przedstawiają się tu ceny mięsa - rib-eye z kategorii choice (druga od góry, cały czas bardzo dobra) kosztuje mniej (za kilogram) niż piersi z kurczaka. Ciekawe proporcje, bo jednak u nas wołowina (mimo jej jakości, która jest, łagodnie mówiąc, mizerna) jest jednak wyraźnie droższa od kurczaka. Co kraj to obyczaj.
Zaraz będę nalewał wody do maszyny! Wyniki będą w kolejnych wpisach.

sobota, 19 marca 2011

O zajebistej obsłudze klienta w Amazonie

Kurcze, obsługę klienta to Amazon ma jednak zajebistą, można sie od nich uczyć.
Dwa dni temu przeczytałem u Maćka S. na twitterze, że Mark Russinovich - koleś od SysInternals, autor RegMona, FileMona i WszystkieInneMona - napisał książkę - "Zero Day" - technothriller. Jak tylko wróciłem do domu, wziałem Kindla i chciałem ściągnać sampla - pierwszych parę rozdziałów. No i, jak mawiał Czesław, buba. Bo okazało się, że mimo że Kindle działa na całym świecie, to jako że swojego kupiłem w UK to jestem przypisany do sklepu brytyjskiego, a w nim akurat tej książki nie ma. Chwilę pogrzebałem na stronie Amazona i okazało się, że nie ma żadnego problemu! Kindla da się najzwyczajniej w świecie przenieść do innego kraju! Podałem nowy adres i faktycznie zadziałało bez żadnych fochów - po minucie miałem początek książki u siebie na urządzeniu.
Faktycznie zaczynało się nieźle - tak jak wspominał Maciek, już na pierwszej stronie była scena erotyczna. Dzisiaj chciałem kupić całą resztę powieści. Stwierdziłem jednak, że szkoda wydawać rzeczywiste pieniądze, kiedy od znajomych z Lionheada dostałem na pożegnanie Amazonowego Gift Carda i było na nim jeszcze trochę funduszy. Jedyny kłopot polegał na tym, że Gift Card był przypisany do innego konta (bo oczywiście mam na Amazonie konto do każdego z używanych adresów emailowych, których za żadne skarby nie da się zmergować). Wypatrzyłem jednak sprytną opcję "Give as gift" i spróbowałem dać sobie prezent z jednego konta na drugie, płacąc za niego funduszami z gift carda. I znowu zaskoczenie - da się i to działa (przynajmniej w teorii - o tym za chwile) - po minucie na pocztę dostałem informacje o prezencie, razem z instrukcją jak się do niego dobrać.
I tu zaczęły się schody. Kliknąłem sobie, tak jak radzili, coś tam popstrykałem i strona Amazona stwierdziła że książka jest już na Kindlu, tymczasem wcale jej tam nie było. Do tego, na stronie, było jedynie widać że książka "has been delivered", natomist nie wyświetlała się nigdzie indziej - ani w liście zamówień, ani na liście prezentów. Ale oczywiście jest od razu informacja gdzie dzwonić gdyby coś było nie tak. Spojrzałem na zegarek, było koło 23 ale wziąłem telefon i wykręcam numer. I kolejne zaskoczenie - obsluga klienta pracuje i już po chwili rozmawiałem z jakąś miłą panią. Przez 20 minut próbowaliśmy różnych rzeczy - resetować Kindla, odrejestrowywać go i rejestrować ponownie - wszystko na nic. Widać moje kombinacje ze zmianami kraju i dawaniem sobie prezentów okazały się zbyt skomplikowane dla systemu. Pani stwierdziła, że nie chce mnie dłużej trzymać, ale coś pokombinuje i za chwile do mnie oddzwoni.
Piętnaście minut później zadzwoniła i stwierdziła, że w takim razie oni mi zrefundują ten prezent na koncie z którego go wysłałem, potem na tym do którego przypisany jest Kindle kupię tą książkę w normalny sposób, ale ją też mi zrefundują. Pani na wszelki wypadek poprowadziła mnie przez wszystkie kroki, po czym życzyła miłej lektury i się pożegnała.
Wielki szacun, że po pół godziny wiszenia na telefonie nie stroją fochów, nie tłumaczą się że system nie działa i niestety nie da się nic zrobić, tylko przyznają, że faktycznie coś jest nie tak, obiecują się przyjrzeć tematowi a książkę dostaję od nich w prezencie.
Duży plus dla Amazona. Kindle to był dobry zakup. Idę czytać.

