poniedziałek, 16 kwietnia 2012

O pralinkach

Ha, myśleliście, że już nigdy nic nie napiszę? Niedoczekanie!

Co działo się przez ostatnich parę miesięcy? W sumie nic szczególnego. Samochód kupiliśmy (w końcu czerwoną Elantrę), pojeździlismy troche po okolicy, mieliśmy parę wizyt z zagranicy, na Boże narodzenie byliśmy w Polsce. W pracy zasuwam, w grudniu ujawniony został projekt nad którym siedzę - The Last Of Us - action-adventure-surviaval-horror z naciskiem na story w świecie opanowanym przez grzyba zamieniającego ludzi w (nie!!!)zombie. I to chyba tyle. Same nudy.

Dzisiejszy post będzie natomiast o moim nowym mini-hobby - pralinkach czekoladowych. Nie o ich jedzeniu (choć to oczywiście też jest fajne) ale o ich robieniu.
Wszystko zaczeło się jakoś w grudniu, kiedy zacząłem się zastanawiać co siedzi w środku typowych czekoladek. Wiadomo, w karmelowych siedzi karmel, w marcepanowych - marcepan, ale co właściwie jest w takich orzechowych? Co siedzi w środku np. pomarańczowych?

Orzechowe gnębiły mnie najbardziej (pewnie dlatego, że je najbardziej lubię). Po odrobinie szperania w internecie okazało się, że jest to prostsze niż mogłoby się wydawać - głównym składnikiem czekoladek orzechowych są (uwaga uwaga) ORZECHY!
Z orzechów i cukru (w proporcjach 1:1 - wagowo oczywiście, w kuchni nie uznajemy żadnych innych miar poza wagą) robi się najpierw pralinę - cukier wrzucamy do garnka (zdrówko Garnek i gratz), karmelizujemy (dla tych bardziej technicznych: podgrzewamy do jakiś 160 stopni Celsjusza) i wrzucamy do tego orzechy. Całość szybko mieszamy i wylewamy na papier do pieczenia (albo na taką silikonową matę jak ktoś ma). To co dostaniemy, kiedy mieszanina zastygnie, to własnie pralina. Oczywiście w tej formie nie nadaje się to do niczego, więc wrzucamy to do miksera i mielimy tak długo aż zamieni się w gładką pastę (orzechy w ok. 50-60% składają się z tłuszczu - jeśli mieli się je wystarczająco długo to ten tłuszcz się uwalnia - tak m.in. robi się masło orzechowe). Ten proces jest dość upierdliwy, bo mielenie orzechów na pastę to jakieś 20 minut ciągłej pracy robota, a domowe roboty nie przepadają za takim obciążeniem. Roboty komercyjne (np. RoboCoupe) potrafią to zrobić szybciej i lepiej, ale mój zdrowy rozsądek absolutnie nie pozwala mi na ich zakup (>$1000). Do tego, nawet po tych 20 minutach, pasta jest nadal odrobinę ziarnista. Może nie jest to problem, ale ja jestem perfekcjonistą i nie przepadam za takimi niedoróbkami. (mam taką koncepcję żeby skonstuować coś takiego: http://www.youtube.com/watch?v=bHNVdzdMvEk, ale to może kiedyś, na razie znalazłem rozwiązanie zastępcze)
Jak już mamy zmielnoną pralinę, to łączymy ją w jakiś magicznych proporcjach z czekoladą, masłem kakaowym, dorzucamy trochę orzechów i viola! Wystarczy to powlec czekoladą i pralinki jak marzenie. No prawie. Pierwszy test przeprowadziłem w Polsce, w czasie świąt. Czekoladki nie wyszły złe, ale do poziomu Lindta trochę im jeszcze brakowało.

Oczywiście na tym nie mogłem poprzestać. Po powrocie do Stanów (chciałem napisać "do domu", ale jakoś się wzdrygam...) ekperymentowałem dalej. Skarmelizowałem mnóstwo cukru, zmieliłem mnóstwo orzechów, stopiłem sporo czekolady i w końcu coś zaczęło z tego wychodzić. Żeby mieć trochę więcej podstaw teoretycznych zakupiłem znakomitą książkę "The Art of Chocolatier", opisująca absolutnie wszystko co o czekoladkach można chcieć wiedzieć. Odkryłem też Surfaca - sklep z zaopatrzeniem kuchennym w LA. Ale jaki. Te wszystkie DUKI i inne RTV-Euro-AGD wyglądają przy nim jak sklepy z zabawkami przy Castoramie. Jest tam wszystko i jeszcze więcej. Chcesz komercyjny ekspres do kawy - jest. Jakąś odjechana końcówka do kremów - znajdziesz tam każdą jaką wymyślisz. Potrzebna ci transglutaminaza (to taki klej do białek - można sobie np. przykleić kawałek łososia do plasteków bekonu)? Proszę bardzo, na końcu drugiej alejki. A jak zawsze marzyłeś o czapce kucharza, to są przy kasie. A w jednej z lodówek leży sobie spokojna pasta pralinowa - gotowa, zmielona tak drobno, że na języku nie wyczuwa się ziarnistości - znakomita do wszelkich eksperymentów, bo zaoszczędza sporo roboty.

Dalsze ekperymenty pokazały, że najlepiej jako "nadzienie orzechowe" sprawdza się tzw. gianduja - mieszanina pasty pralinowej i czekolady w proporcjach 2:1 (czyli orzechy-cukier-czekolada w proporcjach 1:1:1). Czekoladę roztapiamy, mieszamy z praliną i gotowe. Najlepiej użyć do tego czekolady mlecznej albo białej (jak używamy białej to dobrze jest zastąpić trochę czekolady masłem kakowym - oczywiście do kupienia w Surfasie) - ciemna ma wg mnie troche za intensywny smak i gotowa gianduja nie jest tak bardzo orzechowa (chociaż też niezła). Można kombinować i coś tam jeszcze dorzucać, ale ja lubie jak coś jest dobre w podstawowej formie, przy minimalnej ilości składników, więc zazwyczaj pozostaje przy czystej gianduji.
Oczywiście dobre nadzienie do podstawa, ale trzeba je jeszcze jakoś wcisnąć do czekoladowej skorupki. Najprościej jest zrobić nadzienie dość twarde (trochę więcej czekolady), wsadzić do lodówki a jak stwardnieje to powlec czekoladą. Tak zrobiłem za pierwszym razem, ale czekoladki uzyskane tą metodą nie są zazwyczaj jednakowe. Profesjonaliści mają specjalne urządzenia do cięcia pralin (taką gitarę) ale jak w domu tnie się to nożem to efekty są hmmm średnie. Dużo lepsze wydawało mi się robienie pralin w formach - najpiew robi się czekoladową skorupkę, potem wprowadza do niej nadzienie a na koniec przykrywa czekoladą. Takie czekoladki są eleganckie, jednakowe a do tego mogą mieć fajne kształty. Foremki do czekolad są oczywiście kilku rodzajów. Najprostsze, z cieniutkiego plastiku, silikonowe albo twarde, poliwęglowe. Te pierwsze można sobie własciwie darować - czekoladki może nie wychodzą złe, niestety zabójcza jest dla nich wizyta w zmywarce. Foremki poliweglanowe są znakomite - twarde, wytrzymałe. Czekolada odchodzi od nich bez żadnych problemów, zwłaszcza po włożeniu ich na pare minut to lodówki - czekolada kurczy się bardziej niż foremka i po prostu się odkleja. Niestety są dużo droższe, bo zamiast jednego-dwóch dolców trzeba za nie zapłacić $25-$50. Różnica spora, ale moim zdaniem warto. Lepiej mieć jedną porządną foremkę niż 10 plastikowych z którymi się będziemy męczyć.

Jeszcze parę słów o czekoladzie. To wbrew pozorom dość skomplikowana w obróbce substancja. Czekolada ma to do siebie (własciwie to nie czekolada, ale masło kakaowe, które jest głównym składnikiem czekolady) że krystalizuje w pięciu różnych formach - różniących się temperaturą topnienia i innymi właściwościami. Jeśli czekoladę po prostu roztopimy i pozwolimy jej zastygnąć, to skrystalizuje ona w pierwszej, naprostszej. Problem jest taki, że ta topi się już w 18 stopniach, jest miękka, nie ma połysku i w ogóle jest mało apetyczna. To własnie dzieje się kiedy czekoladę zostawi się na słońcu - nawet jak potem się ją ochłodzi, nie jest już taka sama jak na początku. Da się jednak proces roztapiania czekolady przeprowadzić w ten sposób, żeby krystalizowała ona tylko do porządanej, piątej formy - tej znanej z tabliczek - twardej, topniejącej przy ok. 33 stopniach, ładnie błyszczącej. Nazywa się to temperowaniem i profesjonaliści mają do tego specjalne maszyny (znów, raczej >$500), ale w warunkach domowych trzeba się bawić w robienie tego ręczenie. Jest to dość upierdliwe, sprowadza się do podgrzewania i chłodzenia czekolady do bardzo okreslonych temperatur i ciągłego jej mieszania. Przy domowej produkcji pralinek właśnie to zajmuje najwięcej czasu.