poniedziałek, 14 marca 2011

O wyprawie do Ikei

No i już od wczoraj nie śpię na podłodze!
Sobota była dosyć intensywna. Zaczęło się od dość wczesnej pobudki, bo między 8 a 12 miałem się spodziewać kolesia od kablówki, który miał podłączać internet. Spodziewałem się raczej standardów brytyjskich (tzn. montera o 13 i to dopiero po 3 moich telefonach z pytaniami dlaczego go jeszcze nie ma) ale mnie zaskoczyli. O 8:30 pojawił się pan, który raz-dwa podłączył modem i koło 9 mogłem się cieszyć moim 20Mbitowym łączem. O moim providerze bywają różne opinie, ale ja póki co nie narzekam - ciągnie po 2.5MB na sekundę.
Po południu miałem zaplanowany wyjazd do Ikei po meble. O 14 zjawiłem się w firmie wynajmującej vany i przeżyłem spory szok. Samochód który zarezerwowałem był jakimś mega-giganetem. Wspomniany już wcześniej van drużyny A mógły się chyba zmieścić w jego środku. Ale okazało się, że jeździ się takim wielkim autem całkiem przyjemnie. Te wszystkie SUViki i inne Jeepy były jedynie pyłkiem przy moich kołach :)
Pierwsze problemy zaczęły się przy Ikei. Zazwyczaj amerykańce nie skąpią miejsca na parkingi - nawet przed głupim CVS na rogu (to coś w stylu Rossmana) jest wielki plac. A tu niespodzianka. Przed Ikeą - przynajmniej tą w Burbank jest tylko pare miejsc na które można podjechać tylko po to żeby zapakować to co się już kupiło. Parking jest natomiast po drugiej stronie ulicy. Piętrowy i odrobinę ciasny - przynajmniej z perspektywy mojego vana. Parkować próbowałem chyba za 3 razy, za każdym razem dochodząc do wniosku, że miejsce które wybrałem nie jest jednak tak szerokie jak mi się na początku wydawało, oraz że mój wehikuł ma gówniany promień skrętu. W końcy wypatrzyłem 3 wolne miejsca obok siebie i w końcu udało mi sie zaparkować (oczywiście krzywo, ale nie czepiajmy sie drobiazgów).
Ikea przyjemnie nie zaskoczyła. W środu jest dokładnie tak samo jak w każdej innej Ikei na świecie. Wchodzi się po schodkach na górę, najpierw jest pare pokojów pokazowych, potem sofy itd. Miałem przygotowaną jakąś listę zakupów, ale oczywiście skończyło się na tym, że poszedłem na żywioł. W połowie trasy poszedłem oczywiście sprawdzić czy amerykańskie szwedzkie klopsiki są takie same jak polskie. I tu niespodzianka. Restauracja była jakaś strasznie biedna. Klopsiki były - w smaku nawet takie same - ale już mojego ulubionego torcika migdałowego nie! Skandal! Tak się tym przejąłem, że podczas jedzenia posiałem gdzieś moją listę zakupów. Oczywiście zorientowałem się dopiero kiedy doszedłem do magazynu samoobsługowego i miałem zabarać się za ściąganie pudeł z półek.
Wsciekły, zapłaciłem za te wszystkie drobiazgi (a też był ich cały wózek, zapakowany po brzegi), zostawiłem je w przechowalni (jako, że pod Ikeą nie ma parkingu istnieje tu przechowalnia wózków gdzie rzeczy mogą poczekać aż podjedziemy samochodem do strefy pakowania) i pognałem zrobić drugą rundkę po sklepie. Trzy runkdki i 1200 dolarów później miałem wszystko - od łóżka, materaca, przez stolikim, krzesła aż no noże, pościel i tarkę i całą masę innych pierdół. Zaczynam być w tych zakupach mieszkaniowych całkiem niezły. Jeszcze ze 2-3 przeprowadzki i będę wchodził do Ikei i dyktował numery potrzebnych mi artykułów z głowy.
Przed wyjście zaopatrzyłem się jeszcze w mrożone klopsiki, mój torcik (w sklepiku mieli!) i pastę z łososia (z piklinga lepsza, ale nie było :(
Poniewać manewrowanie moim pojazdem nie za bardzo mi wychodziło, postanowiłem nie odstawiać cyrku i zaparkowałem w miejscu w które wiedziałem że wjadę za pierwszym razem. Niestety takie miejsca były jedynie w dość znacznej odległości od strefy po której mogłem jeździć wózkiem (tu wózki nie mogą wjeżdżać na parking) - a to oznaczało że wszystkie moge graty będę musiał dotachać do auta. Musiało to wszystko wyglądać dość dramatycznie bo w pewnym momecie pan ochroniarz się nade mną zlitować i pudło z sofą pomogół mi nieść.
Ale w końcu się udało. Van był wypchany po brzegi. O dziwo, wszystko i to w całości udało mi się dowieźć do mieszkania. Miałem ambitny plan poskładania wszystkiego od razu, ale po skręceniu łóżka doszedłem do wniosku, że raczej zdecyduje się na skrupulatne testy nowego materaca. Działa jak marzenie :)

piątek, 11 marca 2011

Trochę o nowym mieszkaniu

Dzisiaj nadaje już z nowego mieszkania! W końcu wyprowadziłem sie z mojego tymczasowgo lokum nad oceanem. Tutaj co prawda nie widać z okien wody ale za to do pracy mam piechotą pięć minut. Całkiem fajna sprawa jak się kończy o 8:30 wieczorem.
Poprzednim razem zapomniałem wspomnieć ale mieszkanie wyczaiła w sieci Mysza. W zasadzie mogłem sie już do niego przeprowadzić przed wyjazdem na GDC, ale że hotel nad oceanem był zarezerwowany (i zapłacony) na cały miesiąc, stwierdziłem że nie będę się spieszyć. Wczoraj utwierdziłem się w przekonaniu, że była to znakomita decyzja.
Tak jak już pewnie wspominałem mieszkanie jest nieumeblowane. Wydawało mi się, że nie będzie to stanowiło problemu - zrobię rundkę do Ikei i kupie najpotrzebniejsze rzeczy. Oczywiście liczyłem się z faktem, że pare nocy będę musiał przespać na podłodze, ale przecież w sypialniach jest tu gruba, miekka wykładzina a poza tym nie byłby to pierwszy raz.
Wczoraj z biura, wracałem już na swoje. Po drodze wpadłem do pobliskiego sklepu poszukać czegoś w co mógłbym się na tej podłodze zawinąć. Zakupiłem najlepszy substytut koca jaki mogłem znaleźć - Snuggie. Snuggie to swoją drogą genialny wynalazek. Ktoœ chyba zaczął sie kiedyś zastanawiać co jest największym problemem jak człowiek się zawinie w koc. Oczywista sprawa - żeby obsłużyć pilota, sięgnąć po herbatę czy podrapać się po głowie trzeba odwinąć sobie rękę - a to jak wiadomo jest niefajne. I ten ktoś wymyślił koc z rękawami - Snuggie. Dzięki temu zachowuje się pełną sprawnoœć manualną nie tracąc jednocześnie izolacji.
Z tym Snuggie'm potruchtałem do domu i zacząłem się przygotowywać do spania.
Zasnąć to zasnąłem momentalnie, ale już koło 2 w nocy okazało się, że albo się starzeje, albo ta wykładzina to jednak wcale nie jest taka gruba. Było pioruńsko twardo, a to tego zimno jak diabli. Próbowałem wyściełać sobie podłogę ręcznikami (nie działa, ew. miałem za mało ręczników), próbowałem robić sobie posłanie z worka z brudnymi koszulkami (w końcu został poduszką), ale była jakaœ tragedia.
Dobrze, że już w sobote moje problemy się skończą - jadę do Ikei. Na początku był pomysł (znowu Myszy) żeby sobie wszystko zamówić przez internet, ale okazało się trasport byłby dopiero za jakiœ tydzień do tego całkiem drogi. Ale za to już za $20 można sobie wynająć vana - takiego jakim jeździła drużyna A. No może nie identycznego, bo ma jakieœ logo z boku wynajmującej firmy, ale nie będę się czepiać.