I tak ekperymenutuje sobie od początku roku. Czekoladki orzechowe mam już opanowane. Po drodze były jeszcze malinowe w białej czekoladzie (niezłe, ale na bazę do nadzienia wybrałem zbyt intensywną w smaku czekoladę i trochę przyćmiła smak malin - kiedyś pewnie z tym pokombinuje), kokosowe (z nadzieniem z białej czekolady, mleka kokosowego i wiórków - wyszły podobne w smaku do Bounty - dobre, ale też jeszcze do nich wróce, miały jakiś delikatny posmak surowego mleka kokosowego, który chciałbym wyeliminować) były kawowe w białej czekoladzie (te wyszły dokładnie takie jak powinny). Dzisiaj postanowiłem zrobić pomarańczowe a do tego cały proces opisać i obfotografować.

No to lecimy z koksem.

Zaczynamy od tego że musimy opracować recepturę czekoladki. Bazować będziemy na przepisie z "Art of Chocolatier", ale trochę go podtweakujemy.

Dla mnie czekoladki pomarańczowe powinny mieć ciemne, mocno pomarańczowe nadzienie i powleczone być ciemną czekoladą. Jako nadzienie bardzo często wykorzystuje się ganache (gdzieś spotkałem się z polskim określeniem "ganasz") - jest to mieszanina czekolady i śmietany - śmietanę doprowadza się do wrzenia i zalewa nią poszatkowaną drobno czekolade. Po jakiejś minucie, delikatnie się to miesza, zostawia do przestygnięcia i gotowe - można nadziewać czekoladki. W podstawowej formie ganache jest po prostu czekoladowy, ale zazwyczaj stanowi tylko bazę, która przenosi inne smaki. Wystarczy zamienić cześć śmietany np. puree z malin, zaparzyć w tej śmietanie kawę albo zamiast śmietany użyć mleka kokosowego, żeby otrzymać coś ciekawszego. Dzisiaj część smietany zamienimy na sok pomarańczowy (swieżo wyciskany oczywiście ;-). Nasz ganache będzie miał konstystencję zależną od proporcji w jakich zmieszamy czekoladę i śmietanę. Ja lubię jak nadzienie jest dosyć sztywne wieć użyjemy 2 częsci czekolady do 1 częsci płynu (śmietany i soku pomarańczowego). Użyjemy ciemnej czekolady Barry Callebaut. Jest dość delikatna w smaku więc nie powinna dominować.

Jeszcze trochę o czekoladzie. Do celów kulinarnych w zasadzie nie używa się czekolady z tabliczek. Mimo, że producenci często chwalą się że w ich produktach tyle i tyle procent kakao nie ma w tym całej prawdy. Ziarno kakaowca składa się z tłuszczu kakaowego i całej reszty - cząstek suchych które mieli sie na kakao w proszku. Czekoladę która ma 70% kakao (resztę stanowi cukier) można zrobić zarówno tak, że masło kakowe będzie stanowić 20% całości, ale także tak, że będzie go 35% całości. A właśnie od ilości masła kakaowego zależy jakość - kiedy jest go więcej, czekolada jest delikatniejsza w smaku, lepiej się rozpuszcza i jest po prostu lepsza. Przy produkcji pralinek wykorzystuje się tzw. kuwerturę - czekoladę w której jest co najmniej 32% masła kakowego. W Surfasie można kupić kuwertury Barry Callebauta i Valrhony. Te pierwsze sa trochę gorszej jakości - mają mniej masła kakaowego i jak na moj język są trochę ziarniste. Do tego, każdy typ (biała, mleczna, ciemną) jest tylko w jednej odmianie. Valrhona każdy rodzaj czekolady ma w kilku odmianach - z różnych ziaren kakaowca, inaczej prażone, o różnym stopniu kwaskowośći itp. Niestety kuwertury Valrhony są jakieś 2x droższe niż Callebauta (jakieś $30 za kilogram, a kupuje się tego co najmniej po pół kilo). Dlatego do skorupek używam Valrhony a do nadziewania - Callebauta.

Skorupka też będzie ciemna - użyjemy do niej 'Extra Bitter' Valrhony, która mimo nazwy wcale szczególnie gorzka nie jest.






Proces zaczynamy od temperowania czekolady. Bierzemy jakieś 300g, 2/3 siekamy i wrzucamy do miski. Gotujemy trochę wody i jak tylko zacznie wrzeć, zdejmujemy garnek z gazu i stawiamy na nim miskę z czekoladą. Ciągle mieszając doprowadzamy ją do temperatury 115F.











Temperatury do temperowania czekolady to chyba jedyne wartości jakie znam w stopniach Farenheita a nie Celsjusza. Informacje o temperowaniu brałem głównie z amerykańskich stron i tak mi jakoś zostało. Jeśli temperujemy czekoladę białą albo mleczną to wystarczy doprowadzić ją do 110F. Tu mała uwaga: narzędziem absolutnie niezbędnym jest tu termometr elektroniczny. Czekolada jest bardzo wrażliwa na zmiany temperatury i trzeba ją dość uważnie kontrolować - podgrzanie jest zbyt mocno powoduje że się skawala i nadaje się wtedy jedynie do wyrzucenia.

Istotne jest też, żeby nawet odrobina wody nie dostała sie do czekolady. Nawet kropelka potrafi zniszczyć 100-200g (czekolada brzydko się wtedy skawala)

Jak już czekolada osiągnie odpowiednią temperaturę, dorzucamy do niej pozostałe 100g - w jednym kawałku. Niektórzy siekają tą drugą porcję, ale ja zauważyłem, że wygodniej temperuje się kiedy jest ona dodana w całości. I teraz zaczyna się zabawa - mieszamy to tak długo aż temperatura spadnie do 90F (88 w przypadku temperowania mlecznej czekolady, 86F w przypadku temperowania białej). Chodzi o to, że przy początkowym rozpuszczaniu czekolady niszczymy wszystkie kryształki masła kakaowego. Dorzucając kawał stemperowanej czekolady i intensywnie mieszając powodujemy, że nowotworzące się kryształy będą tylko pożądanego typu. Mieszać należy w sposób ciągły ale niezbyt szybki, tak, żeby nie wprowadzić do czekolady zbyt dużo pęcherzyków powietrza. Czekolada ciemna temperuje się w zasadzie dość szybko i bezproblemowo. Z mleczną jest gorzej, natomiast temperowanie białej to mordęga - wszystko przez dodatkowy tłuszcz mleczny obecny w tych dwóch ostatnich typach czekolad. Powoduje on, że masło kakaowe krystalizuje dużo wolniej - i trzeba mieszać dłużej :-/








Jak czekolada osiągnie już dobrą temperaturę to można jeszcze sprawdzić czy zatemeperowała się poprawnie - nakładamy odrobinę na papier do pieczenia i wkładamy na chwilkę do lodówki. Jak zastyga w minutę-dwie to znaczy że wszystko w porządku. Ja jestem leniwy i pomijam ten krok :)

Teraz wlewamy czekoladę do foremek. Wlewamy ją do samego końca, tak żeby foremka była wypełniona w całości. To fajna sztuczka - jak foremkę zalejemy to odczekujemy chwilkę (w przypadku białej czekolady raczej dłuższą chwilkę) po czym odwracamy foremkę do góry dnem i wylewamy nadmiar czekolady. Zostanie jej w zagłębieniach jedynie troszkę, akurat tyle żeby zrobić skorupkę. Jak już wytrząśniemy czekoladę to kładziemy odwórconą foremkę na papierze do pieczenia i czekamy jeszcze chwilę. W tym czasie z foremki wyleje się jeszcze odrobina czekolady - zbieramy ją do miseczki, a foremkę kładziemy na nowym kawałku papieru do pieczenia i wkładamy do lodówki. W zimnie czekolada szybko skrystalizuje i trochę się skurczy. Foremka kurczy się mniej, i skurupki się od niej odklejają - można to nawet zobaczyć jak uważnie przyjrzymy się foremce. Po kilku minuatach wyjmujemy foremkę z lodówki (nie chcemy żeby na czekoladzie zaczęła się skraplać woda) i odkładamy w chłodne miejsce.








Teraz czas na nadzienie. Tutaj konieczna będzie waga - żeby ganache wyszedł odpowiedniej konsystencji wszystkie składniki musimy zmieszać w odpowiednich proporcjach. Wszystko ważymy bo kuchenne miary takie jak "łyżka", "łyżeczka" i "kubek" ew. "szklanka" do niczego się nie nadają. Pomijam fakt, że polska szklanka ma 250ml a amerykański cup juz tylko 236ml ale odmierzona w szklankach ilość składników sypkich (tu ich akurat nie będzie ale uznałem to za dobrą okazję żeby pomarudzić) może być rózna nawet o 50%, w zależności od stopnia ubicia!

Zaczynamy od wyciśnięcia soku z pomarańczy i starcia odrobiny skórki pomarańczowej. Skórkę zostawiamy na później, a sok pomarańcowy redukujemy na niewielkim ogniu - mnie ze 120 ml soku (sok można podawać w ml bo jest nieściśliwy, a do tego można przyjąć że ma gęstość taką jak woda - 1 g/ml) wyszło go finalni jakieś 85ml. Teraz do soku dodajemy śmietany - najtłustszej możliwej - ja dolałem 60 g (śmietana jest trochę gęstsza od wody, dlatego juz sie przerzucam na gramy ;-). Jak tylko to wymieszałem w garnku, zaraz przyszło mi do głowy, że śmietana się zważy - sok z pomarańczy jest przecież całkiem kwaśny. Nie zważyła się, ale w sumie nie wiem dlaczego. Mieszaninę soku i śmietany doprowadzamy do wrzenia.

Tymczasem z boku przygotowujemy czekoladę - tym razem też ciemną ale Callebauta, 150g bardzo drobno posiekanej. Do czekolady dokładamy 18 gramów cukru inwertowanego. Zwykły cukier to sacharoza, która składa się z glukozy i fruktozy. W czekoladnictwie jest o tyle kłopotliwy, że krystalizuje, a przecież nikt nie lubi chrupiących kryształków w swoich czekoladkach. Cukier inwertowany to sacharoza rozbita na fruktoze i glukozę - ma płynną konsystencję i nie krystalizuje. Cukier jest potrzebny po to żeby zniwelować kwaskowatość soku pomarańczowego i ograniczyć aktywność wody w gotowych czekoladkach - im jest niższa tym czekoladki dłużej nadają się do konsumpcji (choć nie wiem czy w przypadku moich produkcji ma to jakiekolwiek znaczenie, zazwyczaj nie leżą dłużej niż kilka dni).





Czekoladę i cukier posypujemy startą skórką z pomarańczy i zalewamy 75g wrzącej mieszaniny (nie całą, ale zawsze gotuje trochę wiecej śmietany bo odrobina zawsze odparuje, troche osadzi sie na ściankach garnka itp). Zalaną śmietaną czekoladę zostawiamy na minutę. Potem powoli i delikatnie mieszamy, tak żeby wszystkie składniki sie połączyły i utworzyły gładką emulsję. Tu wychodzi dlaczego chwilę wcześniej czekoladę trzeba było drobno posiekać. Jak zostaną jakieś wieksze kawałki to nie będą się ona chciały rozpuścić. Nie jest to oczywiście tragedia, wystarczy ganache trochę podgrzać (na parze) i rozpuścić grudy.

W tym momencie nie wytrzymałem i spróbowałem co wyszło. Było znakomite, dokładnie takie jak oczekiwałem. Niby kolejnym krokiem było dodanie odrobiny masła (jak śmietanę w ganachu zastępuje sie nie-tłustym płynem, to należy pod koniec dodać trochę masła, żeby ganache był bardziej gładki), ale smak był taki fajny i wyrazisty, że nie chciałem tego psuć. Koniec końców, podzieliłem ganache na 2 części i masło (10g) dodałem tylko do jednej z nich.







Ganache musi ostygnąć. Gdybyśmy w aktualnej temperaturze wlali go do skorupek mogłyby sie one roztopić. Czekamy więc tak długo aż temperatura ganacha spadnie poniżej temperatury topnienia czekolady z której zrobiliśmy skorupki - w przypadku ciemnej czekolady to ok 88F.

Jak już ganache nam ostygnie to pakujemy go do takiej torebki do nadziewania. Ja takich nie mam (są w Surfasie, ale drogie) więc korzystam z takich zwykłych torebek śniadaniowych. Wystarczy w takiej odciąć rożek i można zacząć delikatnie wypełniać skorupki. Ważne jest żeby nie wypełniać ich do samego brzegu. Trzeba zostawić jakiś 1-2mm żeby potem można było nadzienie przykryć warstwą czekolady.






Nadziane czekoladki zostawiamy do zastygniecia przez noc. Rano temperujemy kolejną partię czekolady i przykrywamy nadzienie. Foremkę pakujemy jeszcze na chwilę do lodówki, potem delikatnie opukujemy, odwracamy i viola! Czekoladki elegancko wypadają na blat.






I jeszcze pare uwag. Podczas produkcji pralinek zauważyłem 2 główne problemy. Po pierwsze trzeba temperować czekoladę. Jest to upierdliwe, męczące i zajmuje czas. Do tego przy ręcznym temperowaniu wprowadza się do czekolady pęcherzyki powietrza które czasem potem widać na pralinkach (na przykład na tych na zdjęciu powyżej). Myślę że trzeba zrobić maszynę do temperowania. Nie powinno być to bardziej skomplikowane niż zrobinie tej do sous vide, trzeba tylko pomyśleć nad innym elementem mieszającym. Profesjonalne maszyny mają takie plastikowe koła, może pokombinuje z czymś takim. Drugi kłopot to konieczność opanowania odruchów oblizywania sprzętu - jest to cholernie silne. Takie ilości roztopionej czekolady wyglądaja bardzo smakowo i trzeba się mocno pilnować, żeby np. łyżki którą mieszamy czekoladę nie wpakować sobie do ust. To na szczęście przechodzi po zrobieniu jakiś 3-4 partii ;-)

Czekoladki pomarańczowe wyszły znakomite - tu w przekroju. Wpadajcie, jest jeszcze kilka...



PS. Tutaj jest cała galeria.