Sobota to w ogóle będzie mały Dzień Dziecka bo dostanę też internet. Stwierdziłem, że nie ma co sie bawić w tutejszą telewizję, bo raz: oprócz programów o odchudzaniu i telesklepu to nic w niej prawie nie ma, a dwa: jak już coś jest to jest przerywane reklamami z częstotliwością 2 razy większą niż w Polsce. Jest to na tyle irytujące, że do obejrzenia czegokolwiek dłuższego niż pół godziny potrzeba nerwów ze stali. Ostatnio próbowałem przebrnąć przez pierwsze (czwarte) Gwiezdne Wojny, ale do ataku na Gwiazdę Śmierci nie dotrwałem. Dlatego postowiłem uszanować swoje zdrowie psychiczne i zainstalować jedynie internet. Będzie za to 20Mbitów więc wszystki Dr House'y, Grey's Anatomy, Breaking Bad'y i inne Desperate Housewives będziemy streamować z Hulu, Netflixa. Ewnetualnie ze źródeł alternatywnych.
A na koniec link do naszych ślubnych fotek - tutaj - tym razem od profesjonalisty. Choć dużo osób je już widziało, to pewnie jeszcze nie wszyscy. Mariusz-fotograf przesadnie się z ich obróbką nie spieszył (miał na to 40 dni i dokładnie tyle to trwało), ale efekt jest na tyle dobry, że jestem mu to w stanie wybaczyć.

sobota, 5 marca 2011

Eject Kindla

No i wiem o co chodzi. Da się czytać i ładować, ale nie trzeba wybierać "Wysuń bezpiecznie sprzęt" z traya, tylko "Wysuń" klikając prawym przyciskiem na ikonę dysku Kindla w Explorerze!

GDC - podsumowanie

No i jestem na lotnisku. W zasadzie to miałem sobie poczytać. Parę tygodni temu była jakaś rocznica urodzin Verne'a i coś mnie naszło żeby go sobie przypomnieć. "W 80 dni dookoła świata" dość specyficzne, "20000 mil podmorskiej żeglugi" nudnawe, a teraz mam na tapecie "Wyprawę do wnętrza Ziemi" która zapowiada się całkiem interesująco. Niestety mój Kindle zaczał domagać sie pożywienia, wiec musiałem właczyć laptopa żeby go nakarmić. A że nie jestem w stanie zmusić go żeby jednocześnie się ładował i wyświetlał książki (sugerowany przez niego eject jakoś nie bardzo działa, przynajmniej nie w Windows 7), postanowiłem coś skrobnąć.
Pomyślałem, że może fajnie będzie jakoś podsumować to GDC - przynajmniej jeszcze troche sobie nim pożyje.