niedziela, 19 czerwca 2011

O niekupowaniu samochodu w Stanach

Dzisiaj prawie kupiliśmy samochód. Prawie, bo jednak okazało się, że legendarna łatwość i wygoda kupowania auta w Stanach jest owszem legendą ale jedynie urbana.
Samochód to w ogóle kupujemy już od jakiegoś czasu. Na początku miało być BMW Z4, kabriolet, bo to w końcu Kalifornia, chyba jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie posiadanie pojazdu bez dachu ma jakikolwiek sens. Póżniej doszliśmy jednak do wniosku, że jako pierwszy, i póki co jedyny samochód, warto mieć coś do czego wejdą więcej niż 2 osoby a do bagażnika zmieści się coś więcej niż damska torebka.
Drugą koncepcją był jakiś SUV - najchętniej Nissan Murano. Kilkuletni, bo nowy to wydatek rzędu 30-kilku tysięcy dolców, a troche szkoda nam było pakować taką kasę w samochód. Tyle, że jakoś nic co by nam sie podobało i było w akceptowalnym zakresie cenowym nie było. Do tego zaczeliśmy się zastanawiać, czy nie będzie z tym więcej problemów niż pożytku - samochody tutaj są zazwyczaj dosyć mocno zajeżdżone (roczny samochód ma zazwyczaj koło 40 tys. km na liczniku) a serwis jest dość drogi. Zaczęliśmy się wiec zastanawiać czy nie warto kupić jakiegoś niedrogiego, ale za to nowego samochodu.
Na początku myśleliśmy o Toyocie Corolli - ale opinie o niej nie były zbyt rewelacyjne, więc rozglądaliśmy się dalej. Przez moment na celowniku była Mazda 3, ale jak się nią przejechaliśmy to nam przeszło. Samochód z dwulitrowym silnikiem, 150KM a zbierał się zdecydowanie słabiej niż Lanos.
Kolejnym wyborem był Hyundai Elantra. W 2011 roku zmienili mu trochę kształt, wsadzili poduszki powietrzne we wszystkie możliwe miejsca a do tego w standardowej wersji ma klimatyzację i wszystko elektryczne - a np. wspomniana już Toyota każe sobie za takie luksusy dopłacać.
Pojechalimy sobie na jazdę próbną i było całkiem fajnie. Mimo, że silnik Elantra ma bardzo podobny do tej Mazdy to jeździło się nią zdecydowanie fajniej. A poniważ, jak wiadomo, "czerwone jeżdżą szybciej" nie było mowy o innym kolorze.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się nasza tragikomedia.
Zaraz po wspomnianej jeździe próbnej, pan sprzedawca zaczął nam wyliczać ile za samochód przyjdzie nam zapłacić. Na razie czysto teoretycznie, bo w tym momecie w ogóle nie byliśmy przygotowani do kupna.
Okazuje się, że totalną naiwnością jest liczenie na to, że skoro na stronie w internecie skonfigurowaliśmy sobie samochód za, przypuśćmy niecałe $18k to tyle przyjdzie nam za niego zapłacić. Oczywiście pomijam tu takie drobiazgi jak podatek - tutaj 10%, jakieś koszty przewozu samochodu od producenta - za cholere nie wiem czemu mam za to płacić $800, ale ok, co kraj to obyczaj - rejestracje i takie tam pierdoły - w sumie jakieś $3k. Najciekawsze jest jednak to, że w Ameryce, kolebce kapitalizmu, samochód kupuje się go tak jak u nas, nie przymierzając, paprykarz szczeciński. Bierze się to co jest na stanie, płaci tyle ile tam wyliczą, a jak się nie podoba to "następny proszę". Wymyśliłeś sobie wersję z klimatyzacją, ale bez radia sterowanego głosem? Zapomnij, takie nie przychodzą. A jak przypadkiem przyjdą to na pewno będą miały alufelgi. Szczytem absurdu, był fakt, że jeden dealer wszystkie samochody jakie zamawia, zamawia z alarmem i jak chcesz kupić u niego samochód, to nie ma zmiłuj, to za alarm będziesz i tak musiał zapłacić choćbyś i bardzo go nie chciał (a my akurat bardzo nie chcemy). Można naiwnie pomyśleć, że przecież na pewno da się zamówić dokładnie taki model jak sobie wymarzymy! I może nawet z ręczną skrzynią biegów (WTF? ręczną? co ja bredzę? tak, tak, chcieliśmy ręczną)! Ale co się okazuje? W tym raju na ziemi nie zamawia się samochódów - kupuje sie to co jest na stanie albo czeka aż dealer dostanie taki model jaki chcemy. A kiedy dostanie? A tego nie wie nawet sam sprzedawca, bo jemu Hyundai co tydzień przysyła jakieś samochody i tyle - za każdym razem jest niespodzianka. Znakomicie.
Ale nie traciliśmy ducha. Obdzwoniliśmy kilku dealerów w okolicy, popytaliśmy. Okazało się, że na ręczną skrzynie to nie ma co liczyć bo ten model nie przeszedł jakiś testów emisji spalin dopuszczających samochód do rejestracji w Kalifornii (myślałem, że skoro samochód na ręcznej skrzyni pali mniej to chyba też powinien emitować mniej spalin, ale widać, może jak samemu zmienia się biegi to spaliny są bardziej skoncentrowane.. nie wiem, ja sie na tym nie znam...), a w ogóle to Elantry schodzą jak ciepłe bułeczki.
W jednym salonie, bardzo miły pan z akcentem z farmerskiego południa, zapewniał nas, że czerwonej Elantry co prawda nie ma, ale jak wpadniemy to on nam ją od ręki sprowadzi od innego dealera.
No to pojechaliśmy. Oczywiście na rowerku, bo do salonu była jedynie godzinka jazdy.
Ja w ogóle od samego rana byłem nastawiony, że ten samochód dzisiaj kupimy. Bo do jakiegoś sensownego kina mamy kawałek a chciałem obejrzeć "Super 8" albo nowych Xmenów. Niestety, produkcje lokalnej kinematografii będą musiały jeszcze chwilę poczekać.
W salonie zaczęło się od tego, że ów miły pan próbował nam wcisnąć Accenta zamiast Elantry - bo wiecie, jest czerowony, owszem może trochę mniejszy ale też fajny i w ogóle. Po naszej dość zdecydowanej odmowie przeszedł do wciskania nam Elantry, ale czarnej i oczywiście z toną nikomu niepotrzebnego badziewia. Do pomysłu ściągniecia nam czerwonej nie był już tak entuzjastycznie nastawiony jak przez telefon. W końcu zrobił łaskę i poszedł sprawdzić skąd może ją sprowadzić. Okazało się, że w okolicy są dwie. Oczywiście też nie w wersji podstawowej, ale już, niech będzie, stwierdziliśmy, że możemy zapłacić więcej, byle już była. Ale pan był ewidentnie zaprawionym w bojach sprzedawcą, bo nie dał za wygraną - stwierdził, że on nam tą czerwoną oczywiście zaraz sprowadzi, ale może jednak weźmiemy tą czarną, bo on nam da na nią super deal, a jak sprowadzi czerwoną to już będzie cena ostateczna.
Hmm, zaczęło się robić interesująco. Myśleliśmy, że jakieś zbijanie ceny i tak będzie no ale dobrze, postanowiliśmy pogadać z panem o jego super dealu.
Jak powiedział ile nam może opuścić, to opadła mi szczęka. Bo ile można ugrać z ceny auta u dealera? 7%? 5%? No okazuje się, że nie. Tą super oferta którą pan nam zaproponował było opuszczenie ceny o 300 dolarów amerykańskich, czyli jak mówi kalkulator 1.5% sumy. Powinno nam to trochę dać do myślenia, ale jakoś nie dało.
Niesamowita oferta pana Willa jakoś nas nie przekonała, więc poprosiliśmy go o ściągniecie jednego z czerwonych aut. Koleś poszedł na zaplecze, a po pięciu minutach wrócił i stwierdził że się nie da, bo jeden egzemplarz już jest sprzedany a na drugi wpłacono właśnie zaliczkę. Jedyne co może dla nas zrobić, to wziąc depozyt i jak tylko przyjdzie do nich takie auto jak chcemy to będziemy pierwsi w kolejce. Oczywiście kiedy przyjdzie nie wiadomo. Może w tym tygodniu, może w przyszłym a może za miesiąc. Trzeba czekać, kiedyś przyjdzie.
Ponieważ bardzo chciałem zobaczyć ten "Super 8" zaczęliśmy się przyglądać temu czarnemu. Też nie był brzydki. W końcu, po naradzie stwierdziliśmy, że go weźmiemy - bo przecież w końcu będziemy mieli super deal!
Powiedzieliśmy panu Willowi, że owszem weźmiemy ten czarny, ale niech opuści trochę więcej. Oczywiście zaczął lamentować, że przecież on to auto sprzedaje niemal po kosztach (pokazywał nawet tablekę, w której jak byk stało, że on za ten samochód płaci raptem $500 mniej niż my) i że jednak nic nam nie może opuścić no ale pogada z managerem. Wyszedł, nie było go pięć minut, a jak wrócił to się dowiedzieliśmy, że więcej niż $100 nie opuści (tak, słownie "sto dolarów", żeby była skala odniesienia: za siłownie płacę miesięcznie $70). Ja już trochę miałem dosyć wieć stwierdziliśmy, niech opuszczą 150 i będzie ok - samochód miał kosztować $19150, to akurat wyszła by równa kwota. Will znowu poszedł do managera, znowu nie było go pięć minut ale tym razem wrócił już ze swoim szefem. I oczywiście znowu musieliśmy słuchać o tym jak to oni nic na tym nie zarabiają prawie, że na Elantrach to zarabiają na ilości sprzedanych a nie na cenie, ale że warto bo jest tyle extrasów, i że bak jest pełny, i że mają pierwszą wymianę oleju za darmo, i że jak gdzieś bedziemy lecieć (dealer jest zaraz obok lotniska) to samochód u nich kupiony można u nich zaparkować i oni podrzucają i odbierają z lotniska (to faktycznie fajna sprawa).
Stwierdziliśmy, że dobra, kit, damy te $19050, choć miałem nieodparte wrażenie, że ktoś próbuje mi coś wpychać w odbyt.
Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Panowie z salonu bo sprzedają auto, my, że widać światełko w tunelu, w końcu siedzieliśmy tam już od ponad półtorej godziny. Ale jak się później okazało mieliśmy jeszcze trochę posiedzieć.
Przeszliśmy teraz do kwestii płatności. Tutaj słowem-klucz jest "downpayment". Chodzi o to, że w Stanach chyba nikt niczego większego nie kupuje za gotówkę. Absolutnie wszystko jest na raty. Nikt nie myśli w kategoriach "ile coś kosztuje" tylko "ile za to będzie trzeba miesięcznie płacić" - i to do tego stopnia, że jak zaczyna się miesięczną ratę mnożyć przez okres kredytowania to patrzą na ciebie jak na kosmitę (choć może są jedynie pod wrażeniem, że tą skomplikowaną operację wykonujesz z wykorzystaniem jedynie kartki papieru i długopisu). Ów "downpayment" jest kwotą jaką wykłada się na początku z portfela i ma ona wpływ na to czy kredyt się dostanie i jak będzie on oprocentowany. My jesteśmy w dość nieszczęśliwej sytuacji, bo nie mamy żadnej historii kredytowej w Stanach. A mówi się, że tutaj lepiej historię kredytową mieć złą niż nie mieć jej w ogóle. Więc, mimo, że ten samochód bylibyśmy w stanie kupić za gotówkę postanowiliśmy wziąć go trochę na kredyt - żeby coś tam o nas w papierach zostało.
Na pytanie Willa o downpayment rzuciliśmy "sixteen", co zostało skwitowane jedynie głupim uśmieszkiem i komentarzem "sixteen hundred?" (bo, wbrew temu co próbuje się nam wmówić na lekcjach angielskiego, wartości typu 1600 to raczej sixteen hundred a nie one thousand six hundred) - ale jak powiedzieliśmy, że jednak chodzi nam o szesnaście tysięcy to Will zrobił już tylko wielkie oczy i po raz kolejny poszedł skonsultować się ze swoim managerem. Po standardowych pięciu minutach wrócił i stwierdził, że, uwaga: nie możemy zrobić takiego dużego downpaymentu bo bank nam nie da takiego małego kredytu - musimy wziąć większy. Wytłumaczyliśmy jednak panu jak wygląda sytuacja, że jesteśmy w nowi w kraju, nie mamy historii kredytowej itp i że możemy w sumie pokombinować i kupić go za gotówkę. Pan Will znów poszedł naradzić się ze swoim szefem ale kiedy wrócił dowiedzieliśmy się, że jak jesteśmu tutaj od niedawna to jednak bank łaskawie weźmie 16k downpaymentu i łaskawie da nam te $5k w kredycie na 2 lata.
Tylko, oczywiście będzie trzeba zrobić normalny credit check, ale to tylko formalność. A jak formalność to trzeba wypełnić milion papierków!
Oj, czego w tych formularzach nie było. Miejsca zamieszkania z 5 ostatnich lat, pracodawcy, jakieś osobiste referencje do przyjaciół (wtf? 4 lata temu braliśmy trochę więcej kredytu na mieszkanie i jakoś nikt nas nie pytał z kim gramy w Guitar Hero). No i oczywiście mój ulubiony Social Security Number którego nigdy nie pamiętam. Na szczęscie okazało się, że miałem go gdzieś na gmailu. I już po 2.5 godziny miły dyrektor finansowy z uśmiechem na ustach oznajmił, że wysyła do systemu nasz credit check.
Wysłał, a pięć minut później oznajmił, że jednak dostaliśmy odmowę. Odmowę cholernych 5 tysięcych dolarów kredytu którego nawet nie potrzebowaliśmy. Ale, że nie musimy się martwić, że tutaj wszystko jest w papierach znakomicie, że mam dobrą pracę, dobrze zarabiam i to tylko dlatego, że zrobił to automatyczny system i on tam zadzwoni i nie będzie problemu. A nawet jakby nie daj Boże był, to na 100% dostaniemy ten kredyt w innym banku. No dobrze, poprosiliśmy żeby do nich zadzwonił i pogadał z kimś żywym. No niestety się nie da :-) bo jest sobota, po południu. W banku o tej porze nikt nie pracuje. Trzeba czekać do poniedziałku. Albo możemy się zdecydować na ten inny bank, ale wtedy oprocentowanie nie będzie 2.9% tylko raczej 11%. No kuźwa. Ja rozumiem, że przy tej kwocie pożyczki to nie będzie duża różnica, ale do cholery mam już dość płacenia extra na każdym kroku.
W tym momencie byliśmy już na granicy naszej wytrzymałości nerwowej. Powiedzieliśmy jednak, że ok, niech będzie. No i wtedy się okazało, że potrzebujemy jeszcze zaświadczenia o zarobkach z kilku ostatnich miesięcy i jakiś rachunków z miejsca zamieszkania i wtedy, niech będzie, dadzą nam nawet samochód od ręki. Ja się oczywiście wsciekłem, bo w końcu mogli o tym wspomnieć 2 godziny wcześniej, ale Aneta mnie dzielnie uspokajała.
Pan zaczął wypełniać w komputerku swoje formularze, wpisał moje dane, zaczynamy dyktować dane Anety. A pan na nas patrzy i stwierdza "hmm, ale jak chcecie mieć samochód zarejestrowany na was oboje to to będzie bardziej skomplikowane i musi zaczekać do poniedziałku.
KURWA MAĆ.
Tutaj już nie wytrzymałem. Nawrzucałem im troche, że to wszystko to jakaś farsa i czy w końcu oni nam robią łachę, że nam to auto sprzedają. Pan dyrektor finansowy nagle przestał być miły i usłyszeliśmy, że przecież jak chcemy to nie nikt nam kredytu brać nie każe i możemy kupić ten samochód za gotówkę. Tak, kurwa, możemy, ale nie zasłużyliście. Siedzieliśmy tam 3 godziny, chcieliśmy zostawić wam, bądź co bądź całkiem sporą kasę, a nikt nawet nie zaproponował nam głupiej wody.
No to trzasnęliśmy drzwiami i wyszliśmy :)