- fajne: to że w ogóle pojechałem. Jeszcze miesiąc temu nie było pewne czy w ogóle tu będę. Po pewnych zawirowaniach i wymianie paru żenujących maili z organizatorami stanęło na tym że jednak będziemy mówić, ale mało brakowało.
- fajne: to że mówiłem. Do tej pory na GDC byłem zawsze jedynie słychaczem. Speakerzy mają za darmo wejście na całą konferencje, a w speakers lounge jest za darmo picie i ciasteczka :)
- fajne: dostaliśmy całkiem sporą sale na wykład (koło 450 miejsc) i była zapełniona po brzegi
- fajne: spotkałem troche starych znajomych. Przyjemnie było znów iść na piwo z ludźmi z Lionheada, fajnie było sie przywitać z Peterem-Pike'iem
- fajne: poznałem troche nowych ludzi. Zazwyczaj nie miałem szczególnej odwagi zagadywać do ludzi. A teraz, po naszej prezentacji sami zagadywali.
- niefajne: szkoda tylko że nie miałem wizytówek które mógłbym im rozdawać
- niefajne: prezentację mieliśmy dopiero w piątek więc cały tydzień był troszkę nerwowy.
- niefajne: zdecydowaliśmy się z Benem, że zrobimy wspólną prezentację, bo wydawało nam się że na dwie osobne nie będziemy mieli wystarczająco materiału. W praniu okazało się, że każdy z nas spokojnie mógłby mówić osobno i też byśmy musieli coś z naszych prezentacji wycinać.
- fajne: było kilka naprawdę dobrych wykładów
- niefajne: szkoda tylko że dopiero ostatniego dnia
- niefajne: dwa pierwsze dni: tutoriale były jakąś totalną porażka. W poniedziałek był jeszcze ten track o DX11, ale z całego dnia gadania, warto było posłuchać chyba jedynie kolesia z DICEa (a i też bez przesady, wiekszość tego o czym mówił było już pokazane gdzieś wcześniej). Wtorek był totalnie pusty.
- niefajne: mało było wykładów które inspirowały. Zawsze po GDC miałem tak, że od razu chciałem wracać i coś pisać. Teraz mam to jedynie w niewielkim stopniu, a do tego głównie chciałem przetestować pewne rzeczy o których pomyślałem przygotowując się do własnego wykładu.
- fajne: GDC sie rozrosło, było na nim dużo więcej ludzi, ale zorganizowane było bardzo sprawnie. Nie zdażyło mi się nie wejść na jakiś wykład bo sala byłą pełna, tak jak to bywało w poprzednich latach. Sale były tak ustawione, że prawie zawsze pare wolnych miejsc jeszcze było.
- niefajne: GDC sie rozrosło, ale "normalnych" developerów wcale jakoś nie przybywa. Wiekszość do jacyś ludzie z marektingu albo jacyś studenci. Trzeba się było mocno narozglądać żeby na czyjejś plakietce przeczytać "Programmer", "Artist" albo "Designer"
- fajne: wbiłem się na fajny developerski obiad, gdzie mogłem poznać troche ludzi
- niefajne: niektórzy na tym obiedzie byli troche dziwni...
- niefajne: musiałem wziąć bezpłatny urlop w ND. Trochę podnosi to koszty całej imprezy...
- niefajne: już sie skończyło i musze wracać :(

Podsumowując wszystkie "fajne" i "niefajne" wychodzi chyba trochę więcej "niefajnych". I takie to GDC było - nie do końca fajne. Nie wiem czy zmienia się sama konferencja, czy może tylko ja sie starzeje i robię bardziej marudny?
Ciekawe kiedy będzie kolejna okazja gdzieś pojechać. SIGGRAPH raczej odpada, bo przecież U3 wychodzi w listopadzie. Może I3D albo GDC w przyszłym roku? Tylko najlepiej było by trzeba coś napisać, bo zauważyłem że to bardzo podnosi szansę znalezienia sie na jakiejś konferencji. Chyba muszę wziąć się za wymyślanie.
Kindle już sie trochę podładował, więc wracam do fascynujących przygód profesora Lidenbrocka.
(O no proszę! Na SFO jest darmowy internet! Więc mogę nawet to postnąć zanim rusze w drogę!)