niedziela, 22 maja 2011

O amerykańskim prawie jazdy

Długo nic nie było, ale to dlatego że nie działo się nic o czym warto było pisać. Ale teraz jest! W zeszłym tygodniu stałem się pełnoprawnym rezydentem Kalifornii - dostałem lokalne prawo jazdy (Aneta zresztą też, nawet wcześniej ode mnie).
Zasadniczo jest tak, że jak się tu przyjeżdża na trochę to można jeździć na dowolnym prawku z całego świata. Dlatego kiedy chce się wynająć samochód to nie ma żadnego problemu - pani w Hertzu z uśmiechem zapyta która pozycja na kartoniku to numer prawa jazdy, strasznie się zdziwi jak jej powiemy, że polskie prawo jazdy nie ma terminu ważności - ale już chwile później możemy pędzić Mustangiem po amerykańskiej autostradzie (albo jak to bywa w moim przypadku - Chevroletem Aveo).
Kiedy natomiast się tu przeprowadzamy, to żeby jeździć, w ciągu trzech tygodni należy postarać się o prawo jazdy lokalne. Oczywiście, jak prawdziwy Polak, nie zamierzałem się przejmować takimi pierdołami i jak trzeba było coś załatawić to wynajmowałem auto na polskie.
I pewnie robiłbym tak dalej gdyby nie okazało się, że kupić samochodu to już niestety bez kalifornijskiego papierka się nie da. No dobra, kupić to może się da, ale już ubezpieczyć to nie bardzo, a bez ubezpieczenia nie wyjedzie się od dealera (zresztą ja i tak nie jestem hardcorem i bez ubezpieczenia bym nie jeździł).
Chcąc nie chcąć trzeba było to prawko zrobić. Obcokrajowcy posiadający dokument ze swojego kraju nie muszą na szczęscie chodzić na kurs, ale egzamin trzeba normalnie zdać (ale jak ktoś się przeprowadza z innego stanu to już dostaje lokalne prawko bez niczego).
Cała procedura zaczyna się od wizyty w DMV - Department of Motor Vehicles. Na tą instytucję klną absolutnie wszyscy - głównie z powodu czasu oczekiwania. Jak wejdzie sie z ulicy to należy się przygotować na spedzenie co najmniej 40 minut czakając aż wywołają nasz numerek. Potem już jest z górki - pani daje nam papierki do wypełnienia i książeczke z przepisami ruchu (oczywiście z Arnoldem na pierwszej stronie).
Jak przystało na Amerykę, przepisy drogowe jest w stanie zrozumieć średnio inteligentny szympans. Znaków jest może ze 20 a do tego 90% z nich oprócz piktogramów ma pod spodem słowny opis. Właściwie jedyną wartą zapamiętania rzeczą są wszystkie występujące w książeczce liczby - jakieś ograniczenia prędkości, dopuszczalne ładowności i odległości w jakich można stawać od hydrantu. Wszystko inne jest tak oczywiste, że szkoda czasu na czytanie (jak ktoś chciałby się przekonać osobiście to książeczka jest dostępna tutaj: http://dmv.ca.gov/pubs/pubs.htm)
Jak już wyklepiemy się tego na blachę (co zajmuje może ze 2 wieczory) idziemy zdać test teoretyczny. Odczekujemy swoje w kolejce, płacimy w kasie 31 dolców, od razu przy okienku przechodzimy test wzroku (pani ma za sobą te standardowe plansze z literkami), robią nam zdjęcie (oczywiście mam kolejne do swojej kolekcji "Iwanicki - poszukiwany żywy lub martwy") i możemy zdawać test teoretyczny.
Jeśli pamiętamy potrzebne cyferki to trzeba się mocno starać żeby tego testu nie zdać. Pytania są absolutnie przegłupie. Moimi faworytami są "czy znak obok (obok narysowany znak z napisem "shoulder work ahead") oznacza roboty drogowe, objazd czy konieczność zmiany pasa" i "kiedy możemy objechać szlabany przy torach kolejowych". Do tego na 40 pytań można zrobić 6 błedów. Sam test zdajemy metodą tradycyjną - dostajemy kartkę z pytaniami, ołówek i możemy sobie stanąć w takiej budce, w stylu tych z lokali wyborczych. Jak już sobie zakreślimy wszystkie odpowiedzi, pani nam to od ręki sprawdzi (oczywiście nie bawi się w czytanie pytań - do każdego zestawu ma odpowiedni szablon który po prostu przykłada do naszych odpowiedzi) i wyda tymczasowe prawo jazdy z którym musimy wybrać się na test za kierownicą.
Tego już od ręki załatwić się nie da. Trzeba zadzwonić i się umówić. Czasy oczekiwania bywają różne - od paru dni do paru tygodni. Czasem jednak jakieś terminy się zwalniają i można wciasnąć sie na egzamin wcześniej. Jedyny problem polega na tym, że trzeba na niego przyjechać własnym samochodem. Oczywiście stanowi to pewien problem kiedy samochodu się nie posiada. Można na szczeście przyjechać wynajętym, trzeba tylko pamiętać, żeby kupić wszystkie potrzebne ubezpieczenia i pod żadnym pozorem nie przyznawać się w wypożyczalni, że jedziemy na egzamin (co wymaga użycia polskiego prawka, nie tego tymczasowego).
Sam egzamin wydaje się banalny. Nie ma żadnego placyku, trzeba jedynie przejechać sie z egzaminatorem po okolicy i pokazać jak włącza sie światła i wycieraczki.
I może, kiedy jest się zaraz po kursie, faktycznie jest to proste. Niestety po kilkunastu latach jazdy w Polsce, często średnio zgodnej z książeczką, zaczyna się robić problem. Bo jak się okazuje nie można ładnie skorzystać z tego że przy skręcie w lewo samochód na drodze z pierwszeństwem jest całe 100m od nas i wjazd na przeciwległy pas nie stanowi żadnego problemu. Nie. Trzeba czekać aż na drodze poprzecznej nic nie będzie i dopiero wtedy skręcać - inaczej jest "critical error" (fail nr 1, Aneta). Nie można też szybko śmignąć w prawo przed nadjeżdzającym rowerzystą, bo przecież on może się przestraszyć a to też critical error (fail nr 1, ja). Nie można też jechać za wolno (mniej niż 10 mil/h od podanego ograniczenia to critical error, więcej niż 10 zresztą też), no i co najważniejsze - przy wszystkich manewrach należy patrzeć przez ramie. Bo w lusterkach są martwe strefy, a nikogo nie obchodzi, że potrafisz się trochę wychylić do przodu i sprawdzić czy w tej martwej strefie nic nie masz (o lusterkach asferycznych można tu zapomnieć, bo są "not approved"). No bywa. Na szczeście można o tym poczytać i być przygotowanym. Dlatego obojgu z nas, już za drugim razem się udało. Za pierwszym razem oblał nas ten sam głupi meksykaniec (ja trafiłbym też na niego za drugim razem, ale stojąc w kolejce coś mnie podkusiło, żeby zrobić dobry uczynek i przepuścić człowieka stojącego za mną), za drugim razem trafiliśmy na jakiś bardziej wyluzowanych czarnych.
Samo prawo jazdy przychodzi pocztą. Nie trzeba nigdzie łazić, niczego podpisywać. Po mniej więcej tygodniu leży sobie po prostu w skrzynce.
Najfajniejsze jest to, że cały proces jest mega-szybki. Nie ma miesięcy czekania - idziesz, zdajesz (albo i nie) i możesz jeździć. Nie ma trzeba czekać parę miechów aż nasza sprawa dojrzeje.
A tutaj fota żeby nie było że zmyślam:

poniedziałek, 28 marca 2011

O sous-vide, c.d.

No i po steku! Zrobiłem, zjadłem i był znakomity!
Stek który wczoraj zakupiłem, przy bliższej inspekcji okazał się być New Yorkiem a nie rib-eyem, ale nic to, New Yorki też są dobre.
Maszynę ustawiłem na 57 stopni. W sumie mogłem trochę niżej, bo 57 stopni to już raczej medium niż medium rare.
Przed włożeniem do woreczka sowicie go posoliłem i popieprzyłem. Wydaje mi się, że jest to jedna z tych rzeczy które do tej pory robiłem źle. Zawsze soliłem troszkę, ale ostatnio widziałem jakiś filmik na którym gość wział stek i walnął na niego całkiem konkretną ilość soli. Zrobiłem tak samo, po czym wpakowałem mięso do torebeczki, wspomnianym trickiem z wodą pozbyłem się wiekszości powietrza ze środka i wsadziłem do maszyny.
Po ok. godzince wyciągnąłem woreczek. Rozgrzałem na maxa patelnie - kupiłem sobie ostatnio taką fajną, ze stali nierdzewnej z grubym dnem. To też okazało się być pomocne - przy lekkiej patelni, włożenie steka znacznie obniża jej temperaturę i żeby ładnie go przypiec z wierzchu trzeba dłużej go smażyć. Nowa patelnia sprawiła się znakomicie i po chwili stek był elegancko przyrumieniony.
Nie bawiłem się w żadne odczekiwanie, tylko od razu wziąłem sie za konsumpcję.
Był znakomity. W środku różowy, choć mógłby być troszkę bardziej - choć to akurat wynik ustawienia zbyt wysokiej temperatury. Był soczysty i miękki, w smaku bardzo zbliżony do tych steak-housowych - widać dużo soli i pieprzu > mało soli i pieprzu. Tłuszcz z brzegu był jednak twardawy i koniec końców zjadł go Pan Śmietnik. Następnym razem spróbuje potrzymać stek dłużej - ze 2-3 godzinki zamiast jednej.
Ale generalnie maszyna spisuje się na piątkę. Musze wypróbować inne przepisy - strasznie korci mnie ten na short-ribs (jakiś rodzaj żeberek) które siedzą w maszynie przez 3 dni.
I jeszcze foto-story:












niedziela, 27 marca 2011

O sous-vide

Chyba w końcu nadeszła pora na post o jedzeniu. Nie będzie jednak standardowego narzekania o tym jak beznadziejny jest chleb w Stanach. Dzisiaj będzie o sous vide. Bo w końcu przyszła MASZYNA - jeden z naszych ślubnych prezentów.
Pierwszy raz usłyszałem o tej metodzie gotowania jakieś półtora roku temu. Maciek M. podesłał mi link do znakomitego artykułu o kolesiu który rewersował frytki z McDonalda. I gdzieś tam w odnośnikach z tego artykułu był link do innego, gdzie ten sam człowiek opisywał metode na zrobienie perfekcyjnego steka (a może Maciek podesłał mi link bezpośrednio do tego artykułu... hmm.. nie pamietam, ale to szczegóły)
Polegało to na tym, że stek pakował próżniowo w torebce strunowej (takiej z "suwakiem"). "próżniowo" to może duże słowo - nie domkniętą torebkę ze stekim zanurza się powoli w wodzie, tak żeby ściskająca torebkę woda wypchneła z niej całe powietrze, jednocześnie uważając żeby woda nie nalała się do środka. Jak już prawie w ogole nie ma w środku powietrza to torebkę się zamyka i dostajemy szczelnie zapakowany stek.
Tak przygotowany pakunek wkładał następnie do przenośnej lodówki (!) wypełnionej wodą w określonej temperaturze. A po godzinie wychodził z tego idealny "medium-rare".
Metoda zaintrygowała mnie na tyle, że zacząłem czytać dalej i zgłębiać szczegóły.
"Sous vide" znaczy po francusku "w próżni" - i odnosi się do tego, że nasze jedzenie trzeba najpierw zapakować próżniowo. Potem, tak jak w chałupniczej metodzie, opisanej przez wspomnianego Kenji Alt-Lopeza, umieszcza się je w kąpieli wodnej o ściśle określonej temperaturze - takiej do jakiej chcemy doprowadzić nasze danie. Dalej, sprawę załatwia już urządzenie. W normalnych warunkach jest to taki cyrkulator, połączony z grzałką i czujnikiem. Kenji pokazywał, że do pewnych dań całkiem nieźle sprawdza się wspomniana lodówka turystyczna (bo cyrkulatory są pieruńsko drogie).
Cały czas pozostaje jednak jedno pytanie: po jaką cholerę?? Chodzi o to, że gotowanie to jednak dość skomplikowany proces fizyko-chemiczny. tam, jak wiadomo, pewne rzeczy dzieją się w określonych temperaturach. Np. kolagen (przez który mięso jest twarde) zaczyna się rozkładać się do żelatyny (która jest już miękka) przy ok. piędziesięciu stopniach, choć im wyższa temperatura tym proces jest szybszy. Ale już mioglobina (czerwone w steku) rozklada się w sześciedzięciu kilku. Także pasteryzacja (czyli wybijanie wszelkiego paskudztwa które może siedzieć w naszym mięsie) zajmuje różna ilość czasu w zależności od temperatury. I tu jest pies pogrzebany: chcemy mieć stek "medium-rare" - czyli ok. 55 stopni, ale jednocześnie musimy go jakoś przygotować (najczęściej na patelni - która rozgrzana ma pewnie koło dwustu-kilkudziesięciu stopni) i do tego fajnie by było gdyby nie miał w sobie wszystkich tych salmonelli i innych. Smażac stek na patelni, owszem wybijamy te wszystkie patogeny, ale przy okazji doprowadzamy mięso, zwłaszcza na zewnatrz do dużo wyższej temperatury - i brzeg steka jest szary i suchy. A jeśli chwilę się zagapimy, albo nie mamy wyczucia, ew. cyfrowego termometru to z naszego medium-rare'a może wyjść well-done.
I tu sous-vide pokazuje swoją siłę. Jako, że mamy bardzo dokładną kontrolę nad temperaturą, możemy mieć cały stek dokładnie taki jaki chcemy. A trzymając mięso w kąpieli odpowiednio długo, dostajemy pewność, że wszystkie zarazki zostaną wybite. A ponieważ jedzenie jest w plastikowej torebce, wszystko co jest w nim dobre zostaje w środku a nie wycieka do garnka. Jedynym mankamentem jest to, że po wyjęciu steka z torebki wyglada jak ugotowany - czyli średnio apetycznie. Ale akurat na to jest proste rozwiązanie - wkładamy go na moment na bardzo rozgrzaną patelnie, tylko tak żeby przysmażyć go z wierzchu.
I przestajemy być ograniczeni do kawałków mięsa z których zazwyczaj robi się steki. Bo rostbef/antrykot/polędwica (NewYork/RibEye/Filet Mignon) nie są wybierane dlatego, że są przesadnie pełne smaku, tylko dlatego, że te mięśnie stosunkowo mało pracują i po usmażeniu są miekkie. Ale dzięki sous vide możemy doprowadzić do miękkości każdy kawałek mięsa i przez cały czas zachować jego medium-rare'owatość! Na porządku dziennym są przepisy gdzie jakiś egzotyczny kawałek krowy trzyma się w wodzie przez 72 godziny (tak - trzy dni).
Swoje eksperymenty z tą metodą zacząłem jeszcze w Wielkiej Brytanii. Jako, że pomysł z wykorzystaniem lodówki turystycznej nie za bardzo przypadł mi do gustu, szukałem dalej. Profesjonalne kontrolery temperatury odpadły w przedbiegach (zazwyczaj produkują je firmy które zajmują się wyrobem sprzętu laboratoryjnego, ich ceny zaczynają się w okolicach tysiąca dolarów) ale okazało się, że za jakieś kilkadziesiąt dolarów da się kupić na ebayu kontroler temperatury (gdzieś w Singapurze), termorezystor (gdzieś w Hong Kongu), grzałkę (to akurat kupił mój tata w Polsce), elektroniczny przekaźnik (ze Stanów), małą pompkę do wysokich temperatur (z UK) i poskładać wszystko w dziającą całość. Na początku przezentowało się to dosyć przerażająco - poskręcane "na pająka", na przekaźniku było nie izolowane 220V, a grzałka leżała w zlewie, bo okazało się że nie mam żadnego garnka do którego by się zmieściła.


Ale całość działała! I to całkiem nieźle, bo różnice w temperaturze wewnątrz zlewu nie przekraczały 0.1 stopnia. Co prawda mój ręczny termometr pokazywał odrobinę inną temperaturę, ale wystarczyło wziąć na to poprawkę przy ustawianiu maszyny.
Steki wychodziły faktycznie idealnie "medium-rare". Niestety, żeby odpalić maszynę trzeba było najpierw poświęcić pół godziny na jej złożenie i zainstalowanie w zlewie. Miałem też ciekawą przygodę podczas jednej podróży do Polski. Wziąłem ją ze sobą, żeby odpalić w naszym "stek-klubie". Jako, że leciałem tylko na pare dni, wszystkie potrzebne rzeczy wpakowałem do bagażu podręcznego. Dopiero na lotnisku zorientowałem się, że to wszystko może dość podejrzanie wyglądać na prześwietleniu. I oczywiście się nie pomyliłem - zostałem wzięty na szczegółową kontrolę bagażu, gdzie pan starannie przyjrzał się każdemu elementowi po czym spytał czy aby nie jestem hydraulikiem (?!?). Na szczeście kiedy wyjaśniłem mu do czego służą poszczególne elementy, nie robił problemów i mnie puścił. Co ciekawe, na lotnisku w Łodzi, nikt sie nie zainteresował tymi dziwnościami.
W końcu, już w Polsce, maszyna doczekała się eleganckiego pudełka z plexi i własnego pojemnika, tak że nie trzeba jej już wkładać do zlewu.
Niestety do Stanów nie było sensu jej zabierać. O ile sam kontroler temperatury potrafi działać przy 110V o tyle grzałka jest przystosowana do 220V.
Z pomocą przyszli przyjaciele :) Jako jeden ze ślubnych prezentów dostaliśmy od nich "Sous Vide Supreme" - maszynę do sous vide kierowaną do zwykłych śmiertelników. Została ona zamówiona w Stanach, jest przystosowana do lokalnego napięcia i kiedy się w końcu zadomowiliśmy lokalny kontakt chłopaków nam ją tu przysłał. I w piątek właśnie doszła! Jest śliczna, czerwona i właśnie czeka ją pierwszy sprawdzian!
W piątek nie było mi dane jej wypróbować (wieczorem byliśmy na kabarecie), w sobotę też sie nie udało (mieliśmy kolejną wyprawę do Ikei - okazało się, że jednak nie kupiłem wszystkiego...) ale niedzielny obiad wydaje się być znakomitym pretekstem do przygotowania rib-eye'a.


Mięsko już zakupione, czeka spokojnie. Swoją drogą ciekawie przedstawiają się tu ceny mięsa - rib-eye z kategorii choice (druga od góry, cały czas bardzo dobra) kosztuje mniej (za kilogram) niż piersi z kurczaka. Ciekawe proporcje, bo jednak u nas wołowina (mimo jej jakości, która jest, łagodnie mówiąc, mizerna) jest jednak wyraźnie droższa od kurczaka. Co kraj to obyczaj.
Zaraz będę nalewał wody do maszyny! Wyniki będą w kolejnych wpisach.

sobota, 19 marca 2011

O zajebistej obsłudze klienta w Amazonie

Kurcze, obsługę klienta to Amazon ma jednak zajebistą, można sie od nich uczyć.
Dwa dni temu przeczytałem u Maćka S. na twitterze, że Mark Russinovich - koleś od SysInternals, autor RegMona, FileMona i WszystkieInneMona - napisał książkę - "Zero Day" - technothriller. Jak tylko wróciłem do domu, wziałem Kindla i chciałem ściągnać sampla - pierwszych parę rozdziałów. No i, jak mawiał Czesław, buba. Bo okazało się, że mimo że Kindle działa na całym świecie, to jako że swojego kupiłem w UK to jestem przypisany do sklepu brytyjskiego, a w nim akurat tej książki nie ma. Chwilę pogrzebałem na stronie Amazona i okazało się, że nie ma żadnego problemu! Kindla da się najzwyczajniej w świecie przenieść do innego kraju! Podałem nowy adres i faktycznie zadziałało bez żadnych fochów - po minucie miałem początek książki u siebie na urządzeniu.
Faktycznie zaczynało się nieźle - tak jak wspominał Maciek, już na pierwszej stronie była scena erotyczna. Dzisiaj chciałem kupić całą resztę powieści. Stwierdziłem jednak, że szkoda wydawać rzeczywiste pieniądze, kiedy od znajomych z Lionheada dostałem na pożegnanie Amazonowego Gift Carda i było na nim jeszcze trochę funduszy. Jedyny kłopot polegał na tym, że Gift Card był przypisany do innego konta (bo oczywiście mam na Amazonie konto do każdego z używanych adresów emailowych, których za żadne skarby nie da się zmergować). Wypatrzyłem jednak sprytną opcję "Give as gift" i spróbowałem dać sobie prezent z jednego konta na drugie, płacąc za niego funduszami z gift carda. I znowu zaskoczenie - da się i to działa (przynajmniej w teorii - o tym za chwile) - po minucie na pocztę dostałem informacje o prezencie, razem z instrukcją jak się do niego dobrać.
I tu zaczęły się schody. Kliknąłem sobie, tak jak radzili, coś tam popstrykałem i strona Amazona stwierdziła że książka jest już na Kindlu, tymczasem wcale jej tam nie było. Do tego, na stronie, było jedynie widać że książka "has been delivered", natomist nie wyświetlała się nigdzie indziej - ani w liście zamówień, ani na liście prezentów. Ale oczywiście jest od razu informacja gdzie dzwonić gdyby coś było nie tak. Spojrzałem na zegarek, było koło 23 ale wziąłem telefon i wykręcam numer. I kolejne zaskoczenie - obsluga klienta pracuje i już po chwili rozmawiałem z jakąś miłą panią. Przez 20 minut próbowaliśmy różnych rzeczy - resetować Kindla, odrejestrowywać go i rejestrować ponownie - wszystko na nic. Widać moje kombinacje ze zmianami kraju i dawaniem sobie prezentów okazały się zbyt skomplikowane dla systemu. Pani stwierdziła, że nie chce mnie dłużej trzymać, ale coś pokombinuje i za chwile do mnie oddzwoni.
Piętnaście minut później zadzwoniła i stwierdziła, że w takim razie oni mi zrefundują ten prezent na koncie z którego go wysłałem, potem na tym do którego przypisany jest Kindle kupię tą książkę w normalny sposób, ale ją też mi zrefundują. Pani na wszelki wypadek poprowadziła mnie przez wszystkie kroki, po czym życzyła miłej lektury i się pożegnała.
Wielki szacun, że po pół godziny wiszenia na telefonie nie stroją fochów, nie tłumaczą się że system nie działa i niestety nie da się nic zrobić, tylko przyznają, że faktycznie coś jest nie tak, obiecują się przyjrzeć tematowi a książkę dostaję od nich w prezencie.
Duży plus dla Amazona. Kindle to był dobry zakup. Idę czytać.

poniedziałek, 14 marca 2011

O wyprawie do Ikei

No i już od wczoraj nie śpię na podłodze!
Sobota była dosyć intensywna. Zaczęło się od dość wczesnej pobudki, bo między 8 a 12 miałem się spodziewać kolesia od kablówki, który miał podłączać internet. Spodziewałem się raczej standardów brytyjskich (tzn. montera o 13 i to dopiero po 3 moich telefonach z pytaniami dlaczego go jeszcze nie ma) ale mnie zaskoczyli. O 8:30 pojawił się pan, który raz-dwa podłączył modem i koło 9 mogłem się cieszyć moim 20Mbitowym łączem. O moim providerze bywają różne opinie, ale ja póki co nie narzekam - ciągnie po 2.5MB na sekundę.
Po południu miałem zaplanowany wyjazd do Ikei po meble. O 14 zjawiłem się w firmie wynajmującej vany i przeżyłem spory szok. Samochód który zarezerwowałem był jakimś mega-giganetem. Wspomniany już wcześniej van drużyny A mógły się chyba zmieścić w jego środku. Ale okazało się, że jeździ się takim wielkim autem całkiem przyjemnie. Te wszystkie SUViki i inne Jeepy były jedynie pyłkiem przy moich kołach :)
Pierwsze problemy zaczęły się przy Ikei. Zazwyczaj amerykańce nie skąpią miejsca na parkingi - nawet przed głupim CVS na rogu (to coś w stylu Rossmana) jest wielki plac. A tu niespodzianka. Przed Ikeą - przynajmniej tą w Burbank jest tylko pare miejsc na które można podjechać tylko po to żeby zapakować to co się już kupiło. Parking jest natomiast po drugiej stronie ulicy. Piętrowy i odrobinę ciasny - przynajmniej z perspektywy mojego vana. Parkować próbowałem chyba za 3 razy, za każdym razem dochodząc do wniosku, że miejsce które wybrałem nie jest jednak tak szerokie jak mi się na początku wydawało, oraz że mój wehikuł ma gówniany promień skrętu. W końcy wypatrzyłem 3 wolne miejsca obok siebie i w końcu udało mi sie zaparkować (oczywiście krzywo, ale nie czepiajmy sie drobiazgów).
Ikea przyjemnie nie zaskoczyła. W środu jest dokładnie tak samo jak w każdej innej Ikei na świecie. Wchodzi się po schodkach na górę, najpierw jest pare pokojów pokazowych, potem sofy itd. Miałem przygotowaną jakąś listę zakupów, ale oczywiście skończyło się na tym, że poszedłem na żywioł. W połowie trasy poszedłem oczywiście sprawdzić czy amerykańskie szwedzkie klopsiki są takie same jak polskie. I tu niespodzianka. Restauracja była jakaś strasznie biedna. Klopsiki były - w smaku nawet takie same - ale już mojego ulubionego torcika migdałowego nie! Skandal! Tak się tym przejąłem, że podczas jedzenia posiałem gdzieś moją listę zakupów. Oczywiście zorientowałem się dopiero kiedy doszedłem do magazynu samoobsługowego i miałem zabarać się za ściąganie pudeł z półek.
Wsciekły, zapłaciłem za te wszystkie drobiazgi (a też był ich cały wózek, zapakowany po brzegi), zostawiłem je w przechowalni (jako, że pod Ikeą nie ma parkingu istnieje tu przechowalnia wózków gdzie rzeczy mogą poczekać aż podjedziemy samochodem do strefy pakowania) i pognałem zrobić drugą rundkę po sklepie. Trzy runkdki i 1200 dolarów później miałem wszystko - od łóżka, materaca, przez stolikim, krzesła aż no noże, pościel i tarkę i całą masę innych pierdół. Zaczynam być w tych zakupach mieszkaniowych całkiem niezły. Jeszcze ze 2-3 przeprowadzki i będę wchodził do Ikei i dyktował numery potrzebnych mi artykułów z głowy.
Przed wyjście zaopatrzyłem się jeszcze w mrożone klopsiki, mój torcik (w sklepiku mieli!) i pastę z łososia (z piklinga lepsza, ale nie było :(
Poniewać manewrowanie moim pojazdem nie za bardzo mi wychodziło, postanowiłem nie odstawiać cyrku i zaparkowałem w miejscu w które wiedziałem że wjadę za pierwszym razem. Niestety takie miejsca były jedynie w dość znacznej odległości od strefy po której mogłem jeździć wózkiem (tu wózki nie mogą wjeżdżać na parking) - a to oznaczało że wszystkie moge graty będę musiał dotachać do auta. Musiało to wszystko wyglądać dość dramatycznie bo w pewnym momecie pan ochroniarz się nade mną zlitować i pudło z sofą pomogół mi nieść.
Ale w końcu się udało. Van był wypchany po brzegi. O dziwo, wszystko i to w całości udało mi się dowieźć do mieszkania. Miałem ambitny plan poskładania wszystkiego od razu, ale po skręceniu łóżka doszedłem do wniosku, że raczej zdecyduje się na skrupulatne testy nowego materaca. Działa jak marzenie :)